O carpoolingu, instytucjach unijnych i organizacjach non-profit.

Dziś będzie mocno niechronologicznie, zacznę od zeszłego tygodnia. Otóż złapała mnie za serce ostatnio tęsknota – zamarzyło mi się zobaczyć świerzop, grykę, boćki, mazurską kurną chatę i całą resztę Inwokacji. W każdym razie, zacząłem kombinować, jak i którędy jechać, coby móc na weekend do kraju zjechać, a się doszczętnie nie spłukać.

Problem leży w tym, że czas to pieniądz, czyli Cz = P, więc jakby człowiek nie kombinował, rachunek musi się zgadzać. Podróż autostopem jest najtańsza, ale niepewna. Autobusy – długo jadą i są stosunkowo drogie. Kombinować z transportem lokalnym (Gent-Bruksela-Liege-Aachen-Koln-Berlin-Szczecin-Gdańsk) można próbować, ale wcześniej czy później człowiek podlicza godziny i złotówki i blednie. Samolot – loty weekendowe nie pasowały ani czasowo, ani kasowo.

A co z carpoolingiem? Słyszałem o Blablacar, mam tam nawet konto, ale nigdy nie skorzystałem, bo zawsze jakoś było szybciej autobusem lub pociągiem. Postanowiłem spróbować. Znalazłem nawet idealnie pasujące mi połączenia. Razem zapłacę jakieś 250 zł. Super!

W piątek wieczorem podjechałem do Brukseli. Złapałem się tam z K., chłopakiem z Warmi, w moim wieku, pracującym na budowie w Brukseli. Dogadaliśmy się, wpakowaliśmy do samochodu i w długą. Piętnaście godzin  i cztery Redbulle później byliśmy w Elblągu, gdzie mnie odebrała O. Ślicznie! Wymieniliśmy się kontaktami, zapłaciłem. Wspaniały początek przygody z carpoolingiem.

Trzy dni później przyszedł czas powrotu. W poniedziałek rano zameldowałem się u Pana Z., 62-letniego artysty, który miał mnie podwieźć do Aachen. Stwierdziłem, że dalej jakoś sobie poradzę. Mieliśmy lekkie zamieszanie, co i jak i ile będziemy jechać, ale stwierdziłem – no bez jaj, pesymista jakiś, ile można jechać do Europy Zachodniej?

Och, jakżem młody i głupi.

I teraz taki mały disclaimer – w wielu miejscach byłem, z niejednego pieca chleb jadłem, podróżowałem i w słocie, i w chłodzie. Mało rzeczy – w czasie podróży! – jest w stanie mnie zdenerwować. U Pana Z. nie było jednego, dużego problemu, który by go w jakikolwiek sposób dyskwalifikował. Było ich mnóstwo, maleńkich, niby korniki podgryzające powolutku moje zdrowie psychiczne.

Pan Z. nie ma 62 lat. Ma 72, ale się odmłodził, bo nikt by nie chciał „z dziadem jeździć”. Samochód był świeżo przerobiony na gaz – nie działały wskaźniki paliwa. Albo nikt nie wiedział jak działały. Dopiero pod Berlinem udało mi się uruchomić ogrzewanie przedniej szyby, wcześniej jechał prawie na ślepo. Jechał do Kolonii przez Aachen (nie pytajcie jak). Dospawał w samochodzie dodatkowy fotel – nielegalnie. Z Gdyni do granicy w Słubicach jechaliśmy DZIEWIĘĆ GODZIN, bo musieliśmy po drodze, po kolei: odebrać bagaż od jakiegoś Turka w Koszalinie, odebrać pierwszą współpasażerkę w Kołobrzegu (wpierw błądząc po Kołobrzegu), ZDRZEMNĄĆ SIĘ PO DRODZE, znaleźć drogę do Gorzowa (nie miał mapy Polski), odebrać następne trzy pasażerki (dwie kobiety i dzieciaka) w Gorzowie, zapakować się po sufit i jechać „skrótem” do Słubic. Domyślacie się, moje nerwy były nieco osłabione.

Pod Berlinem były roboty na autostradzie i zwężenia drogi. Pan Z., po zmierzchu, mrużąc oczy, mając zaparowaną szybę i kolebiąc się od jednej krawędzi pasa do drugiej, wymijał tiry na remontowanych odcinkach jadąc 130 km/h. O ile gdyby zrobił to mój poprzedni kierowca – nabuzowany kofeiną i tauryną dwudziestopięciolatek – to siedemdziesięciodwulatek już nie budził mojego zaufania przy takich manewrach.

Podczas krótkiej kłótni na stacji benzynowej okazało się, że schodzi nam powietrze z koła. Chciałem wsiąść za kółko, ale oprzytomniałem, że nie znam samochodu, nigdy nie prowadziłem w Niemczech, ubezpieczenie OC mnie najprawdopodobniej nie obejmuje, nigdy nie prowadziłem samochodu na gaz, a w samochodzie mam pięciu pasażerów, w tym dziecko siedzące na dospawanym w garażu fotelu. Odmówiłem prowadzenia i postanowiliśmy, że będę zagadywał pana Z., żeby nam nie zasnął, a on będzie prowadzić dalej.

To była długa noc. Musieliśmy się zatrzymywać na każdej stacji, żeby sprawdzić, czy koło trzyma, instalacja gazowa wydawała śmieszne dźwięki, a pan Z. nagle oznajmił, że musi zajechać do pewnej miejscowości koło Erfurtu, żeby odebrać GPSa. Oczywiście, nie miał mapy Niemiec. Straciliśmy na tym następną godzinę, błądząc o czwartej rano po uśpionym, zachodnioniemieckim miasteczku koło autostrady.

Straciłem trochę nerwów i kiedy utknęliśmy o wpół do ósmej rano w korku przed Aachen i wyobraziłem sobie, że mamy jeszcze jechać do miasta i na dworzec, to stwierdziłem że wysiadam na obwodnicy. Tam złapałem stopa do Maastricht w Holandii i dalej do Visy w Belgii, gdzie złapałem pociąg do Gentu przez Brukselę. Potem już z górki – z buta 45 minut i byłem w domu. To znaczy w Gencie. O trzynastej dwadzieścia przeszedłem przez próg domu.

Dwadzieścia siedem godzin w drodze. Wyjechaliśmy koło dziesiątej, dotarłem o trzynastej następnego dnia. Trzydzieści godzin bez snu, na energetykach i kanapkach. Ale za to O. wspierała mnie duchowo, tyle dobrego.

(W tym miejscu chciałbym podziękować młodej Ukraince z Maastricht, która dała mi swój lancz i w ten sposób dodała mi trochę wiary w ludzi. I sos chili)

Mam nadzieję, że powyższy opis wyczerpująco opisuje, co może każdego spotkać przy carpoolingu. Od bezproblemowej jazdy, do diabelnie problemowej. Trzeba spróbować i tego, i tego. Tylko błagam, unikajcie pana Z.!

***

Z innych wiadomości: byłem na początku kwietnia na konferencji w Komitecie Regionów. Niesamowity klimat, wspaniali ludzie. Tematem konferencji nie będę Was zanudzał, ale na dole znajdziecie parę zdjęć z imprezy po tymże zgromadzeniu. Enjoy!

***

Jak pewnie wiecie, w Belgii siedzę na stażu. Pracuję dla Kenniscentrum Kinderrechten vwz, organizacji non-profit zajmującej się ochroną praw dziecka, skupioną głównie na analizie prawnej i polityk publicznych. Jesteśmy niewielką organizacją o raczej akademickim charakterze (z obecnego składu chyba tylko ja i S. nie mamy doktoratu). Wynajmujemy lokal od CVO HoGent (Centrum voor Ondernemen Hogeschool Gent, czyli…eee…centrum wspierania przedsiębiorczości gandawskiej szkoły wyższej? jakoś tak). Ciasny, ale własny. W pewnym sensie. I jest darmowa kawa!

Na zdjęciach poniżej znajdziecie też ekipę KeKi. To ci ładnie uśmiechnięci, co nie wyglądają jakby byli w Komitecie Regionów 😉

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s