O Flandrii Zachodniej i Hainaut oraz ichnich miejscowościach, wojnach, pociągach, muzeach, kościołach i ogólnie, o byciu podręcznikowym turystą.

Zostały mi były trzy przejazdy na GoPass10 (dziesięć dowolnych połączeń kolejowych na terenie Belgii) i postanowiłem je dzisiaj wykorzystać. Wybór padł na dawno odwlekane Ieper (dawniej Ypres) we Flandrii Zachodniej. Miasto jest znane głównie z tego, że w czasie pierwszej wojny światowej zatrzymał się tam niemiecki blitzkrieg i przeistoczył w wojnę pozycyjną między państwami Ententy a Trójprzymierzem. Jak to się skończyło, wszyscy wiedzą, a najlepiej mieszkańcy Ieper – miasto zostało dosłownie zmiecione w powierzchni ziemi. Trzy wielkie bitwy, setki tysięcy trupów, pierwsze użycie gazu musztardowego jako bojowego (stąd nazwa – iperyt). Coś jak Warszawa w czasie II wojny, ale mniej ofiar cywilnych i więcej marudzenia. No i gaz.

Samo Ieper nie jest aż tak interesujące. Podobno znacznie ciekawiej się je zwiedza samochodem, bo można wtedy zobaczyć także dawne pola bitew, ale jeśli nie jest się fascynatem historii lub Anglosasem (na polach flandryjskich leżą głównie Brytyjczycy, Amerykanie, Kanadyjczycy i nacje pokrewne) to chyba człowiek aż tak tego nie przeżyje. Zwiedzając poświęcone frontowi zachodniemu muzeum In Flanders Fields nie odczuwałem związku z historią w takim stopniu, jak kiedy zwiedzałem, dla przykładu Muzeum Powstania Warszawskiego czy Muzeum Broni w Brukseli. Samo muzeum jest świetne (nowoczesne, interaktywne, ciekawe) i zastosowano parę ciekawych rozwiązań (przykładowo: aktorzy wcielający się w role żołnierzy różnych armii czy innych postaci – od lekarza polowego, przez kapelana wojskowego do Fritza Habera – opowiadający poruszające historie z frontu).

Sama pierwsza wojna światowa zawsze bardziej mnie interesowała co do swoich skutków (rozpad dziewiętnastowiecznego status quo) i porównania z drugą (nikt nie próbował zatrzymać Hitlera, bo zgodnie sądzono, że jako weteran nie będzie na tyle szalony, aby rozpętać kolejną wojnę na skalę ogólnoeuropejską…no, cóż).

Nie była to pierwsza wojna totalna, nie była to największa wojna (no dobra, wtedy była), ludność cywilna nie ucierpiała prawie w ogóle w porównaniu do tego, co się działo 20 lat później. Do tego muzeum ogranicza się tylko do frontu zachodniego, całkowicie ignorując południowy i wzmiankując tylko raz front wschodni. Kumam, że muzeum jest kierowane przede wszystkim do Belgów i Brytyjczyków (i wszystkich innych uczestników tej straszliwej wojny), ale jednak niesmak pozostaje.

No ale dobra, marudzę. Jasno jest określone, że muzeum jest tematyczne – zostało utworzone w celu uświęcenia pamięci żołnierzy poległych froncie zachodnim I WŚ w okolicach Ypres i pielęgnowania idei pokoju. I w tym zakresie radzi sobie świetnie. Materiały zostały dobrze dobrane, trafiają do zwiedzającego. Wszystko jest tłumaczone na cztery języki (niderlandzki, francuski, niemiecki, angielski), czyli też dobrze. Ogólnie, sporo akcentów międzynarodowych zostało godnie potraktowanych – jak choćby wspomniany wcześniej Fritz Haber, który, dzięki Bogu, nie został przedstawiony jako opętany, szalony naukowiec, tylko konkretny patriota, który zdaje sobie sprawę z konsekwencji swoich czynów. Na uwagę zasługuje też intrygujce podejście – oprócz opisywania polityki międzynarodowej i ruchów wojsk, muzeum się czasami skupia na pojedynczych osobach, opisując ich losy. Mamy wtedy do czynienia bardziej z ludźmi, a mniej z liczbami.

Ciekawy zabieg jest pod koniec muzeum – ostatnim punktem jest podsumowanie I WŚ w oczach jej współczesnych, którzy ją zgodnie określali „Wielką Wojną” albo „Wojną, która położy kres wszystkim wojnom”. Dwa metry dalej, wokół bramki wyjściowej, wiszą banery z wyliczeniem wszystkich wojen jakie zdarzyły się na świecie od tego czasu (około siedemdziesięciu mniejszych lub większych konfliktów zbrojnych, od wojny polsko-bolszewickiej 1920, przez II WŚ i Wietnam, do wojny w Iraku i wojny domowej w Syrii). Zdecydowany plus dla twórców.

Jadąc do Ieper zwiedziłem Kortrijk (miałem 45 minut na przesiadkę, więc pobiegłem zwiedzić centrum), w którym są dwa ciekawe kościoły, ratusz, teatr i świetny beginaż. Czy pisałem co to jest beginaż? Nie? To napiszę jutro, dziś jestem już zmęczony, a temat wart jest opisania.

Jako ostatnie zostawiłem sobie zwiedzanie Tournai, które jest niewielką miejscowością, ale mają odjechaną w kosmos katedrę, wpisaną na listę UNESCO. Ta katedra jest unikalna, ponieważ była tak często przebudowywana, zmieniana, niszczona (ostatnio w 1999 przez…tornado. Serio. Tornado w Belgii), że obecnie łączy w sobie kilka stylów, przez które przechodziła podczas zawirowań dziejowych. Część katedry jest typowo romańska (grube mury, małe okna, okrągłe łuki), część…cholera, nie wiem jak to jest po polsku, ale przewodnik użył dwóch terminów – romanesque i normandic. Pierwszego używa cała Europa, drugiego – Brytyjczycy. No, ale nas Normanowie nie podbili…W każdym razie – jest to styl  przejściowy między romańskim a gotyckim (okna wyższe niż w romańskim ale równie wąskie, nadal gładkie łuki, ściany cieńsze – ale brak podpór, przez co słabsza struktura). Ostatnia część, wielka nawa, została wniesiona w typowym gotyku (klasyk – wielkie okna, witraże, ostre łuki).

Co z tego wynika? Interesujące przejścia między stylami (widoczne zwłaszcza na suficie), porąbana architektura i słaba konstrukcja. Obczajcie zdjęcia w necie zresztą. Przewodnik (znaczy, mam nadzieję, że facet był tam przewodnikiem) z którym rozmawiałem, przedstawił mi bardzo ciekawie dzieje kościoła, a także oprowadził po zamkniętych częściach. Oglądałem więc części kościoła, które nie będą ogólnodostępne zwiedzającym do około 2032 roku – i to wg optymistycznych wyliczeń, wtedy mają skończyć cały remont…na razie pół dachu wisi na gigantycznych wspornikach, i to od 2000 roku, i nawet nie zaczęli robót…Farciarz ze mnie.

Ciekawe jest to, że cała podróż (Antwerpen-Kortrijk-Ieper-Kortrijk-Mouscron (najbrzydsze miasto jakie widziałem, szybko stamtąd uciekłem)-Tournai-Brussels-Antwerpen) kosztowała mnie trzy przejazdy GoPass10, czyli 15 euro. Wydaje się to być drogo w porównaniu do odległości, ale gdybym próbował tę samą trasę pokonać kupując bilety jednorazowe, zapłaciłbym…co najmniej trzy razy więcej (ceny się wahają, zależnie od promocji, dnia, pogody i humoru prowadzącego lokalne wiadomości sportowe, od 45,80 do 49,60 euro…). Tutaj trzeba albo podróżować bardzo często, albo palcem po mapie.

Pierwszy raz od dawna zachowywałem się jak bezczelny turysta, łażąc wszędzie samemu z przewodnikiem w łapie. Znacznie przyjemniej jest odwiedzać kogoś w mieście albo podróżować w grupie, ale takie samotne zwiedzanie ma też swoje zalety.

Postaram się jutro wrzucić jakieś zdjęcia z komentarzem. A na razie – log out!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s