O bezproblemowych i alternatywnych metodach podróżowania, weselach i plażowaniu w kwietniu [zdjęcia!]

Mój kuzyn postanowił rozpocząć nową drogę życia – albo jak kto woli, zamarzyła mu się legalizacja związku, ustabilizowanie sytuacji spadkowej i zniżki podatkowe. W każdym razie, wiąże się to z wielką, tradycyjną imprezą w polskim stylu, której nie miałem zamiaru ominąć.

Ponieważ jestem osobą permanentnie spłukaną, szukałem jak najtańszego środka transportu. Na Blablacar znalazłem tani busik jadący z Antwerpii do Torunia. Czystym fartem, tego samego dnia wieczorem w Toruniu był wieczór kawalerski mojego kuzyna. Timing!

Pojechałem więc do Antwerpii dzień wcześniej, aby złapać busa o ósmej rano. Noc spędziłem u A., serdecznie przyjaznego kolegi z Ukrainy, mówiącego biegle po polsku. Znamy się z wymiany dwa lata temu – obecnie A. robi doktorat w Antwerpii (wcześniej studiował we Wrocławiu).

O szóstej rano w sobotę zadzwoniłem do kierowcy i się dowiedziałem, że nie przyjadą po mnie. Dlaczego? Bo nie mogli się do mnie dodzwonić poprzedniego dnia i pojechali, mimo iż byliśmy umówieni na miejsce i godzinę, do Amsterdamu. Nie usunęli zera z początku numeru, który im podałem – nie zauważyli, że dziesięciocyfrowe numery nie występują u nas. W każdym razie, wystawili mnie. Pozdrówcie firmę Arekbus ode mnie. Serdecznie.

Długo nie czekając, poszedłem na obwodnicę, żeby złapać stopa. Planowałem dojechać do Berlina, tam przenocować i następnego dnia wrócić pociągiem przez Szczecin do Gdańska. Pech chciał, że tego dnia było w Holandii święto narodowe (Koningsdag – Dzień Króla) i ruch był ograniczony. Pogoda za to dopisywała i nie narzekałem. Wolno, bo wolno i czekając długo, ale dojechałem koło trzeciej po południu w okolice Dortmundu. Zajęło mi to jakieś dziesięć stopów, same osobówki. Na stacji benzynowej pod Dortmundem złapałem pierwszego w życiu TIRa. Przejechaliśmy jakieś sto metrów zanim facet się skumał, że jadę do Hannoveru, a nie Hamburga. Wróciłem się na stację i po chwili złapałem przesympatycznego Bułgara (niech mu Allach szeroką drogę zapewni!), który mnie zawiózł pod Hannover, a przy okazji napoił, nakarmił, zabawił anegdotkami i ogólnie przywrócił wiarę w ludzkość. Jazda była ograniczona tempomatem do 85 km/h, więc mieliśmy trzy godziny, żeby krzewić przyjaźń polsko-bułgarską, próbując się dogadać w dziwnym hiszpańsko-niemiecko-angielsko-rosyjskim slangu. Wesoło było ogólnie.

Pod Hannoverem złapałem na stacji Polaka jadącego do domu – ale niestety, za Berlinem jechał na południe, przez Cottbus. Wysadził mnie za to na obwodnicy Berlina, wcześniej uraczywszy mnie garścią anegdot o życiu, polowaniu, broni, kierowcach TIRów, Niemcach, fotoradarach i ludziach w ogólności. Na koniec wytłumaczył mi jak działa system pracy kierowców zawodowych i pognał na południowy zachód.

Na stacji pod Berlinem stwierdziłem, że mam równie daleko do centrum Berlina jak do Słubic i po chwili zastanowienia stwierdziłem że już chciałbym już być w Polsce. Było już późno, ściemniało się. Nie miałem szans dojechać do Poznania, bo wszystkie TIRy miały się zatrzymać do 21.00 i stać do północy następnego dnia. Znalazłem jednak poczciwych kierowców, którzy zjeżdżali do bazy w Słubicach. Stwierdziłem, że lepsze to niż spać na stacji, pojechałem więc z nimi.

Chciałbym tu serdecznie podziękować kierowcy, panu Ł., który złapał na CB chłopaka jadącego do Bydgoszczy. Ponieważ wspomniany jechał dostawczakiem, nie obowiązywały go ograniczenia dla TIRów. Złapaliśmy się w Słubicach i przez mrok, ciemność, drogi krajowe i pijane dzieci, dotarłem o czwartej rano do Bydgoszczy. Tam, styrany po podróży i nerwach z nią związanych, zadzwoniłem po taksę, która mnie zawiozła do Torunia. Prosto na ostatki imprezy. Następnego dnia wieczorem wróciłem ze znajomymi do Gdańska.

Nie wierzę, że mi się udało. Sukces tej podróży zawdzięczam kilkudziesięciu osobom, znanym i nieznanym, tym którzy mnie podwozili, wspierali radą i kontaktem przez telefon i tym, którzy mnie karmili (i Sz., który zapłacił za taxi – oddam, obiecuję!).

Dziękuję Wam wszystkim!

***

Ponieważ w Belgii dwa rosnące obok siebie drzewa zostają otoczone taśmą policyjną i karteczką „Park Krajobrazowy, wstęp wzbroniony”, miałem ochotę doświadczyć trochę dzikiej natury. W tym celu pojechaliśmy razem z O. do Łeby, aby się przejść mierzeją i trochę po wydmach. I popatrzeć na morze. Dużo, dużo morza. Ponieważ wyjeżdżaliśmy jeszcze w kwietniu, wzięliśmy ze sobą arktyczne śpiwory, polary, swetry, butlę gazową i ciuchy wodoodporne. Spaliliśmy się więc ostro, jak każe prawo Murphy’ego, i moczyliśmy nogi (no, nie, nie kąpaliśmy się). Było przyjemnie ciepło, wrażenia super. Gorąco polecam Słowiński Park Narodowy. Wszystkie te rośliny, trzymające się kurczowo piasku i potrafiące odnaleźć się w tak surowym klimacie robią wrażenie.

***

A, no i jeszcze był ślub (wzruszający), wesele (huczne), wypad na Kaszuby (klimatyczny), spotkania z rodziną (przerażające) i znajomymi (rozczulające). Ogólnie, pobyt był pełen wrażeń, przesławny, wytworny, nietuzinkowy, chwalebny i roztropny. Polecam wypady do Polski, J.D.

A powrót? O. mnie podwiozła w środku nocy na dworzec, stamtąd pojechałem pociągiem do Poznania, gdzie się spotkałem z kierowcą, któremu dołożyłem się do benzyny i który zawiózł mnie do Antwerpii. Tam wsiadłem w wieczorny pociąg do Gentu, gdzie odebrałem rower i wróciłem do domu. Absolutnie bezproblemowo. Huh. Nietypowe.

***

Dosyć gadania – zdjęcia! Z Łeby 😉

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s