Слава Україні! Ale co z banderowcami, czyli relacja ze Lwowa [zdjęcia]

Także tego. Miałem dwa dni przerwy i mi odbiło. Dostaliśmy zaproszenie na wyjazd z programu Youth in Action na Ukrainę, zapytałem O. czy chce jechać. Okazało się, że w sumie to mam jej dać godzinkę na spakowanie się. Złapaliśmy więc nocnego busa do Warszawy, stamtąd porannego busa do Lwowa i tak po południu byliśmy na miejscu.

Event dotyczył roli mediów w życiu społecznym i jak sobie radzić z manipulacją. Było to całkiem ciekawe spotkanie, jednak brakowało mi wyraźnego motywu przewodniego. Kurs był od młodzieży dla młodzieży i pod tym względem był w porządku, ale liczba dyskusji, wymiany praktyk, prezentacji i gier była dla mnie zbyt męcząca. Na dodatek, byliśmy uczestnikami ad hoc, nie wiedzieliśmy wiele o mediach i mieliśmy nadzieję na mały teoretyczny wstęp, którego zabrakło. Do tego większość uczestników szykowała się na ten wyjazd od tygodni albo od miesięcy, niektórzy z nich byli też weteranami takich wypadów…my natomiast musieliśmy ze wszystkim improwizować.

O kursie więcej pisać nie będę, ważniejszy jest inny bohater tego wpisu – Lwów!

Może najpierw słowo wstępu. Zakładam, że wszyscy czytelnicy tego bloga znają sytuację na Ukrainie. Otóż jest słabo. Też oglądam wiadomości, te samo co inni. Jednak mam tą przewagę, że mój kolega z Antwerpii, to Ukrainiec (studiujący we Wrocławiu…zresztą, popularne miejsce dla studentów z Ukrainy), którego spytałem – co tam się do diabła dzieje. Po analizie informacji od niego i policzeniu kilometrażu z Lwowa do Ługańska (ponad 1000 km…), postanowiłem jechać. Sporo osób było przeciwnych, pojawiły się głosy że mnie zjedzą banderowcy, że mi flaki rozwleką na ścianie chaty itepe. Postanowiłem radośnie zignorować te argumenty i pojechać mimo to.

Lwów jest pięknym miastem, choć nieco zaniedbanym. Do tego chodziliśmy głównie po tych starych dzielnicach, a z Wysokiego Zamku było wyraźnie widać ogromne blokowiska w oddali, więc pewnie nie całe miasto jest śliczne. Hrywna stoi nisko (0,25 PLN za 1 UAH, wcześnie 0,3-0,4) i spada niżej, przez co polska waluta jest postrzegana jako dobra lokata kapitału, obok euro i dolara…do tego złotówki były powszechnie akceptowane na wszelkich bazarach i stoiskach. Ludzie żyją sobie spokojnie – kwitnie życie kulturalne i nocne, knajpki i restauracje tętnią życiem. Opera (13 zł za bilet!) jest przepiękna, a wystawiany tam balet „Powrót Butterfly” został przyjęty owacją na stojąco. Fantastyczna miodówka gryczana zdobyła nasze serca, podobnie jak lokalna kuchnia – niby bardzo podobna do polskiej, ale nieco inna. Z drugiej strony – w wiadomościach widać trupy. Minister obrony jest na targach broni w Kijowie (kamera pokazywała oblegane polskie stanowisko Bumaru) a jedna ze stacji ogłasza, że 10% dochodu z reklam przeznacza na wsparcie żołnierzy ukraińskich na wschodzie. W cerkwiach flagi i zbiórki na broń (!), a także miejsca pamięci poległych żołnierzy i „gierojów Majdanu”. Czyli jak to określił elokwentnie mój kolega: wojny nie ma, ale jest wymiana jeńców.

Ukraińcy, których spotkaliśmy, byli niezwykle przyjaźni. Po pierwsze, większość z nich albo wcześniej miała do czynienia z Polakami, albo podróżowała do Polski, albo ma Polaka w rodzinie. Po drugie, bliskość językowa. Wystarczy podstawowa znajomośc rosyjskiej cyrylicy (ukraińska różni się kilkoma literami) i można wszystko rozczytać. Do rozmowy wystarczy kilka zwrotów grzecznościowych, a potem można się wszędzie dogadać albo po polsku, angielsku albo pidginem polsko-ukraińskim. Do Polaków podejście zauważyłem dwuznaczne – na początku z dystansem, potem się rozluźniało, kiedy oznajmialiśmy wprost że nie chcemy Lwowa z powrotem. Najwyraźniej dyskusja ciągle jest żywa. Może i miasto ma korzenie polskie (chociaż, jeśliby sięgnąć daleko w przeszłość, to król Danyło chyba Polakiem nie był…), ale teraz Polaków tam żyje 3-8 tys. (zależnie od szacunków). Ślady polskie są obecne wszędzie – od starych szyldów, przez polskie produkty w sklepach, do fresków w ormiańskiej katedrze. Ale obecnie traktują nas raczej jako naturalnych sojuszników i partnerów w polityce europejskiej.

Słowo o Banderze, nerwowi mogą przewinąć akapit. Stepan Bandera był jaki był, okrutne rzeczy robił (choć w czasie rzezi na Wołyniu siedział w obozie koncentracyjnym), o czym sami lwowiacy mi mówili. Jednak jego kult jako bohatera narodowego jest wciąż żywy. Warto zaznaczyć, że takich bohaterów Ukraińcy mają jak na lekarstwo – mają Chmielnickiego, Szeptycki jest już uważany za Polaka, a potem jest peleton dwuznacznych postaci z XX w. Rosyjskie zabawy granicami i relokacje tu nie pomogły. W każdym razie, banderowcy żyją, czerwono-czarne flagi są wszędzie (na jarmarkach, machają nimi dzieci, dorośli przypinają do koszul), jednak ich wydźwięk jest najczęściej antyniemiecki (dla nostalgicznych) lub antyrosyjski (dla żyjących obecnie). O nienawiści do Polaków nie ma ani słowa, a o rzeź wołyńską i małopolską oskarża się prowokatorów rosyjskich, wspominając o tym zresztą z pewnym wstydem. Chyba warto zacząć dialog polsko-ukraiński na ten temat, skoro lwowiacy są tak skłonni do dyskusji, a większość Ukrainy uważa ich za faszystów (od razu pragnę wyklarować, że to wcale nie znaczy, że faszystów wśród nich nie ma).

Na rozluźnienie, kilka ciekawych obserwacji z autobusów i tramwajów Lwowa: bilety w komunikacji kupuje się w ten sposób, że podaje się banknot dwuhrywnowy osobie siedzącej z przodu, która podaje następnej i tak do przodu. Ostatnia osoba kupuje bilet, który wraca tą samą drogą. Genialne rozwiązanie, ale jestem ciekaw, ile by przetrwało w Polsce 😉 Do tego kasowniki są ręczne (przesuwa się dźwignię, która robi małe dziurki w bilecie) i z tego powodu, wszystkie bilety są jednoprzejazdowe. Jestem ciekaw, o ile to wygodniejsze (istnieją tylko dwa rodzaje biletów – normalne i ulgowe) i tańsze. Podróżny korzystający z komunikacji musi się uzbroić w cierpliwość – rozkłady są wg interwałów, tzn. nigdy nie wiadomo, kiedy przejedzie tramwaj lub marszrutka (urocza nazwa autobusu jadącego po marszrucie czyli ustalonej trasie). Do tego bilety sprawdzają konduktorzy, a nie byli aspiranci do GROMu. A co do stanu taboru, to chyba wystarczy powiedzieć, że w jednym z nich był plakat informujący o konsekwencjach jazdy bez biletu…po niemiecku. A sama kara była wyrażona w Deutschmarkach…

Jeszcze refleksja końcowa, o roli Polski w Europie. Kiedy byłem na Zachodzie, Polskę postrzegano albo jako mały, głupi kraj (ku memu zdziwieniu zazwyczaj mówili to mali, głupi ludzie…jakaś korelacja?) albo jako największy kraj z rozszerzenia Unii w 2004 roku i stabilną gospodarkę w regionie. Z problemami, bo z problemami, ale jaki kraj ich nie ma. Natomiast podczas kursu we Lwowie było nieco inaczej. Uczestników było dwudziestu czterech, z Polski, Białorusi, Ukrainy, Rumunii, Mołdawii, Estonii, Turcji i Armenii. Istny kalejdoskop, ale głównie wschodnio-południowy, ani jednego uczestnika z „Zachodu”. Co mnie rozbawiło, większość uczestników znała dobrze historię Polski, chociaż w wycinkach. Rumuni i Mołdawianie pamiętali jak Sobieski wracając spod Wiednia złupił parę wiosek, Ormianie wspominają mniejszość narodową żyjącą dawniej w Polsce, BIałorusini opowiadają o Akcji Polaków na Białorusi i Mickiewiczu oraz o tym, że w sumie to Unia polsko-litewska zniszczyła Litwę. Estończycy pamiętają, jak zajęliśmy Wilno Litwinom oraz jak spory kawał Łotwy to było lenno Rzeczypospolitej, Ukraińcy pamiętają o nastawieniu niektórych Polaków do Lwowa a Turcy odsiecz wiedeńską. Ogólnie, z każdym z tych krajów mieliśmy takie lub inne kontakty i nas dobrze znają, choć od niego innej strony niż Zachód, z którego najlepiej nas chyba rozumieją Niemcy – bo już na zachód i południowy-zachód od Renu jesteśmy egzotyką.

Za kilka tygodni jadę na południe. Jestem ciekaw, jak nas widzą Serbowie…

Zdjęcia! Ponownie, sorry za jakość, aparat odmówił posłuszeństwa, zdjęcia musiałem robić cebulą. Enjoy!

Reklamy

[Zdjęcia] z Gandawy (lipiec/sierpień)

Późno, ale są. Co prawda robione kartoflem, ale są 😉

O tym, jak minął kurs, różnicach poglądowych, groźnych parasolach i szalonym koledze.

Kurs się skończył dobry tydzień temu. Miałem ambicję, żeby pisać na bieżąco, ale niestety nie dałem rady. Mieszkałem razem z uczestnikami w akademiku i z tego powodu moja praca nie kończyła się między 16 a 19 – potrafiła trwać i do 23. Oczywiście, nie był to jakiś okrutny zachrzan, ale siedzenie „na dyżurze” i skakanie pomiędzy zadaniami to nie mój ulubiony styl pracy. Tyle dobrego, że udało mi się skończyć z kolegą Rychem apkę – a jaką? Pokażę, gdy wróci z beta testów 😉

Kurs był niezwykle intensywny i jego przebieg był raczej bezproblemowy. Pełniłem funkcję „Conference staff”, co się pięknie tłumaczy na polski jako „przynieś, podaj, pozamiataj”. Musieliśmy zadbać, żeby jak najmniej kłopotów o przyziemnej naturze dochodziło do właściwych organizatorów. Było w tym dużo biegania z kserówkami, sprzątania, pomocy przy kateringu – ale też możliwość udziału w fascynujących wykładach, swoboda pracy w tak zwanym międzyczasie i niesamowici ludzie. Mieliśmy w tym roku bardzo zróżnicowaną ekipę – zarówno pod względem narodowym, jak i zawodowym. Mieliśmy uczestników z Europy, Azji (głównie południowej), Afryki i Ameryki Południowej. Jeśli do tego doda się niezwykle zróżnicowane doświadczenie (byli naukowcy, delegaci instytucji rządowych, pracownicy organizacji pozarządowych…) i skrajnie różne podejście do niektórych problemów, uzyskujemy niesamowity miks.

Zauważyłem ciekawą rzecz – im więcej dzieliło dwoje ludzi, tym paradoksalnie łatwiej było im się dogadać. Według mnie, wychodzili z założenia że drugiego człowieka nie znają i że „może” zaistnieć problem z komunikacją. Stąd rozmowy były ostrożne, wyważone, a ich uczestnicy tłumaczyli sobie nawzajem pojęcia, które mogłyby być sporne (definicja „welfare state” czy też granice interwencji państwa w rodzinę są mocno płynne…). Sam miałem taką sytuację. Rozmawiałem z dwójką Flamandczyków z rządu, gdy jeden z nich oświadczył, że był ostatnio w Polsce i poznał „Markia Misialak”.

– Marka Michalaka? Rzecznika praw dziecka? – zdziwiłem się.

– Tak, mieliśmy tam konferencję i wizytę grupy roboczej. Oprowadzono nas po jego biurze, Ty wiesz – zwrócił się do koleżanki – że polski rzecznik zatrudnia siedemdziesiąt osób?! I ma dwa piętra do dyspozycji w biurowcu! I najlepsze, on ma prawo do interwencji w każdą sprawę sądową, w której przedmiotem jest dobro dziecka! I ma prawo kontroli wielu instytucji!

Muszę przyznać, że zdziwił mnie jego entuzjazm do polskiego organu konstytucyjnego, więc zapytałem czy nie mają tak samo. Byli zdziwieni i zmieszani.

– Nie, w Belgii mamy tylko komisje praw dziecka. To organ o zupełnie innym charakterze. Nie interweniuje bezpośrednio, prawo kontroli wykonujemy przez inne organy…

– To co robi komisja?

– Tworzy opinie prawne, proponuje szkice aktów prawnych, organizuje konferencje, szkolenia, tworzy platformy porozumień dla organizacji pozarządowych…

I tak siedzieliśmy naprzeciw siebie przy stole, który nagle podzieliła na pół filozofia ochrony praw dziecka. Jak i kiedy interweniować? Jak bardzo należy uwzględniać specyfikę kraju? Co się liczy bardziej, głos rodzica czy głos dziecka? Belgowie uważali, że interwencja w życie rodziny to ostateczność i prywatność jest tu najważniejsza. Ja sądziłem, że może to doprowadzić do cichej tolerancji patologii. Z jednej strony – Pietka Morozow, z drugiej – co robić z alkoholizmem/znęcawkami w rodzinie. I brak interwencji i jej nadmiar może prowadzić do tragedii…

* * *

Do Polski wracałem pewną różową linią lotniczą. Może marudzę, bo temat oklepany, ale ciągle mam parę pytań – czy coś tam dają na pokładzie, o czym nie wiem? Czy jest sens stać w kolejce przez 40 minut, żeby usiąść obok siebie na godzinę dwadzieścia minut lotu? Rozumiem, że ludzie chcą siedzieć razem, ale czy te przepychanki są konieczne? I o co chodzi z klaskaniem? Nadal, nie rozumiem tego zwyczaju. Bo to chyba już zwyczaj? Nie oceniam, czy to siara czy nie, po prostu jestem ciekaw skąd się wzięło.

Miałem na lotnisku też ciekawą rozmowę z pracownicą „Łizera” (albo portu lotniczego, w sumie nie wiem). Kobieta tłumaczyła mi, powoli i zrozumiale, że nie mogę wnieść na pokład samolotu parasola. Przyznam, znam regulaminy dotyczace bagażu, ale to nie znaczy że będę je bezdyskusyjnie akceptował. Dowiedziałem się, że parasol jest spiczasty i mogę zadźgać pilota, okej. Że ma metalowe elementy (a co nie ma…), które są niebezpieczne…ale kiedy wzięła mój parasol i włożyła do tej kratki do porównywania bagazu i użyła koronnego argumentu „Przecież wystaje!”.

Rozumiem, przepisy…ale ludzie, odrobina krytycznego myślenia! Już nawet nie myślę o tej biednej kobiecinie, która tylko się dostosowuje do wymogów pracodawcy. Ale kto wymyślił, że parasol jest bronią, ale kupiona w duty-free litrowa, szklana butelka łatwopalnego alkoholu już nie? Rozumiem ideę za tym się kryjącą, ale niech mi to ktoś wytłumaczy – dlaczego możemy pozbawić pasażera niektórych praw (np. prywatności), ale już duty-free shopów zysku – nie?

* * *

Kolega P. mnie odwiedził w Belgii. Pierwszy raz jechał za granicę, pierwszy raz autostopem – i od razu mnie przebił. Złapał dwa stopy w środku nocy. Szacun.

Zdjęcia? Będą, ino później 😉