O tym, jak minął kurs, różnicach poglądowych, groźnych parasolach i szalonym koledze.

Kurs się skończył dobry tydzień temu. Miałem ambicję, żeby pisać na bieżąco, ale niestety nie dałem rady. Mieszkałem razem z uczestnikami w akademiku i z tego powodu moja praca nie kończyła się między 16 a 19 – potrafiła trwać i do 23. Oczywiście, nie był to jakiś okrutny zachrzan, ale siedzenie „na dyżurze” i skakanie pomiędzy zadaniami to nie mój ulubiony styl pracy. Tyle dobrego, że udało mi się skończyć z kolegą Rychem apkę – a jaką? Pokażę, gdy wróci z beta testów 😉

Kurs był niezwykle intensywny i jego przebieg był raczej bezproblemowy. Pełniłem funkcję „Conference staff”, co się pięknie tłumaczy na polski jako „przynieś, podaj, pozamiataj”. Musieliśmy zadbać, żeby jak najmniej kłopotów o przyziemnej naturze dochodziło do właściwych organizatorów. Było w tym dużo biegania z kserówkami, sprzątania, pomocy przy kateringu – ale też możliwość udziału w fascynujących wykładach, swoboda pracy w tak zwanym międzyczasie i niesamowici ludzie. Mieliśmy w tym roku bardzo zróżnicowaną ekipę – zarówno pod względem narodowym, jak i zawodowym. Mieliśmy uczestników z Europy, Azji (głównie południowej), Afryki i Ameryki Południowej. Jeśli do tego doda się niezwykle zróżnicowane doświadczenie (byli naukowcy, delegaci instytucji rządowych, pracownicy organizacji pozarządowych…) i skrajnie różne podejście do niektórych problemów, uzyskujemy niesamowity miks.

Zauważyłem ciekawą rzecz – im więcej dzieliło dwoje ludzi, tym paradoksalnie łatwiej było im się dogadać. Według mnie, wychodzili z założenia że drugiego człowieka nie znają i że „może” zaistnieć problem z komunikacją. Stąd rozmowy były ostrożne, wyważone, a ich uczestnicy tłumaczyli sobie nawzajem pojęcia, które mogłyby być sporne (definicja „welfare state” czy też granice interwencji państwa w rodzinę są mocno płynne…). Sam miałem taką sytuację. Rozmawiałem z dwójką Flamandczyków z rządu, gdy jeden z nich oświadczył, że był ostatnio w Polsce i poznał „Markia Misialak”.

– Marka Michalaka? Rzecznika praw dziecka? – zdziwiłem się.

– Tak, mieliśmy tam konferencję i wizytę grupy roboczej. Oprowadzono nas po jego biurze, Ty wiesz – zwrócił się do koleżanki – że polski rzecznik zatrudnia siedemdziesiąt osób?! I ma dwa piętra do dyspozycji w biurowcu! I najlepsze, on ma prawo do interwencji w każdą sprawę sądową, w której przedmiotem jest dobro dziecka! I ma prawo kontroli wielu instytucji!

Muszę przyznać, że zdziwił mnie jego entuzjazm do polskiego organu konstytucyjnego, więc zapytałem czy nie mają tak samo. Byli zdziwieni i zmieszani.

– Nie, w Belgii mamy tylko komisje praw dziecka. To organ o zupełnie innym charakterze. Nie interweniuje bezpośrednio, prawo kontroli wykonujemy przez inne organy…

– To co robi komisja?

– Tworzy opinie prawne, proponuje szkice aktów prawnych, organizuje konferencje, szkolenia, tworzy platformy porozumień dla organizacji pozarządowych…

I tak siedzieliśmy naprzeciw siebie przy stole, który nagle podzieliła na pół filozofia ochrony praw dziecka. Jak i kiedy interweniować? Jak bardzo należy uwzględniać specyfikę kraju? Co się liczy bardziej, głos rodzica czy głos dziecka? Belgowie uważali, że interwencja w życie rodziny to ostateczność i prywatność jest tu najważniejsza. Ja sądziłem, że może to doprowadzić do cichej tolerancji patologii. Z jednej strony – Pietka Morozow, z drugiej – co robić z alkoholizmem/znęcawkami w rodzinie. I brak interwencji i jej nadmiar może prowadzić do tragedii…

* * *

Do Polski wracałem pewną różową linią lotniczą. Może marudzę, bo temat oklepany, ale ciągle mam parę pytań – czy coś tam dają na pokładzie, o czym nie wiem? Czy jest sens stać w kolejce przez 40 minut, żeby usiąść obok siebie na godzinę dwadzieścia minut lotu? Rozumiem, że ludzie chcą siedzieć razem, ale czy te przepychanki są konieczne? I o co chodzi z klaskaniem? Nadal, nie rozumiem tego zwyczaju. Bo to chyba już zwyczaj? Nie oceniam, czy to siara czy nie, po prostu jestem ciekaw skąd się wzięło.

Miałem na lotnisku też ciekawą rozmowę z pracownicą „Łizera” (albo portu lotniczego, w sumie nie wiem). Kobieta tłumaczyła mi, powoli i zrozumiale, że nie mogę wnieść na pokład samolotu parasola. Przyznam, znam regulaminy dotyczace bagażu, ale to nie znaczy że będę je bezdyskusyjnie akceptował. Dowiedziałem się, że parasol jest spiczasty i mogę zadźgać pilota, okej. Że ma metalowe elementy (a co nie ma…), które są niebezpieczne…ale kiedy wzięła mój parasol i włożyła do tej kratki do porównywania bagazu i użyła koronnego argumentu „Przecież wystaje!”.

Rozumiem, przepisy…ale ludzie, odrobina krytycznego myślenia! Już nawet nie myślę o tej biednej kobiecinie, która tylko się dostosowuje do wymogów pracodawcy. Ale kto wymyślił, że parasol jest bronią, ale kupiona w duty-free litrowa, szklana butelka łatwopalnego alkoholu już nie? Rozumiem ideę za tym się kryjącą, ale niech mi to ktoś wytłumaczy – dlaczego możemy pozbawić pasażera niektórych praw (np. prywatności), ale już duty-free shopów zysku – nie?

* * *

Kolega P. mnie odwiedził w Belgii. Pierwszy raz jechał za granicę, pierwszy raz autostopem – i od razu mnie przebił. Złapał dwa stopy w środku nocy. Szacun.

Zdjęcia? Będą, ino później 😉

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s