Bieszczady [zdjęcia]

Dawno nie byłem w górach w celach trekkingowych, a znajomi organizowali wyjazd. Początkowo kłócił nam się z innym wypadem, który jednak nie doszedł do skutku – no to jedziemy!

Czy muszę przedstawiać Bieszczady? Opisywać? Bez sensu. Kto był, ten wie, kto nie był, to daleko nie ma. W pewnym sensie.

Jakby ktoś był ciekaw, to do Zagórza jedzie bezpośredni pociąg. Dwa wagony, piętnaście godzin. Można by z tego zrobić niezłe zwiedzanie – Gdańsk, Warszawa, Kraków, Rzeszów, Jasło, Zagórz…

Ostatni raz w tym rejonie byłem osiem lat temu. Niektóre rzeczy się pozmieniały, inne sprawiają wrażenie wiecznych. Ruiny klasztoru ojców Karmelitów Bosych zostały zagospodarowane i zabezpieczone, trwają tam prace konserwatorskie. W 2007 roku jedynymi śladami obecności ludzkiej od XVIII wieku były tam walające się dookoła puszki po Leżajsku. Obecnie prowadzi tam zadbana ścieżka, droga krzyżowa i stacje z dziesięcioma przykazaniami. Zbudowano także ręczną studnię dla strudzonych pielgrzymowędrowców.

Z Zagórza pojechaliśmy wynajętym busikiem do granicy słowackiej, gdzie weszliśmy na szlak. Pierwszy dzień był spokojny, wieczorem doszliśmy do chatki o wdzięcznej nazwie „Na skraju świata”. Tanie noclegi bez cywilizacji. Marzenie. Sympatyczne miejsce z miłymi gospodarzami, gdzie można a chwilę zapomnieć o świecie.

Następnego dnia szliśmy wzdłuż granicy do Balnicy, gdzie dojeżdża Bieszczadzka Kolejka Leśna. Świetny pomysł, ciekawy klimat, ale nadal śmierdzi benzyną. Tłumy turystów walą i tak. Za to schronisko w Balnicy było super.

Następnego dnia dostaliśmy się różnorako (stopem, kolejką i z buta) przez Cisną na czarny szlak. I zaczęło lać. Zdjęć brak z przyczyn oczywistych.

Człowiek wchodził pod górę i przez pierwsze pół godziny nienawidził deszczu. Następne pół godziny nienawidził siebie, że w ten deszcz idzie w góry. Potem po prostu akceptuje się swoje życiowe wybory. Człowiek jest i tak cały mokry, więc żadne grubsze rozkminy tego nie zmienią. Nawet moje, jak sądziłem, niezniszczalne, wojskowe buty Bundeswehry tu nie pomogły. Skóra stawiała opór wodzie, ale ta wlewała się po nogach od góry…zwłaszcza jak zrobiliśmy sobie skrót przez rzekę, zamiast dookoła.

Schronisko pod Jaworcem było przepełnione, więc spaliśmy w domku obok – wcisnęliśmy się w dwanaście osób na jakieś szesnaście metrów kwadratowych. Nie było jak wysuszyć ubrań, więc po kilku minutach rozkminy i eksperymentów stworzyliśmy sieć sznurówek, linek i naciągów od namiotów, na których rozwiesiliśmy ubrania. Nie, nie suszyliśmy ich. My tylko odwlekliśmy ich spleśnienie.

Następny dzień był najdłuższy, w jakim braliśmy udział. 23 km trasy z plecakami po połoninach. Było widać wyraźną różnicę między Wetlińską (pełno turystów idących do Chatki Puchatka i w dół, do Rawki) a Caryńską (pustawo). Ale może to też kwestia pory. Z Caryńskiej schodziliśmy już po ciemku.

Jakby ktoś nie wiedział, to Bieszczady należą do rezerwatów ciemnego nieba. Gwiazdy widać niesamowicie…

Następnego dnia nie poszliśmy z resztą ekipy na Bukowe Berdo tylko przez Wołosate weszliśmy na Tarnicę, na lekko. Brak kondycji dał o sobie znać wcześniej niż się spodziewałem.

Z Ustrzyk Górnych wróciliśmy stopem przez Solinę do Zagórza, gdzie złapaliśmy pociąg. Rozmowa z naszymi kierowcami uświadomiła nam, że Bieszczady to nie tylko góry, ale także największe w okolicy jezioro, gdzie można nieźle pożeglować. Tą twarz Bieszczad też chciałbym kiedyś poznać.

A w międzyczasie – przeprowadzka!

Reklamy
This entry was posted in Erasmus.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s