O batalii post-erasmusowskiej

Taaak, depresji post-erasmusowskiej nie miałem, ale mam batalię. Ha.

Sesja się kończy (dla niektórych już skończyła). Sądzę, że powinienem wspomnieć o jednej, bardzo ważnej, dotyczącej Erasmusa rzeczy. Nie wiedziałem o niej wcześniej, a raczej nie doceniłem jej wcześniej, i teraz, po prawie roku od powrotu, sądzę że warto o niej wspomnieć.

Chodzi mi o nadrabianie zaległości.

Oczywiście, jadąc do Belgii wiedziałem, że będę musiał po powrocie nadrobić różnice programowe (pięć egzaminów z przedmiotów dogmatycznych plus zaliczenia z tychże i ew. wykłady do wyboru) ale nie spodziewałem się, że zrobi się z tego taki wrzód na tyłku.

Po pierwsze, organizacja. Student po powrocie uzyskuje zgodę od odpowiedniego prodziekana na przedłużenie sesji (bo tym to właściwie jest) i uzgadnia z poszczególnymi egzaminatorami i ćwiczeniowcami terminy i zakres. Problem? Złapanie wykładowcy (konsultacje są traktowane bardzo swobodnie), jakikolwiek kontakt z nim (wielu nie ma adresów e-mail), ustalenie zakresu (czy ten który przerobiliśmy z grupą faktycznie, czy ten programowy?), tłumaczenie mu sytuacji (że nie oblałem przedmiotu) zajmuje naprawdę wiele czasu. Ponadto, egzamin/zaliczenie mamy w formie która mu akurat pasuje, bo nie podpadamy pod zasadę „jedna forma egz/zal dla wszystkich”. Głównie jest to forma ustna, co sprawia, że w jednym przypadku musiałem się spotykać z wykładowcą trzy razy (raz ustalić termin i zakres, raz odpowiadać, drugi raz – znowu odpowiadać, bo mówiłem „za mało”), podczas gdy egzaminu w formie pisemnej w sesji w ogóle nie czytał, a pytania nie zmieniały się od lat (zdawalność – 100% od kilku roczników).

Po drugie, nagromadzenie materiału. Studiuję de facto dwa lata w jednym roku. Miałem dwa egzaminy w sesji zimowej, trzy w sesji letniej, do tego pięć zaległych z zeszłego roku, które musiałem zdawać w tzw. międzyczasie (jeden w listopadzie, jeden w grudniu, potem sesja – dwa egzaminy, potem jedna poprawka, jeden z kwietniu z poprawką w maju, jeden w przedterminie, dwa w sesji – jeden oblany, jeden tuż po sesji [ściślej – jutro], jedna poprawka i jeden odłożony – we wrześniu). Z takim nagromadzeniem materiału ciężko cokolwiek ogarnąć – od początku roku akademickiego miałem dwadzieścia siedem zaliczeń i egzaminów, nie licząc seminarium dyplomowego i kolokwiów. Właśnie – podczas jednego z zaliczeń napisałem cztery (godzinne) kolokwia na jednym posiedzeniu. Inne osoby, studiujące „normalnie” napisały w czasie tych konsultacji… jedno.

Takie nagromadzenie materiału uniemożliwia właściwie dokładne się zapoznanie z tematyką przedmiotu. Nie uczę się tego, co potrzebne lub ciekawe, a tego czego oczekuje dany wykładowca. Wobec tego mam obecnie na kompie pełno skrótów notatek z abstraktów wykładów, które były oparte na książce, która z kolei ma w tytule „zarys wykładu”. Można zdać całość – nawet szybciej niż ja, jestem tego pewien bo kolega zdał wszystkie egzaminy w ciągu jednego (!) semestru. Co prawda, wyglądał potem jak zombie i spaprał sobie IV (aktualny) rok studiów, ale szybko nadgonił i z tego co wiem, obecnie ma luz na bani (w przeciwieństwie do mnie). Mimo to – jeśli można w ciągu jednego semestru zrobić cały rok studiów – to po co aż pięć lat na program, który można zrealizować w dwa-trzy?

Po trzecie, podejście wykładowców. Wykładowcy to często olewcze bestie (co jestem w stanie zrozumieć, biorąc pod uwagę sprawy z jakimi przychodzą do nich studenci), ale straciłem wszelki dystans do problemu po tym roku. Czekanie po trzy i więcej godzin na konsultacje, brak klarownych godzin przyjęć, częste nieobecności, brak danych kontaktowych (nawet nie adresu e-mail – raz mi kierownik sekretariatu powiedziała wprost, że nie wie gdzie jest kierownik katedry i nie ma z nim kontaktu – ale mogę go złapać przez jego kancelarię), papierkologia (nalatałem się z podaniami, oj nalatałem), częste zmiany decyzji (uczelnia stwierdziła, że do zapisów na seminaria mogą podejść wszyscy, a nie tylko studenci z rozliczoną sesją – fajnie, ale poinformowali nas o tym mailowo, dzień wcześniej, kiedy byłem w pociągu do Krakowa – nie mogłem zapisać się przez system po terminie) – to tylko część problemów, z którymi się spotkałem podczas tego roku. Do tego trzeba się umawiać z wykładowcą i ćwiczeniowcem osobno, a synchronizacja jest często utrudniona (zdanie jednego przedmiotu zajęło mi miesiąc – tylko przez to, że konsultacje były raz w tygodniu i musiałem spotkać się z tymi osobami w określonej kolejności). Raz wykładowca mi powiedział, że nie ma dla mnie czasu (był to początek marca) i mam podejść do egzaminu w sesji, razem z trzecim rokiem (w czerwcu).

Do tego dochodzi niewiedza, a także arogancja pracowników naukowych – jedna z moich egzaminatorek stwierdziła, że odpowiadałem tak źle, że powinna mi wykreślić ocenę z ćwiczeń (sic!) oraz że nie puści mnie na wymianę. Gdy poinformowałem ją, że z wymiany już wróciłem, zajrzała mi w indeks i zdziwiła się, że zdałem European Private Law bez znajomość polskiego prawa cywilnego (!) oraz wyraziła zdziwienie, że w Antwerpii wykładowcy mają „holendersko brzmiące” nazwiska. No shit, Sherlock. Do tego mnie poinformowała, że nie mam jak poprawić tej oceny, bo jej przez dwa miesiące nie będzie na uczelni. Koniec końców odpowiadałem razem z zaocznymi, jakieś dwa tygodnie później, w niedzielę rano. Czekałem na nią półtorej godziny (bo tyle się spóźniła), egzamin trwał trzy minuty. Tylko że tym razem byłem mądry i zamiast uczyć się z kodeksu, ustaw i podręczników, ewentualnie komentarzy, wkułem na pamięć 50 stron jej wykładu. Zdałem – tracąc znowu odrobinę szacunku do uczelni.

Raz mi się też zdarzyło mieć dwa zaliczenia i jeden egzamin w ciągu jednego tygodnia (zaliczenia we wtorek i czwartek, egzamin w sobotę), raz także przydarzyły mi się dwa zaliczenia jednego dnia (o siódmej i o ósmej rano – napisałem pierwsze i wyszedłem z zajęć wcześniej, żeby pisać drugie).

Nie chcę, żeby ten wpis miał charakter narzekania czy wyrzutu. Chodzi mi raczej o to, że w międzyczasie chciałem też pracować i udzielać się w jednym projekcie jako wolontariusz, a także uczyć się języków i mieć odrobinę życia prywatnego. Wyszło jak wyszło. Częściowo oskarżam o to moją Alma Mater, która z uczelni przekształciła się w ośrodek egzaminacyjny – jedyne zajęcia, w których aktywnie uczestniczyłem, to ćwiczenia i seminarium, i to tylko z czwartego roku. Reszty musiałem nauczyć się sam, wykładowcy i ćwiczeniowcy tylko sprawdzali moją wiedzę i wpisywali mi ocenę do indeksu. Wszystko zdałem, tylko czy tu o to chodzi?

Od razu mówię – UG nie jest taki zły. Po prostu ten proces jest trochę nieprzemyślany. Niektórzy z moich wykładowców zachowywali się w porządku – ale często dana osoba dostawała order „Spoko wykładowcy” za podanie jasnego zakresu materiału, posiadanie adresu e-mail czy możliwość spotkania jej poza jedną godziną konsultacji w tygodniu. Rozumiem, że niektórzy z moich wykładowców to zajęci ludzie – mają własne firmy, kancelarie, siedzą w radach nadzorczych, mają stanowiska państwowe, są arbitrami, piszą doktoraty, jeżdżą na szkolenia i konferencje czy powiększają swój piśmienniczy dorobek naukowy (np. pisząc habilitację o prawnych konsekwencjach kradzieży chrustu z lasu… serio) ale do diabła – mają siedzieć tę godzinę lub dwie na dupie u siebie w gabinecie, bo to ich praca. Naprawdę, nie wymagam wiele, tak sądzę.

W chwili, kiedy to piszę zostały mi trzy egzaminy do końca studiów.  W ten sposób zrobię sześć lat studiów (program studiów jednolitych magisterskich plus rok Erasmusa) w pięć, a tak właściwie to w cztery – bo od października będę siedział i pisał pracę magisterską, ale już bez żadnych zajęć. Do tego planuję jeden wyjazd wakacyjny po Europie (wrzucę zdjęcia jak jakieś będą) i jeden na praktyki (ale nie zdradzam co i jak, żeby nie zapeszyć, bo jeszcze nie jest pewne).

Do zobaczenia wkrótce!

***

Update: zdałem prawo administracyjne. Egzamin trwał jakieś pięć minut, czekałem na niego…dwanaście godzin. Serio. Przyszedłem o ósmej rano (egzamin zaczynał się o dziewiątej), kiedy to spotkany na korytarzu egzaminator poinformował mnie, że przysługuje mi termin egzaminu (na który umówiłem się z nim trzy miesiące wcześniej), ale dopiero jak wszyscy inni podejdą. Kazał mi pójść na plażę, wyluzować się i wpaść koło siedemnastej. Byłem po piętnastej, do gabinetu wszedłem o 19:51, wyszedłem o 19:56. Odpowiadałem po wszystkich studentach trzeciego roku, spóźnialskich, a tylko ze względu na nerwy wepchnąłem się przed ostatnią osobę – biedną, przerażoną dziewczynę ze Szczecina, która również nie była w systemie (bo była na naszej uczelni w ramach programu MOST). Serio, nowy rekord.

Reklamy
This entry was posted in Erasmus.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s