O starannie zaplanowanym wyjeździe na Bałkany, który potoczył się jak zwykle [ZDJĘCIA]

Jeszcze będąc w Belgii zapisałem się na symulację instytucji europejskich BEUM 2014. Program wydawał się ciekawy, temat ocierał się to o moje zainteresowania a i wyjazd do stolicy Serbii brzmiał intrygująco. Postanowiłem to połączyć z wyjazdem wakacyjnym i razem z Olgą spakowaliśmy plecaki i pojechaliśmy.

Plan był dosyć prosty, ale ambitny – spędzić tydzień w Belgradzie na konferencji, potem pojechać przez Kosowo do Macedonii, zahaczyć o Albanię, potem przejechać przez Czarnogórę i Bośnię. Wreszcie przeskoczyć krótki kawałek Chorwacji i Słowenii i skończyć u kolegi w Wiedniu, skąd już jeżdżą polskie busy.

Plan był w miarę prosty, więc oczywiście nie doszedł do skutku. Ale wpierw parę słów o podróżowaniu na południe. Jest to zdecydowanie trudniejsze (mówię o publicznych środkach transportu) niż jazda na wschód lub zachód, zwłaszcza dla nas, z północy Polski. Są pojedyncze firmy przewozowe, które jeżdżą do Serbii z Warszawy i ze Śląska, ale są stosunkowo drogie. Samoloty odpadały, punciak by na taką odległość nie dojechał, stopem nie mogliśmy jechać (brak czasu). Na całe szczęście, znaleźliśmy uprzejmego kierowcę na Blablacar, który jechał do Belgradu, a potem dalej do Sofii. Zdzwoniliśmy się, ustaliliśmy warunki przejazdu i wsio. Musieliśmy tylko dostać się do Katowic, co akurat było stosunkowo proste (mimo iż busa mieliśmy jakieś osiem godzin po mojej obronie pracy magisterskiej, przez co świętowaliśmy w trybie przyspieszonym).

Polski Bus jak zwykle bez zarzutu, tyle tylko że po jedenastu godzinach w pozycji siedzącej człowiek mojego wzrostu chodzi z gracją kaczki. W Katowicach spotkaliśmy naszego kierowcę i pozostałych współpasażerów – młodego filmowca jadącego do Bratysławy i instruktorką windsurfingu jadącą do Budapesztu na wakacje. Nasz kierowca z kolei był dziekanem pewnej prywatnej uczelni technicznej na Dolnym Śląsku. Ogólnie, ekipa zgrała się niezła i mimo długiej jazdy, nie nudziliśmy się.

Do Belgradu dojechaliśmy w nocy, na całe szczęście w hostelu na nas już czekano. Poszedłem się integrować z grupą ludzi siedzących w pokoju wspólnym. Ku memu zdziwieniu, wszyscy byli Grekami. Większość z nich przyjechała w jednej grupie z Salonik. Byli niesamowicie głośni, dużo gestykulowali i palili jak smoki. Bardzo łatwo dało się ich polubić, ale ich towarzystwo było po jakimś czasie męczące.

Dwa słowa o samej symulacji. MEU są bardzo podobne do MUNów, tylko wymagają nieco mniej uczestników. W zależnie od wielkości wydarzenia, obejmują one cały proces legislacyjny (czyli Rada i Parlament) lub tylko jego część. Małe MEU trwają jeden dzień i uczestniczy w nich kilkadziesiąt osób (zazwyczaj zajmują się konkretnymi zagadnieniami), większe (takie jak Belgrade MEU, na którym byłem, albo Strasbourg MEU) to wydarzenia trwające trzy do pięciu dni i skupiające około dwustu uczestników (plus obsługa konferencji). Uczestnicy dostają określone role (w BEUM były to: MEP, Member of the Council, Member of the European Council, Lobbyist, Journalist), które odgrywają w ramach symulacji procesu legislacyjnego lub innego procesu decyzyjnego. Ja byłem lobbystą z Europejskiego Biura Policji Europol, który miał wspierać ekspertyzą innych uczestników symulacji…oczywiście, zgodny z własnymi interesami.

Pierwszy raz byłem na tego typu wydarzeniu i muszę przyznać, że było to bardzo ciekawe doświadczenie. Do organizacji miałem parę zastrzeżeń, ale kiedy już się zaczęła sama symulacja i uczestnicy weszli w swoje role, byłem zachwycony. Latałem jak głupi między Radą i Parlamentem, udzielając informacji, przygotowując briefingi i szukając statystyk i wyroków potwierdzających moje tezy. Atmosfera wielkiej, choć tylko udawanej, polityki udzielała się wszystkim. Uczestnictwo w takim wydarzeniu na pewno przybliża obywatelowi cały chaos, w którym powstaje prawo. Próba znalezienia kompromisu między trzema instytucjami (Radą, reprezentującą poszczególne państwa Unii, Parlamentem, reprezentującym obywateli, i Komisją, reprezentującą Unię) jest fascynującym procesem.

Sam Belgrad jest miastem godnym odwiedzenia. Nie ma jakiejś wyjątkowej atmosfery (ale czego można oczekiwać po mieście stołecznym) i widać w nim pięćdziesiąt lat ponurej komuny, ale nie jest brzydkie. Warto dać mu szansę, zwłaszcza ze względu na ciekawą architekturę i skomplikowaną historię. Serbowie są dumnym narodem, na który jest łatwo zrzucić winę za wojny w latach dziewięćdziesiątych, zwłaszcza ze względu na ich ciągle żywe prorosyjskie sympatie. Nie wolno jednak ich nie doceniać. Jest to kraj z piękną i straszną historią, do tego powiązany z innymi krajami w regionie. Ze względu na centralne usytuowanie na półwyspie bałkańskim i uwarunkowania historyczne, ten kraj jeszcze nie raz odegra kluczową rolę w tej części Europy. Historia pokazuje, że upokorzone a dumne narody często powracają silniejsze niż wcześniej. A jeśli dodać do tego specyficzną dla tej części świata pamiętliwość do historii, jestem prawie pewien, że jeśli Europa zapomni o Serbii, to Serbowie z pewnością tego nie zapomną Europie.

Podczas naszego pobytu w Belgradzie trwały obchody siedemdziesięciolecia wyswobodzenia Belgradu z rąk niemieckich przez Armię Czerwoną w 1944 roku. Z tej okazji do Serbii przyjechał z wizytą sam Władimir Putin. Wobec tego, nad Belgradem przez pięć dni latały wojskowe myśliwce na turbodoładowaniu, a centrum miasta było sparaliżowane. Wszędzie można było kupić pamiątki z Putinem (czapki, koszulki, magnesy, kubki…) a wjeżdżając od północy do miasta mija się wielki billboad, na którym splatają się flagi rosyjska i serbska, a złote litery pod spodem głoszą: Łączy nas Gazprom. Jak to powiedział jeden Serb: „Rosjanie i Amerykanie robią u nas, co im się tylko żywnie podoba”. Inna koleżanka wyłożyła prosto: „Zima będzie ostra. Chcemy mieć co jeść i jak się ogrzać. Potrzebujemy rosyjskiego gazu. To takie proste”.

Pod koniec naszego pobytu w Belgradzie mieliśmy niemiły wypadek – straciłem portfel z pieniędzmi i dokumentami. Pozbawieni karty płatniczej nie chcieliśmy ryzykować wyjazdu na południe bez pieniędzy i części dokumentów. Do tego prognoza pogody nie była szczególnie obiecująca. Postanowiliśmy więc skrócić wyjazd i po prostu wrócić okrężną drogą do Polski.

Złapaliśmy stopa do Chorwacji. Uprzejmy, mówiący z amerykańskim akcentem Słoweniec powiedział że nas podwiezie do samego Zagrzebia, ale musi wpierw skoczyć w parę miejsc. Mając już zaklepane miejsce w samochodzie, zgodziliśmy się. To był co najmniej kształcący wieczór. Kulminacją wieczoru była kolacja (fantastyczna cielęcina) w niewielkiej knajpce na pograniczu chorwacko-serbskim, gdzie nasz kierowca, austriacki Cygan z dwoma doktoratami oraz pewien Polak z Warszawy dyskutowali o interesach po niemiecku, serbsku i angielsku.

Przespaliśmy się koło stacji benzynowej i po śniadaniu od przemiłego tureckiego kierowcy (dogadywaliśmy się po niemiecku i na migi), złapaliśmy stopa dalej na południe. Architekt w średnim wieku podwiozła nas na wyspę Krk, gdzie postanowiliśmy rozbić obóz. W nocy przyszedł sztorm, który nam spędził trochę snu z powiek, a morze przybliżył o kilkadziesiąt metrów.

Po wysuszeniu się, ruszyliśmy na północ, do Słowenii. Byliśmy trochę wymęczeni, zmiana pogody trochę nam sprzykrzyła wyjazd (doszło do totalnego, niespodziewanego załamania pogody w całym regionie), postanowiliśmy więc już wracać. Chorwacja to piękny kraj, do którego jeszcze na pewno wrócę. Było w nim coś intrygującego i surowego, ale zarazem zupełnie odmiennego od Serbii. Do tego, kraj jest bardziej rozwinięty od Serbii, ale zdecydowanie bardziej skupiony na pieniądzach.

W Słowenii nie zostaliśmy ugoszczeni przez koleżankę, bo jako członek ljubljańskiej straży pożarnej dostała wezwanie do służby. Albo, jak to ona określiła w smsie – „Sorry, mamy jedną czwartą miasta pod wodą, oddzwonię później”. Pogoda była już beznadziejna, lało cały dzień. Dobrzy Słoweńcy nam pomogli, pozwalając nam się rozbić w ich garażu (dzięki czemu wysuszyliśmy namiot) i karmiąc zupą (co nas rozgrzało). Rano z nowymi zapasami energii mogliśmy ruszyć w drogę.

W dwóch kolejnych stopach dojechaliśmy do podnóża Alp Juliańskich na pograniczu włosko-austriacko-słoweńskim. Po przekroczeniu przełęczy, znaleźliśmy się w Austrii. Niestety, okolice Klagenfurtu nie były dla nas specjalnie przyjazne, bo przez cały dzień, mimo ładnej pogody i dużego ruchu, nikt się nawet nie zatrzymał, a kontakt z przejeżdżającymi kierowcami był wyjątkowo słaby. W końcu jednak udało nam się złapać busa, który jechał do Monachium. Stamtąd pojechaliśmy Meinfernbusem do Berlina, a z Berlina złapaliśmy polskiego kierowcę (ponownie Blablacar) do Gdyni.

Wyjazd był fantastyczny, ale nie doceniłem możliwości zmiany pogody w październiku, Kradzież portfela trochę nam zmieniła trasę, a do tego dochodziły typowe problemy wynikające z podróżowania stopem. Mimo wszystkich powyższych problemów, wyjazd uznaję za świetny – poznaliśmy niezwykłych ludzi i zobaczyliśmy nowe kraje. Za to wiem, że jeśli chcę pojechać do Kosowa i Macedonii, muszę się bardziej przygotować.

No i zdjęcia! Na razie tylko część niepodpisana, uzupełnię opisy później.

EDIT: Uzupełnione!

Reklamy

One comment on “O starannie zaplanowanym wyjeździe na Bałkany, który potoczył się jak zwykle [ZDJĘCIA]

  1. panhoryzontu pisze:

    „niemiły wypadek – straciłem portfel z pieniędzmi i dokumentami. ”

    Dyplomatyczne ujecie sprawy, bo nie wiadomo czy ukradli czy sie zgubiło… 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s