O kursie, pracy, egzaminach, Leuven i PEDS.

W robocie był zachrzan, stad brak postów. Mieliśmy dwa tygodnie mniej lub bardziej intensywnej pracy i teraz, po zakończeniu kursu, czuję te pięć tygodni na barkach. Jednak praca z jasno określonymi godzinami ma swoje plusy – bo odbieranie sms-ów i telefonów nawet do jedenastej wieczorem, czy też pomaganie uczestnikom po północy potrafi człowieka zmęczyć. Ludzie powoli wyjeżdżaja i zostało nam już tylko kilka zadań, jednak trzeba dokonać podsumowania kursu, rozliczyć się z wynajętych mieszkań i tak dalej, i tak dalej…

Zamknięcie kursu było wielkim wydarzeniem, bo mimo iż był on względnie krótki (dwa dwutygodniowe bloki) to jednak intensywny. Większość uczestników kursu to praktycy z ochrony praw człowieka i praw dziecka, których niewiele interesowało ściśle legalne podejście – dla nich kurs był raczej platforma wymiany doświadczeń. A było czym się wymieniać – uczestniczyłem w kilku dyskusjach i doświadczenie większości z tych ludzi było niesamowite. Porównywanie pogladów też było interesujace, no ale jak mogło nie być, kiedy spotykaja się obrońcy praw człowieka z Chin, Tanzanii, Brazylii i Rosji. Życiorysy też były niesamowite – z częścia ludzi utrzymam kontakt, mam nadzieję.

Sama praca też była ciekawa – co prawda, nie uczestniczyłem w zbyt wielu wykładach, bo nie zawsze mi pasowały tematem i forma, ale samo organizowanie kursu tej wielkości było wyzwaniem. Liczne problemy, z którymi się zderzyliśmy, oraz najróżniejsze sposoby ich rozwiazywania. Skrobię teraz podsumowanie współpracy z instytutem, od którego wynajmowaliśmy pokoje i sale wykładowe, i sam nie wierzę, z jakimi akcjami mieliśmy do czynienia przez te trzy tygodnie.

Jakieś dwa tygodnie temu pojechałem z kolega M. z Warszawy odwiedzić koleżankę J., która mieszka i studiuje w Leuven. W tym najsłynniejszym belgijskim mieście uniwersyteckim byłem już raz, pół roku temu, ale teraz było znacznie przyjemniej, głównie ze względu na pogodę i juwenalia (a konkretniej, to wakacyjna, przedpoprawkowa edycję). Leuven jest uroczym miastem, które gdy tętni życiem studenckim, jest jeszcze przyjemniejsze.

Egzamin z ILEU był znośny. Pytania były do przeżycia i mimo iż moje odpowiedzi były dość chaotyczne, to mam dobre przeczucia. Zdać zdam, kwestia na ile punktów. Inna kwestia, że miałem te same odczucia w styczniu, gdy pisałem ten egzamin po raz pierwszy. W kwestii treści pytań użyję własnego statusu z fb: „Inwazja Białorusi na pola naftowe pod Lublinem, barman, który ma problemy ze szczurzym winem i prawem unijnym, anulowanie dyrektywy przez złego Don Adami z Malty i co właściwie robi Rada Unii Europejskiej”. Od strony prawnej pytania dotyczyły Common Defence and Security Policy i zakresu władzy High Representative (obecnie Kate Ashton), direct effect i incidental direct effect źle zaimplementowanych dyrektyw oraz funkcji i kompetencji Rady Unii Europejskiej.

Rozmawiałem wczoraj z R. i O., którzy wpadli mnie odwiedzić na ostatnie parę dni pobytu. O. spytała się mnie, czy nie boję się PEDS (Post-Erasmus Depression Syndrome, czyli znane  popularnie u nas jako depresja post-erazmusowska) po powrocie do kraju. Przyznam, po chwili zastanowienia, że raczej mi to nie grozi. Rok to za długo, żeby się przejmować takimi rzeczami. Pożegnałem już trzy zmiany warty (znajomi z semestru zimowego, z letniego i z kursu teraz), ponawiazywałem i pozrywałem sporo znajomości, miałem różne przygody i przejścia – jak każdy przez rok. Po powrocie do kraju będę musiał przecierpieć aklimatyzację chwilowa – jedzenie pierogów nie będzie powodem do świętowania, powrót do klimatów uczelnianych też będzie bolesny. Jednak czy czeka mnie depresja (w sensie potocznym)? Watpię. Mam za to nadzieję, że wszystko czego się nauczyłem i co zobaczyłem przez ostatni rok, zostanie we mnie i wpłynie na moje przyszłe decyzje, a nie przejdzie bez reakcji.

Zdjęć mam mnóstwo, wrzucę na dniach.

Reklamy

Taki post z grubsza to o niczym, tak po prawdzie.

Zaczał się drugi tydzień kursu. Ze względu na to, że uniwerek jest zamykany na ten tydzień, przenieśliśmy się do sal wykładowych Instytutu Medycyny Tropikalnej (Instituut voor Tropische Geneeskunde), skad pożyczyliśmy też zreszta akademiki. Na uniwerku nie możemy mieć żadnych zajęć, bo absolutnie cały budynek jest zamykany – do tego stopnia jest to skuteczne, że nie działaja nawet ksera, bo system wyłaczyli. Nie rozumiem tego (poza względami urlopowymi), ale spoko.

Mamy parę problemów do rozkminy, głównie dotyczacych ulokowania uczestników w akademikach i wszystkich kwestiach z tym zwiazanych. Wynajęliśmy też na potrzeby uczestników salę komputerowa, która jednak, koniec końców, nikt nie był zainteresowany, co mnie wytraciło z równowagi. Następnym razem powinniśmy dać do wypełnienia uczestnikom także rubryczkę „posiadam własnego laptopa, wala mnie Wasze kompy, dajcie mi wifi”. Problem by zniknał.

Przeprowadziłem się do mieszkania obok, teraz mieszkam razem z dwiema koleżankami z roboty. Na razie jest spoko, dogadujemy się w kwestiach mieszkaniowych. Mam największy pokój w całym domu (jest tak o połowę większy niż mój pokój w rodzinnym mieście), za to prawie całkiem pusty. Aż dziwnie, bo tak ciężko go zagospodarować.

Egzamin z ILEU zbliża się wielkimi krokami, toteż czynię odpowiednie przygotowania. Mam zamiar tym razem nie być zaskoczony trudnościa pytań. W przerwach czytam Orwella. Świetny! Niedługo skończę, będę chciał znaleźć coś nowego. Dobrze, że mam luzy w plecaku, będę miał jak się zabrać z powrotem (z torba wypełniona piwem, czekolada i, oczywiście, ksiażkami*).

W międzyczasie Sara knuje coś pichcić w kuchni. Biorac pod uwagę jej podróżnicze życie, poważnie rozważam uczestnictwo w tym procederze lub ucieczkę jak najdalej, bo cholera wie co to będzie i kto będzie kogo jadł.

A teraz – ad librorum! (jeśli dobrze pamiętam odmianę)

*Serio, myśleliście, że wezmę frytki do plecaka?

O filmach, godzinach pracy i slangu flamandzkim (a właściwie, to jednym wyrażeniu)

Czas tu strasznie zapieprza. Jestem tu już dwa tygodnie z pięciu. Mamy multum roboty, pewnie stad to wynika. Ze względu na wyrabiane nadgodziny (mamy de facto nielimitowany czas pracy – jako że mieszkam z uczestnikami kursu, cały czas ktoś ma do mnie jakieś pytania) dogadaliśmy się z profesorem V., że będziemy mogli sobie wybrać jakiś dzień wolny. Ma to sporo sensu. Zdarza mi się mieć robotę w biurze do, powiedzmy, południa, a potem nic aż do piatej – ale wtedy z kolei wychodzi coś ponad normalne obowiazki. Po co siedzieć i przegladać wiadomości skoro można w tym czasie pójść do domu, zrobić obiad, pranie, czy załatwić własne sprawy na mieście? No i jak jest zachrzan to siedzimy od dziewiatej do osiemnastej, albo i dłużej, a potem po powrocie do domu trzeba jeszcze coś załatwić. A robota jest, jak już pisałem wcześniej, bardzo zróżnicowana – trzeba zadbać o wiele rzeczy, pozornie ze soba niezwiazanych. A jak już ktoś przyjdzie z własnym problemem, o! wtedy zaczynaja się cuda 😉

Na całe szczęście wieczory zazwyczaj sa wolne. Korzystam z tego oraz z faktu, że lato w Antwerpii, podobnie jak u nas, obfituje w najróżniejsze atrakcje. Najbardziej mi przypadły do gustu, ze względu na mój cienki portfel, wieczorne seanse filmowe. Odbywaja się one w ciekawej atmosferze, bowiem na brzegu rzeki Schelde, w starym, otwartym hangarze 19A (bez ścian, jest to właściwie dach wsparty na palach – takie konstrukcje ciagna się przez setki metrów nad rzeka i głównie sa wykorzystywane jako kryte parkingi albo otwarte magazyny). Jest to o tyle osobliwa lokacja, że miasto wysypało tam…kilka ton piasku. Jest to zrozumiałe, biedni antwerpijczycy chca się pobyczyć na piasku, a tu, jak okiem sięgnać, betonowe nabrzeże, keja albo stocznia, ewentualnie magazyny. W takich ciekawych okolicznościach, bo na piasku, siedzac na perskim dywanie (sic!), siorbię darmowa zupę (rozdaja w czasie przerwy z projekcji) badź saczę colę (bar też stoi) i ogladam pierwszorzędne filmy. Od środy widziałem „Norwegian Wood”, japoński film na podstawie powieści Harukiego Murakamiego, „Away We Go”, rozczulajacy komediodramat o życiu i wszystkim po drodze, a dziś idę z grupa ludzi z kursu, którzy ze mna mieszkaja na „Ae Fond Kiss”. O ile dzisiejszy i wczorajszy film jest angielskojęzyczny (albo chociaż z grubsza angielskojęzyczny), to „Norwegian Wood” musiałem ogladać w skupieniu. Częściowo zapomniałem fabuły, film był japoński, niektóre watki nieznacznie zmieniono lub wycięto, ciężko było skumać niektóre motywy, a napisy były francuskie i niderlandzkie. Ponieważ, jak wiadomo powszechnie, mój niderlandzki leży, musiałem się niekiedy wspierać reakcjami widowni. Dlaczego? No cóż, niemoralna propozycję jednej z bohaterek zrozumiałem, dopiero kiedy cała widownia zaczęła się śmiać. Chyba już wiem, jak we flamandzkim slangu mówi się „penis”.

Dobra, ja lecę, później coś jeszcze napiszę.

****

Rok później, wreszcie przypomniałem sobie to słowo! To „lul”! ;-D