O kobietach i tradycji słów kilka, a potem duuuużo o rowerach.

Żeby nie wyszło, żem niekulturalny buc – wszystkiego najlepszego Paniom w dniu ich święta. K. chodził dziś po domu i życzył współlokatorkom wszystkiego najlepszego, ale spotkał się z ogólnym niezrozumieniem i musiał kilka razy tłumaczyć „o co cho”. Nie taki międzynarodowy ten międzynarodowy dzień kobiet.

*

Reszta postu jest poświęcona rowerom, więc zainteresowani w wyłączności Erasmusem proszeni są o przejście dalej 😉

Na komunikację miejską w Antwerpii już trochę ponarzekałem, kilka postów nawet temu poświęciłem, z tego co pamiętam. Osobną kwestią pozostają ceny biletów. O ile miesięczny kupiłem sobie na styczeń i luty (deszcz, śnieg, pożoga i lód) to niestety, przyszedł marzec, trzeba czasem coś zjeść…dobra, żartuję, aż takie drogie nie są…rozprostować stare kości i wrócić na rower. Koniec grzania się z książką w kącie autobusu numer siedemnaście…no trudno.

Oczywiście, z naprawą mojego gruchota zwlekałem do ostatniej chwili, bo po co. Miesięczny się kończy, to trwoga mnie obleciała i zarezerwowałem sobie dzisiaj wolne popołudnie na majsterkowanie a la Adam Słodowy. Choć powinienem raczej powiedzieć – MacGyver.

Zablokowałem pokój telewizyjny – A. protestował, ale on siedział tam całą sesję zimową i kurzył fajka za fajkiem, więc niech nie marudzi. W ogóle chłopak ma ciekawe podejście –  nie spożywa alkoholu i traktuje go jako nie tyle co szkodliwą używkę, to wręcz abominację (dobrze, że do nas się czepia), ale paczka cygaretów u niego to schodzi dziennie. No ja nie wnikam. Bądź co bądź, pokój zarezerwowałem, pożyczyłem narzędzia od Barta (mam własnych sporo, ale fajnie ta załadowana pięcioma kilogramami waliza wygląda – czuję się od razu profesjonalnie), wtarabaniłem oba moje niejeżdżące rowery do środka i usiadłem na zydlu, patrząc na to wszystko.

Kojarzycie ten moment desperacji, kiedy siadacie przed nieskończoną, ba, nierozpoczętą, robotą i już wiecie, że to będzie porażka, że skończy się źle, że najlepiej to, cytując klasyka, pieprznąć to wszystko i wyjechać w Bieszczady. Miałem tak przez pierwszą godzinę. Oba moje rowery (Trup i Samobójca) były w tak paskudnym stanie, że nie wiedziałem, który ma pójść na części dla drugiego. Nie za bardzo nawet wiedziałem od czego zacząć, każda czynność wydawała mi się równie pozbawiona sensu. Jednak powziąłem odpowiednie przygotowania motywacyjne – postawiłem sobie za punkt honoru, że nie obejrzę ostatniego odcinka „Gry o tron” dopóki nie stworzę jeżdżącego pojazdu. Ta, zostawiłem sobie lukę, że może to być monocykl. Nie mam zbyt silnej woli.

Wracając do rowerów – zebrałem się w sobie i zacząłem je męczyć. Po jakimś czasie dołączył do mnie Belg S., który właśnie wrócił z domu. Mając do wyboru: pisać magisterkę o tasiemcowatych (biologia) lub rozkręcić ze mną rower, wybrał to drugie. Muszę jednak przyznać, że przekupiłem go piwem. Razem spędziliśmy kilka godzin (tak od ósmej wieczorem do około dwunastej) rozkręcając, kombinując, klejąc, rozrywając, tnąc i dopasowując poszczególne części. Niektóre z nich wycięliśmy z porzuconego wraku przed domem, który, mimo iż pordzewiały i bezużyteczny, wspomógł mnie zupełnie nowymi klockami hamulcowymi i błotnikiem, który okazał się jednak nie pasować. Wyobraźcie sobie miny jednego ze współlokatorów, który zobaczył mnie i S., rozkręcających na korytarzu, w nocy, jakiś wrak roweru. Co najmniej zajechało Frankensteinem.

Efekt przeszedł moje oczekiwania – mam nareszcie rower! I to w prawie działający! Ma wszystko, co wymaga się tutaj od roweru miejskiego. Jeździ i hamuje (to akurat sam wymagałem), odblaski są, dzwonek jest, lampki obie są, nawet dynamko pomyka jak nówka nieśmigana. Jak mi nie przejdzie jutro euforia to i zdjęcia wrzucę. W ramach bliższego bratania się z Belgią, przemianowałem go na Troepa. Czyta się tak samo jak wcześniej (niderlandzkie „oe” przypomina polskie „u”), znaczenie też bliskie (troep oznacza bandę, trupę, towarzystwo we wszelkim negatywnym sensie, a w slangu – śmieć, wyrzutka bądź rupieć). Pasuje. Jutro ostatnie przymiarki.

Reklamy

O egzaminach, wyjazdach i Polakach.

Dawno uploadu nie było, bo nie wiem jak Wam, ale mi się sesja zaczęła. Zaraz po powrocie (który był szczęśliwy i bezpieczny, dziękuję bardzo) miałem trzy egzaminy , od poniedziałku do czwartku. Istny maraton.

Advanced International Law było w porządku (Ecocide as an international crime recognised by ICC statute), choć spaprałem jeden z argumentów. Mam nadzieję, że mnie to nie pogrąży. Constitutionalism wzbudził grozę (pierwszy raz miałem do czynienia z teorią i filozofią prawa, po angielsku, w dodatku w wydaniu amerykańskim), ale i tak wymiękł przy Economic Law. Po tym egzaminie byłem fizycznie zmęczony. Jakoś się przyzwyczaiłem do tradycyjnych egzaminów, gdzie jest proste „wiem albo nie wiem” (dla jasności – z alternatywą rozłączną). I albo piszę jak wariat, próbując złapać ulotną myśl, albo siedzę jak debil, mając nadzieję na nieoczekiwany zwrot akcji albo epifanię w postaci odpowiedniego cytatu z Konstytucji lub podręcznikowej definicji przestępstwa skarbowego. Tutaj, tj. w Antwerpii, pewnie ze względu na specyficzny charakter naszych studiów (kilkanaście nacji, z różnych części świata, często z różnymi podstawami i wykształceniem, nie mówiąc już o paru osobach z innych systemów prawnych, które pierwszy raz w życiu Europę na oczy widzą i ledwo ogarniają o co cho) egzaminy są raczej problemowe, tzn. częściej oparte na rozkminie danego zagadnienia czy kazusu, nierzadko połączone z potrzebą podparcia tego źródłami.

Czy to lepszy czy gorszy system niż nasz? Nie wiem. Nasz system jest krytykowany za bezczelną pamięciówę, która nikomu do niczego potrzebna nie jest. Kiedyś się z tym nie zgadzałem, ale obecnie jestem w niewielkiej konfuzji, bo na drugim roku będąc, tłumaczyłem koleżance z grupy, przed kolokwium z prawa cywilnego, co to jest corpus i animus, dlaczego są takie ważne i ogólnie skąd się wzięły. Nb, dziewczyna zdała parę miesięcy wcześniej prawo rzymskie. Na czwórkę. Nie ogarniam tego.

Z kolei system tzw. zachodni zmusza do myślenia i wyklucza tępych kujonów (za co jestem wdzięczny – na cholerę komu imponujący, ale kompletnie zbędny talent recytowania kodeksu cywilnego z pamięci, jeśli nie rozumie jego treści?), jednakże ma też swoje wady, chociażby zbytnią ogólność. Ale to już zależy od wykładowcy, zagadnienia i formy egzaminu. Prawda ma to do siebie, że leży gdzieś po środku, trzeba tylko znaleźć ekstrema i gotowe.

Semestr się kończy, Greczynka D. (ta od włamania) już się z nami pożegnała i wybyła…no, do Grecji, Osman ze Sierra Leone opuści nasz kot wkrótce, na rzecz miejscówki w centrum. Na ich miejsce wjeżdża….dwóch Polaków. No i koniec monopolu na bycie jedynym Polakiem w wiosce (Little Britain pun intended).

Kolega Riek z RPA bardzo dużo podróżuje po Europie (korzysta, zbyt szybko tu nie wróci najpewniej). Ostatnio zażartowałem, że Polacy są wszędzie. Chłopak potraktował to poważnie i zaczął mi wyliczać, że od początku przyjazdu do Antwerpii zwiedził kawał Europy i zaprzyjaźnił się z wieloma Polakami. I zaczął dostrzegać Polaków – na ulicy, w autobusie, w pociągu, w samolocie…powiedział, że specjalnie nasłuchiwał na Islandii, zaciekawiony, czy tam też są Polacy. Byli, a jakże, mamy tam sporą emigrację. Riek zaczyna się nas bać. Po sesji jedzie ze znajomymi z Krakowa zwiedzić rzeczone miasto (i Warszawę po drodze). Zastanawia go, jak wygląda ten śmieszny kraj, z którego wszyscy uciekają, nawet na Antarktydę, Islandię i do Lesoto…

I tym emigracyjnym akcentem kończę i wraca do studiowania European Competition Law. Trzymajta kciuki!

O polskich imprezach, sprzątaniu i grantach.

Ze względu na chwilową ulgę od prac, projektów i ćwiczeń, a także kluczową datę w polskiej historii, postanowiłem kontynuować tradycję (już trzyletnią) i zrobić Niepodległościową Party, tym razem na obczyźnie. Ze względu na trudności z dojazdem nie wszyscy dotarli, ale zabawa i tak była przednia, za co dziękuję. Było i tak zabawnie, zwłaszcza że ludzi było od groma, ale Polaków tylko pięciu. Poza tym na imprezie zjawiła się ekipa z Południowej Afryki, Ugandyjczyk, dwie Niemki, Hiszpanka/Katalonka, Japonka, Włoch, Litwin, przedstawiciel Sierra Leone, dwóch Syryjczyków, dwoje Niderlandczyków i od cholery Belgów. Pół globusa tam mieliśmy.

Po imprezie oczywiście trzeba było posprzątać i muszę przyznać, że dwóch zdeterminowanych typów, mop i Rammstein w tle potrafią czynić cuda. Jest tak czysto, że można jeść z podłogi. Metaforycznie, ofkorz.

A, i znajomi Belgowie (Ci biolodzy, których poznałem jako pierwszych mieszkańców domu) odgrażali się już jakiś czas temu, że jadą do Polski na jakieś badania związane z ich pracą magisterską. Szybko jednak się okazało, że cały projekt spełnia odpowiednie kryteria, aby zostać uznanym za wyjazd w ramach programu Erasmus i Unia chętnie im dopłaci. W ten oto sposób chłopaki jadą do Białegostoku z wyższym grantem niż, dla przykładu, ja. Szczęściarze.

No i zrobiłem niewielką furorę na Ossenmarkcie, łażąc po polskiej imprezie w czwartek z flagą. Część Antwerpii została uświadomiona o polskim święcie niepodległości. Czekam na trzeciego maja.

O powrotach, kluczach, piwie, zero-days i powrotach (innych).

Powrót z Anglii był bezproblemowy, poza półgodzinną wartą na przystanku autobusowym (wspominana już wielokrotnie De Lijn i jej niesamowite rozkłady). Antwerpia przez ten tydzień dużo się nie zmieniła.

T. wpadł do mnie ostatnio i poprosił o pożyczenie kluczy od drzwi wejściowych, bo swoje zostawił w swoim rodzinnym domu w Limburgu. Obiecał oddać rano, przed zajęciami. Ponieważ z natury jestem pomocnym człowiekiem, zgodziłem się. Klucze odzyskałem oczywiście dużo później, ale się nie gniewałem, bo oprócz przyklejonych taśmą do drzwi kluczy zastałem tam także kilka puszek lokalnego piwa. Zuch chłopak.

Spotkałem się pierwszy raz z moją grupą projektową z Advanced International Law, aby podzielić się pracą i poczynić wstępne ustalenia. Mamy sporo problemu z prezentacją – z jednej strony chcemy uczynić ją jak najciekawszą, z drugiej – naszym tematem jest gwałt jako przestępstwo wojenne w świetle prawa międzynarodowego. Wszelkie obrazki odpadają.

Miałem ostatnio taki dzień dość specyficzny. Taki dzień pomiędzy: jednym deadlinem a drugim, dzień po oddaniu jednej pracy, a przed rozpoczęciem drugiej, przed zdobyciem materiałów i tak dalej, i tak dalej. Dzień bez zajęć i bez planów. Wstałem rano i poszedłem na pewne spotkanie – i była to właściwie jedyna produktywna rzecz w ciągu dnia. Reszta, że tak powiem, wyciekła mi przez palce. Kompletny spontan, kawa ze znajomą, spacer po mieście, wizyta w barze, w którym wypiłem swoje pierwsze piwo podczas pobytu w Antwerpii – do tego była ta sama kelnerka co ponad dwa miesiące temu. Rozkosznie zmarnowany dzień z miłym akcentem na koniec. Jaki potworny dysonans w porównaniu z dzisiejszym dniem 😉

Właśnie, już dwa miesiące tu jestem. Jak z bicza trzasł. Koleżanka M. ostatnio się załamała, jak sobie uświadomiła, że zaraz jest grudzień, potem sesja i wraca do Gdańska. Bidulka. Ja też, jak sobie policzę, to zbyt długo tu nie zostanę. Ze względu na moją, dość specyficzną sytuację, koniec czerwca wydaje się być aż nazbyt bliski.

O Anglii, wartościach rodzinnych, Zlewowym Potworze i najmniejszym lotnisku we Flandrii

Obecnie przebywam z wizytą u rodziny w Anglii. Mam szansę nacieszyć się obecnością bliskich, pospacerować po spokojnej okolicy i, nie oszukujmy się, zdrowo się najeść czegoś, co nie jest makaronem. Albo jajecznicą. Mam zdecydowanie zbyt wyrafinowane podniebienie na typową, studencką kuchnię.  Ludzie! Rozwój technologiczny nie ominął kuchni, ale to nie znaczy, że można opychać się non-stop pizzą i zupkami chińskimi. Ale to tylko moja opinia.

Strasznie też miło być w domu, w którym ludzie zmywają po sobie naczynia. Jak rano przed wylotem wychodziłem na autobus, musiałem skorzystać z bocznych drzwi, bo główne były w zasięgu rażenia macek zlewowego potwora, stworzonego z brudnych patelni, przypalonych garnków, resztek jedzenia i o sztućcowych zębach. Kiedy człowiek podchodzi do zlewu, odczuwa wszechogarniający smutek i bezradność. Dwadzieścia osób w jednym domu po prostu nie potrafi utrzymać porządku, zawsze się ktoś wyłamie. Zlewowy Potwór konkuruje z Puszkową Pumą, czającą się na szafie. Jej imię określa także jej skład i pochodzenie. Czekam na noc, której cisze przerwie łomot lawiny aluminium.

Miałem okazję przelecieć się do Londynu dość oryginalną linią lotniczą, firmą-córką AirFrance, o wdzięcznej nazwie CityJet. Od razu chcę zaznaczyć, że latałem dotychczas głównie Wizzairem i Ryanairem, obie linie używają głównie sporych Airbusów a320. Natomiast ta linia, operująca tylko między Londynem (lotnisko City) i niektórymi miastami europejskimi, używa małych, śmigłowych samolotów na kilkadziesiąt osób. Ciekawe doświadczenie, choć osoby przyzwyczajone do odrzutowców i tanich linii lotniczych, które starają się ciąć koszty przy każdej okazji, będą nieco zaskoczone. Co do tanich linii lotniczych – przypomniała mi się plotka, że Ryanair chciał wprowadzić płatne toalety w samolotach i miejsca stojące, jak w autobusie. No cóż, nic nie poradzimy na innowacje.

Byłem też zaszczycony możliwością skorzystania z lotniska w Antwerpii. Antwerpen Deurne Luchthaven to niezwykła konstrukcja na przedmieściach, obsługująca dziennie przyprawiającą o zawrót głowy liczbę dwunastu lotów, z czego jakieś osiem do Londynu. Lotnisko było tak małe, że po drugiej stronie ulicy były normalne budynki mieszkalne, których domownicy nawet nie zamykali okien, aby uniknąć huku startujących maszyn, bo i po co. Owe lotnisko (czy istnieje zdrobnienie od tego słowa?) miało zresztą, jak podejrzewam, zakaz obsługiwania lotów odrzutowych, co wydaje mi się całkiem sensowne, bo pas startowy był długości przeciętnego szkolnego korytarza. Podczas odprawiania się miałem głupie przeczucie, że te same osoby będą przyjmowały bagaż, sprawdzały paszport i pilotowały. Jednak niestety, zostałem powitany przez pełny profesjonalizm. Więcej dowcipów nie będzie, niestety. Na plus, niewielkie rozmiary lotniska i szybka odprawa (nawet 20 minut przed odlotem) czynią je doskonałym dla biznesmenów. Pewnie dlatego dwa loty do i z Londynu są w godzinach rannych i wieczornych.

O ewolucji, domowych zwierzątkach, potworach Frankensteina i brakach w wyposażeniu.

Wczoraj miałem pójść na imprezę erasmusowską, ale zostałem zatrzymany przez intrygującą, niderlandzko-angielską dyskusję o ewolucji, wierze i Kaddafim. Zróżnicowane towarzystwo (mahometanin, biolog i mechanik) gwarantowało świetną zabawę i najniższe chwyty erystyczne. Po kilku głębszych niderlandzki stał się banalny.

Dzień mi minął właściwie niezauważalnie. Przez większość czasu gapiłem się tępo w treść kilku tekstów źródłowych, mając nadzieję, że porównają się same, i to w języku angielskim. Nadzieja okazała się płonna, więc mamy wieczór, a ja nadal nie napisałem głupiej pracy na 500 słów. A to i tak jest ta najprostsza. Trudno, muszę to skończyć dzisiaj, więc czas zakrzyknąć „Challenge accepted” i wziąć się do roboty.

Dziś S., współlokator, gonił swoją dziewczynę po całym domu, bo chciał żeby przytuliła zwierzątko innego współlokatora. Niestety, koleżanka M. nie darzy sympatią dziesięciocentymetrowych hybryd patyczaka i modliszki. T. posiada poza tym trzy rohatyńce (te śmieszne żuki z rogami) i ślimaka-winniczka-giganta. Biologowie są rąbnięci.

Kupiłem rower od T. i z pomocą pożyczonych narzędzi stworzyłem potwora. Z dwóch trupów stworzyłem jeden wygodny, w miarę porządny rower z hamulcami. Planuję jeszcze parę ulepszeń, ale to może na spokojnie i trochę później.

Czas zacząć kombinować jakąś paczkę z kraju, bo paru rzeczy tu brakuje. Kiedy wyjeżdżałem, wiedziałem że na bank niektóre rzeczy, które wziąłem ze sobą, nie będą używane w ogóle, natomiast za pewnymi będę tęsknił, jako że je zostawię w Polsce. Teraz na przykład mam problem z niepotrzebną sakwą rowerową i chętnie wymieniłbym ją na plecak. Z kolei nie zadbanie o części rowerowe to już czysta głupota.

Studia dają w kość, ale za to w przyszłym tygodniu jadę odwiedzić siostrę w Anglii. Nie mogę się doczekać wyjazdu i skreślam kolejne dni w kalendarzu. Podnosi to na duchu 😉

O lenistwie, prokrastynacją zwanym, Ostatniej Lokatorce i nauce przez osmozę, a także podsumowanie EILC.

Zaczęły się zajęcia , już na dobre. Nie chce mi się robić drugiej części alfabetu, dam go w wolnej chwili, bo teraz jestem zawalony projektami. Na razie mam trzy. Nie są one duże, ale wymagają przerobienia ogromnej ilości tekstu a ja, nad czym ubolewam, nie jestem przyzwyczajony do pracy w systemie projektowym, nie mówiąc już o samodzielnej pracy w systemie projektowym. Bleh. Od trzech dni (przyznam, z dużymi przerwami) siedzę nad orzecznictwem ECJ i wszystkimi traktatami europejskimi, nie mówiąc o podręczniku, w którym jest głównie teoria, i readerze, w którym jest właściwie wszystko, co prowadzący zamyślił, że nam się może przydać.

W piątek pomogłem znieść po schodach walizkę jakiejś nowej dziewczynie, która jak się okazało, mieszka nade mną, i to od trzech lat. Od miesiąca się mijamy na korytarzu. Dokonałem jednak pewnych obliczeń i wyszło, że poznałem ostatecznie wszystkich mieszkańców mojego domu. I zajęło mi to tylko półtora miesiąca! Normalnie nowy rekord.

W  międzyczasie ćwiczę niderlandzki – oglądam filmy po angielsku, ale z niderlandzkimi napisami. Gdy trafię na interesującą mnie frazę, zapisuję w zeszycie. Nie nauczę się w ten sposób zbyt wielu skomplikowanych form gramatycznych, ale codziennych zwrotów – jak najbardziej. Muszę tylko sprawdzać, czy nie ma tam błędów, bo napisy do filmów nie zawsze są przygotowywane przez filologów. Jak podpowiedziała mi J. z Warszawy – nauka języka przez codzienne kontakty i tzw. osmozę jest najłatwiejsza 😉 kupa w tym racji.

Chciałem także, już na spokojnie, podsumować kurs EILC, który miałem we wrześniu. Patrząc z perspektywy czasu, za dużo nadziei w niego pokładałem (zbyt wiele nadziei? za dużą nadzieję? J., pomóż!). Kurs, który miał być miesięczny, okazał się być trzytygodniowy, z czego były dwa tygodnie faktycznych zajęć, czyli – dziesięć dni kursu. Trochę to obcięte. Jak patrzę na program to też się zastanawiam, jak ja miałem to ogarnąć. Oczywiście, wiele osób dało radę – ale fakt, że połowa osób oblała nie opierał się chyba tylko na olewactwie.

Mimo to, jeśli będziecie kiedyś jechać na Erasmusa, bierzcie ten kurs. Będziecie w kraju miesiąc dłużej, a późniejsze zajęcia zabiorą Wam czas na naukę języka, zwłaszcza jeśli to język mało popularny i przydatny (jak tutaj). Zauważyłem, że w codziennym obyciu język angielski zazwyczaj wystarcza, ale dzięki kursowi i własnej determinacji, udaje mi się przeprowadzić czasem krótką konwersację czy złożyć zamówienie po ichniemu. Dialektów w tym kraju jest tyle, że z moim koślawą wymową mogę uchodzić na wieśniaka z Zachodu albo bardzo głupiego Walończyka z wadą wymowy.