Pribaltika 2013 – czyli Vilnius i Riga samochodem

Nudno się zrobiło, trzeba gdzieś jechać. Poinformowałem o tym fakcie kolegę M., który dzielnie stanął ze mną w pokoju przed mapą Europy i pogrążył się w zadumie.

– Niemcy? – Nie, Zachód mi się znudził. Może Ukraina? – Nie, za duża wyprawa, drogi kiepskie. Trzeba by się lepiej zorganizować. Czechy, Słowacja? – Byłem niedawno. Poza tym lepiej tam jechać w lato. Białoruś? – Nie załatwimy wiz. Skandynawia? – Drogo i ponuro, zwłaszcza w zimie. – To co, Wilno? – Eee..jak szaleć to szaleć. Wilno i Ryga? – Niech będzie.

Tydzień później, pojąc się najtańszym w Warszawie piwem i snując polityczno-historyczno-przyszłościowo-koncepcyjną, leniwą, studencką dyskusję z drugim kolegą, którego imię też się zaczyna na M., więc jako warszawiak zostanie tu określony literą W., namówiłem go do udziału w naszej wyprawie.

Tydzień przez wyjazdem poznałem klimaty przekraczania granicy z Obwodem Kaliningradzkim i po zdobyciu pewnej wiedzy na temat okolicy i dróg oraz ustaleniu ramowego planu wyjazdu, zamówiliśmy hostele, odnowiliśmy kontakty ze znajomymi, zatankowaliśmy do pełna i ruszyliśmy na szeroko pojęty wschód.

Po drodze zahaczyliśmy o Kętrzyn, w którego okolicy znajduje się miejscowość Gierłoż, a w pobliskim lesie – Wilczy Szaniec, główna kwatera Hitlera na operację „Barbarossa” i miejsce słynnego zamachu von Stauffenberga (tego od „Walkirii”).

Miejsce jest bardzo ciekawe, ale bez przewodnika jest tylko stertą żelazobetonu. Trzeba trochę wyłożyć, bo teren jest prywatny (żaden z obiektów nie ma statusu zabytku – i bardzo dobrze). Bilet 10-15 zł, parking za samochód – 10 zł, przewodnik 50 zł. Ale warto! Do niektórych bunkrów można wejść. Mimo iż większość została zniszczona przez wycofujące się wojska niemieckie, są to i tak niesamowite konstrukcje. Poniżej znajdziecie parę zdjęć, patrzcie na wejścia i na osoby i porównajcie z wysokością bunkrów. Stropy miały nawet po siedem metrów grubości i były bunkry dodatkowo maskowane. Zniszczenie ich nalotem było prawie niemożliwe. Za to do zniszczenia ich od środka wystarczało, bagatelka, kilka ton trotylu…

Ruszyliśmy stamtąd dalej na wschód. Muszę przyznać, że podróżowałem różnymi środkami transportu, ale pierwszy raz prowadziłem samochód na tak długiej trasie. Zrozumiałem wiele bolączek kierowców…powiedzmy, że drogi wojewódzkie, a także niektóre krajówki, są dalekie od reprezentowania statusu głównych dróg w naszym kraju. Tak tylko mówię. Głównie prowadził kolega, który jest właścicielem samochodu, ale nie dałby rady na tak długiej trasie, więc Wasz skromny bloger/pismak wyręczał go czasami.

Zapomnieliśmy o tym, że Litwa jest już w strefie czasowej EET (czyli GMT+2) i straciliśmy godzinę samym przekroczeniem granicy. Jeśli doliczymy, że dwie godziny byliśmy w Wilczym Szańcu, że trzeba było coś zjeść po drodze i wymienić walutę…trochę się tego nazbierało.  Krótko mówiąc, w Wilnie byliśmy koło 21.00.

Przed wyjazdem podkułem rosyjski, ale na nic nam się nie zdał, bo wszędzie byliśmy w stanie się porozumieć po angielsku lub polsku. Po polsku mówili wszyscy zatrudnieni w usługach – od sprzedawców ulicznych, przez ekspedientów, po obsługę hostelu. Wilno ma sporą mniejszość polską i silne związki z Polską, przez co obywatel Rzplitej czuje się tam bardzo swojsko. Miło jest zobaczyć polskie nazwiska na tablicach pamiątkowych czy ulicach, czy choćby styl architektoniczny, tak dobrze nam znany. Jest to jednak stolica Litwy i czuć, że Litwini czują się tam dobrze. Nie ma tej atmosfery, o której trąbi się w mediach przy doniesieniach dotyczących ataków na mniejszość polską. Polacy? O, fajnie. Turyści? Super!

W Wilnie zatrzymaliśmy się w hostelu przy Ostrej Bramie, który służył nam za bazę wypadową wieczorem i rano. Od rana po Wilnie oprowadzała nas znajoma W. z Erasmusa. Dowiedzieliśmy się dzięki niej trochę o najnowszej historii Litwy i zaprowadziła nas do mniej oczywistych miejsc. Mimo krótkiego spotkania, cieszę się że pospacerowaliśmy z nativem.

Po spacerze spakowaliśmy się, opuściliśmy hostel i udaliśmy się w dalszą trasę, tym razem na północ. Planowaliśmy zobaczyć parę miejscowości, w tym malownicze Troki, dawną stolicę Litwy, ale ze względu na goniące nas terminy i aurę, która nie zachęcała do zwiedzania wyziębionych zamków, uczyniliśmy Rygę naszym następnym celem.

Pragnę nadmienić, że moja wiedza o Łotwie składa się z kilku dowcipów o łotewskich chłopach (jeśli nie znacie, to tu macie próbkę tej schizy), średnim kursie łata (1 łat – 5,9 zł – whaaaat [pun intended]), możliwości wskazania Łotwy na mapie, wymienieniu dwóch czy trzech miast, może naszkicowaniu niektórych fragmentów jej historii (tzn. Inflanty…Potop szwedzki…bitwa pod Kircholmem…yyy…potem okupacja i odzyskanie niepodległości w 1991. Spore dziury). Nic więcej. Kiedy więc przejechaliśmy pierwsze 80 km od granicy z Litwą i zahaczyliśmy po drodze o dwa niewielkie miasta (I NIC WIĘCEJ) moje stereotypy tylko się pogłębiły.

A potem wjechaliśmy do Rygi.

Dawno nie byłem tak zaskoczony. Niespecjalnie spodziewałem się tego, że zobaczę całkiem w porządku, średniej wielkości europejskie miasto. Rozwinięta komunikacja, kilka dużych biurowców i hoteli, siedziby kilku znanych marek. Standardowe supermarkety, śliczna starówka z szacunkiem dla burzliwej historii regionu, za to z charakterystycznym dla wschodniej Europy dystansem wobec własnych dziejów (pomnik Strzelców Łotewskich, którzy wspierali Lenina w dążeniu do powszechnej rewolucji, stoi niedaleko Muzeum Okupacji Sowieckiej). Piękne, secesyjne kamieniczki w centrum są radością dla oczu, w przeciwieństwie do socrealistycznych bloków w innych dzielnicach i wieżowca Akademii Nauk Łotwy (który wyglądem przypomina PKiN w Warszawie).

Mimo to, bardzo mi się tam podobało, a mój krótki pobyt w Rydze tylko zaostrzył mi apetyt na więcej. Spodziewałem się kraju postkomunistycznego, wschodnioeuropejskiego, a zobaczyłem nową jakość – kraj bałtycki, coś zupełnie innego. Nie Skandynawia, nie Niemcy, nie Rosja. Właśnie kraje bałtyckie. Nie dojechaliśmy do Estonii, mimo zaproszeń do Tartu, ale już wiem, gdzie skieruję się na następną wyprawę.

Powrót był męczący (kolega M. prowadził przez Łotwę i Litwę, ja wsiadłem za kółko w okolicach Olecka, przed Ełkiem) i zajął nam jakieś trzynaście godzin. Nie polecam drogi nr 16 na odcinku Ełk-Olsztyn, potem było do przeżycia.

Zdjęcia wrzucę w następnym poście, oczekujcie!

Reklamy

2 comments on “Pribaltika 2013 – czyli Vilnius i Riga samochodem

  1. Michal pisze:

    Z tą atmosferą w Wilnie to jest ciekawie, bo Polak Polakowi nie równy. Litwini litewskich Polaków nienawidzą, ale do tych z Polski odnoszą się inaczej. Z doświadczenia własnego i wielu przyjaciół mówię.

    • dychu pisze:

      Możliwe, perspektywa turysty jest inna niż mieszkańca. No i to tylko moje spostrzeżenie, w Wilnie byłem tylko raz. Jako mieszkaniec Gdańska wiem też, że Niemców-turystów postrzega się u nas bardzo miło, ale tych co składają pozwy o odzyskanie nieruchomości, już niekoniecznie 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s