O OMC (o-mało-co) autostopie do Macedonii, chleb z czosnkiem, dziwnych połączeniach kolejowych i powrocie do Belgii [zdjęcia!]

Były ambitne plany wakacyjne, dwa tygodnie wolnego, wspaniała wycieczka na południe Europy…a zamiast tego przyszło 40 stopni gorączki i antybiotyk. I tak powolutku te plany topniały – Chorwacja zamiast Macedonii, Włochy zamiast Chorwacji…kiedy w końcu wstałem z łóżka, stwierdziłem że w mieście dłużej nie wyrobię – jedziemy! Gdziekolwiek! Byle na południe! Czechy? Czechy!

Wobec powyższego pojechaliśmy z O. wpierw do Wrocławia (nocna TLKa przeładowana ponad normę – ale od czego jest karimata i podłoga w korytarzu?), gdzie spędziliśmy cały dzień (we Wrocławiu, nie w w teelce). We Wrocławiu byłem parę razy, ale zawsze przejazdem i nie miałem kiedy go porządnie zwiedzić. Wreszcie nadarzyła się okazja! Stare Miasto ładne i zadbane, kościoły i zabytki interesujące, Ostrów Tumski i widok z wieży katedralnej wspaniały. Do tego piękny Ogród Japoński i okolice Hali Stulecia oraz, oczywiście, Panorama Racławicka. Już widziałem jedną panoramę (w Hadze), ale ta znacznie bardziej mi przypadła do gustu – może dlatego, że batalistyka? No i Kościuszko siedzi na najbardziej kossakowym koniu jakiego widziałem. Do tego narrację robił chyba Olbrychski.

Potem pojechaliśmy do Kłodzka, które też się przyjemnie zwiedzało. Połaziliśmy po uroczym rynku, poszlajaliśmy się po wąskich uliczkach, zwiedziliśmy podziemia – i poszliśmy na krajową ósemkę, żeby łapać stopa.

Po pół godzinie złapaliśmy wesołego wrocławianina, który z koleżanką jechał do Pragi – podrzucił nas do Hradec Kralove. Tam trochę stypa, bo zaczął lać ulewny deszcz. Schowaliśmy się na stacji benzynowej na jakąś godzinę, po czym wyszliśmy łapać stopa do miasta. I tak sobie trochę postaliśmy, bo nikt się nie zatrzymał. Po półtorej godzinie stwierdziliśmy, że jednak trzeba szukać noclegu. Okolica była podmiejska – tereny były albo totalnie zaniedbane, albo ogrodzone. Rozbiliśmy się w końcu na jakimś polu, po uzyskaniu zgody lokalsa. Wróć, to nie była zgoda – raczej „a co mnie to” 😉

Rano poszliśmy łapać stopa dalej. Godzinę nic. W końcu mieszkaniec Hradec Kralove (hradcokralowańczyk?) podwiózł nas na drugą stronę miasta (darowaliśmy sobie już zwiedzanie). Tam kolejna godzina i nic. Poszliśmy do lokalnego marketu, posililiśmy się, wrócili na dobrą miejscówkę. Półtorej godziny i nic. Nie rozumiałem za bardzo co się działo. Byliśmy porządnie ubrani, plecaki z namiotem i karimatami (czyli nie „dojeżdżający” ani jakieś cwaniaki). Parka stoi, więc też strachu nie ma takiego, gdy chłopak sam. O co chodziło – nie wiem. Ale przez resztę wyjazdu Czesi byli raczej niechętni podwożeniu nas. Czy to niechęć do autostopowiczów czy nieznajomość zwyczaju? Może w innych częściach kraju jest inaczej, przejechaliśmy w sumie tylko skrawek sporego kraju…

W końcu udało się – jakiś chłopak jechał na koncert pod miastem i nas podwiózł…siedem kilometrów. Staliśmy przez następne dwie godziny, z krótką przerwą, w pyle i  słońcu, przy naprawdę sporym ruchu samochodowym – i dopiero po tych dwóch godzinach mieliśmy następny samochód. Kierowca busa, uprzejmy, ale milczący, podwiózł nas do Zamberku. Pochodziliśmy trochę i stwierdziliśmy, żeby może zejść z głównej drogi i pooglądać prowincję. W okolicy mieścił się Letohrad, który znałem z opowieści koleżanki jako piękną okolicę – a akurat niedaleko był przystanek, z którego odjeżdżał za pół godziny autobus tamże. Złamałem zasadę, że nie korzystam w czasie autostopowych podróży z komunikacji zbiorowej (która to zasada od początku była martwa i w czasie żadnego wyjazdu nie udało mi się jej utrzymać) i pojechaliśmy do Letohradu.

Letohrad to niewielka miejscowość z ładnym zamkiem, kościołem i rynkiem (które to atrakcje leżą jakieś sto metrów od siebie), która jest faktycznie pięknie położona wśród wzgórz, pól i lasów. Miejscowość, mimo iż mała i na uboczu, miała wszystko czego miasto potrzebowało – sklep, knajpkę, hostel, ryneczek i fontannę. Ogólnie, było miło i uroczo. W knajpce napiliśmy się kofoli (jak ktoś nie zna – czechosłowacka odpowiedź na Coca-Colę) i zamówiliśmy chleb czosnkowy, który okazał się być chlebem z czosnkiem. Byliśmy strasznie zdziwieni, kiedy kelnerka podała nam…trzy kawałki smażonego w oleju chleba (swoją drogą smacznego, choć tłustego) i…ząbek czosnku. Nie że pastę czy masło czosnkowe, tylko cały ząbek. Do tego nóż i widelec. Mieliśmy to pokroić? Pogryźć? Robili sobie z nas jaja? Głupio nam było spytać kelnerkę, jak się to je, poprzestaliśmy więc na zjedzeniu samego chleba. Nadgryzłem czosnek, ale to chyba nie o to chodziło. Ubawiliśmy się naszą niewiedzą i tą dziwną potrawą, która pewnie dla Czechów jest czymś oczywistym. Spytam się Jiriego albo Katki, będą wiedzieli pewnie o co chodzi.

Następnego dnia, po dokładnym zwiedzeniu miasta i krótkim chill-oucie pod fontanną, poszliśmy z buta w kierunku głównej drogi. Spacer był miły, ale po jakimś czasie skończyła się ścieżka i musieliśmy iść główną drogą. Byłby to miły spacer, gdyby nie obciążenie (plecak z pełnym sprzętem kempingowym), upał i złe buty (stare, wierne, ale właśnie rozpadające się sandały). Po kilku kilometrach złapalismy stopa do głównej drogi. Pierwszy raz trafiła nam się radosna kierowca. Gadaliśmy po polsku, czesku i rosyjsku, a ona z nerwów na migi (była nauczycielką języka migowego). Znała Polskę (była w Gdańsku w latach ’80 i ’90, oraz we Wrocławiu w ostatnich latach) i lubiła Polaków – o samych Czechach stwierdziła, że dobrzy ludzie, tylko – i tu wskazała palcem, jak zadziera nos. Coś w tym jest…

Wyrzuciła nas w Jablonne nad Orlici, gdzie usiedliśmy w cieniu drzewa na rynku, koło fontanny, i budząc chyba niewielką sensację swoim zachowaniem, zjedliśmy ćwierć arbuza zamiast lanczu. Nie wiem, czy nasze zachowanie było obsceniczne, czy też arbuz. Wyszliśmy z miasta i kawałek za nim złapaliśmy chłopaka, który jechał z Pragi do naszego celu (w którym planowaliśmy być dzień wcześniej), to jest Ostrawy. Podwiózł nas ponad sto sześćdziesiąt kilometrów, z uśmiechem i prawie bez słowa. Na wszelkie nagabywania kiwał głową albo zbywał półsłówkami, ciągle uśmiechnięty. Rozumieliśmy się w naszym polsko-czeskim slangu, ale chyba nie chciał rozmawiać. Miał chyba samą przyjemność z podwiezienia nas. Wyrzucił nas w centrum Ostrawy i pojechał gdzieś dalej. Mimo wspólnych dwóch i pół godzin drogi nic o nim nie wiem – aż dziwne! Zazwyczaj kierowcy są rozmowni – niezależnie od wysokości bariery językowej. A tu – nic.

W Ostrawie podliczyliśmy pieniądze, dostępny czas i ochotę dalszego wyjazdu i stwierdziliśmy, że nie ma co dalej kombinować – na dalszą podróż na południe czy wschód nie mamy czasu, na podróż na północ autostopem – ochoty, byliśmy w końcu przy samej granicy. Zwiedziliśmy więc Ostrawę by night, napiliśmy się Pilsnera i kimaliśmy wśród meneli na dworcu (ostatni tramwaj na dworzec był o 23.30, nasz pociąg o 2.11…). Były to menele podróżnicy, ludzie o naprawdę ciekawych życiorysach – wiemy to stąd, że mówili między sobą po polsku. Dworzec w Ostrawie był jak inne wielkie, pokomunistyczne dworce – brzydki i surrealistyczny, zwłaszcza w nocy. Dziwna mieszanina stylów z lat ’70, ’90 i przebudów w ostatnich latach. Między północą a drugą w nocy nie było ani jednego pociągu, za to między 2.10 a 2.20 – pięć, z czego trzy międzynarodowe. Wszystkie informacje, oczywiście, po czesku. Niby można zrozumieć bratnią mowę, ale tylko niby – zwłaszcza kiedy wypluwa je stara szczekaczka na suficie.

Wsiedliśmy w pustawy pociąg do Warszawy i udało nam się, po zajęciu miejsca, utrzymać te miejsca aż do rana. Chłopacy który wsiedli dwie stacje dalej, już w Polsce, nie mieli tego samego szczęścia – głównie dlatego że byli przeokrutnie nabryndzoleni i żądali kuszetek. Poszli więc gdzieś w podróż po pociągu, a ja, przyznam z pewnym wstydem, nie czułem się zobowiązany żeby ich informować, że w całym pociągu zarezerwowane są pojedyncze miejsca, reszta wolne. Zresztą, konduktor powiedział to mi przy nich – ale co alkohol i późna pora robi z percepcją…

Pociąg pędził z prędkością nadświetlną bądź wpadliśmy w pętlę czasową w Warszawie Centralnej – przyjechaliśmy bowiem o 8.05 do Warszawy i zdążyliśmy na pociąg do Gdyni odjeżdżający o 7.55. Takie cuda, panie. Kupiliśmy bilet w okienku, wskoczyliśmy do pociągu i…tak sobie siedzieliśmy, bo pod Sochaczewem był wypadek i były zablokowane tory w kierunku Warszawy Zachodniej. Teraz myślę, że trzeba było poszukać pociągu jadącego na północ przez W-wę Wschodnią, ale kiepski przepływ informacji (opóźnienie zmieniało się od kwadransa, stopniowo co dziesięć minut, aż do dwóch godzin) i wygoda siedzenia już w pociągu do domu sprawiły, że zostaliśmy w danej teelce.

Złapaliśmy miejsca siedzące w wagonie, w którym już siedziała rodzina z dziećmi. Rodzina była prawidłowo polska, narodowa, katolicka i kompletnie nie z tej ziemi. Nasza krótka rozmowa z nimi, uprzejma i ostrożna, szybko zmieniła się w podawane przez nich hasła, często niezwiązane z poprzednimi wypowiedziami i w ogóle z rzeczywistością. O., chodzący kompas rozsądku i wyczucia towarzyskiego, zasłoniła się Jackiem Londonem, a ja, głupi, ciągnąłem rozmowę.

Dowiedziałem się wielu ciekawych rzeczy. Przykładowo, afera taśmowa została wymyślona, bo Rosjanie wykupują PKP Cargo, Polskę należy rozwalić i zaorać na nowo, życie bez idei jest gówna warte, polski naród jest wyniszczany ze wszystkich stron, wszystkie media (poza tymi w internecie) kłamią. Na stoliku leżały dwie gazety dwóch różnych wydawnictw – jedna służyła Niemcom, druga Rosjanom, ale nigdy się nie dowiedziałem, czemu je mój rozmówca cytował jako prawdy objawione. Sejm należy powystrzelać, a miejskie spółki komunalne są tylko po to, aby nakręcać dług publiczny, który osiągnął „już nie jeden, a trzy miliony”, tak samo jak „pożyczki z Unii” i remonty torów (niestety, nie wyklarowano mi, czy chodzi o deficyt budżetowy, dług publiczny, jawny, ukryty, per capita czy ogólny). Nawet mojej ukochanej, biednej, bydgoskiej „Pesie” się oberwało, tak samo jak i Balcerowiczowi, który „pokazał, kim naprawdę jest przy tej sprawie z OFE” (znowu, niestety, nie wiem kim). W międzyczasie ich dwójka blond urwisów słuchała ze zdziwieniem, że obecne młode pokolenie jest nic nie warte i w spokoju jadło andruty z podłogi wagonu.

W toku dalszej podróży nasze dialogi się uproszczały do etapu, w którym się poddałem i tylko nerwowo uśmiechałem, kiedy słyszałem, jak wszystko, od turystów w Zakopanem, przez pociągi, remont dworca w Bydgoszczy, opóźnienia pociągów do zarządu spółki PKP Intercity jest beznadziejne i „wiadomo, na czyją korzyść działa”. Niestety, nie dowiedziałem się, kim są oni, ani jak to działa. Okazało się też, że wypadek kolejowy potrafi być bezpośrednią winą rządu, czego mimo pewnego wysiłku umysłowego, nie byłem w stanie połączyć z pomocą którejkolwiek z teorii związków przyczynowych.

O ile uwielbiam ludzi z najróżniejszymi poglądami, to jednak nie znoszę osób, które nie dopuszczają do myśli ziarna wątpliwości ani dyskusji. Rozmowa z tymi ludźmi była o tyle ciężka, że świat, który oni postrzegali, bym ciemny, ponury i rządzony przez obce, wrogie, nieokreślone siły. Smutna dla mnie wizja świata i potwornie dobijająca – do tego, niestety, strasznie płytka.

Z ulgą wysiedliśmy na swojej stacji…

* * *

Z innych wiadomości – wybywam w niedzielę do Belgii! Znowu. Jak się ustatkuję, to napiszę więcej. Coś te frytki, piwo i czekolada ciągle mnie ściągają do siebie. Już któryś raz z rzędu, jest to „ten ostatni wyjazd”…

* * *

A! No i oczywiście – zdjęcia!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s