Captain’s log, stardate 23-12-2011

Po wielu perturbacjach udało mi się dotrzeć na Święta do domu. Perturbacje wynikły z tego, że jak już wspominałem, Belgia dostała nowy rząd na Mikołajki i jak każde dziecko zabawki męczyła je niemiłosiernie. Nowa reforma emerytalna nie przypadła do gustu związkom zawodowym, a minister za to odpowiedzialny jest liberałem, więc nawet projektu nie skonsultował z nimi (ważny był czas). Związki się obraziły i zaczęły się strajki. Nie było tak tragicznie jak się spodziewano, ale i tak przez cały czwartek nie jeździły busy i tramwaje (zarówno DeLijn jak i TEC), pociągi (międzynarodowe zatrzymywały się na granicy), nauczyciele też nie prowadzili lekcji. Jak do tego jeszcze doszło ryzyko, że zastrajkują kontrolerzy lotów, to zrobiło się niewesoło. W piątek teoretycznie wszystko miało być już dobrze, ale nie było pewności.

Mając samolot o 11.25, wstałem już o piątej. Przeczuwając, że czeka mnie kawał przygody, zacząłem prowadzić dziennik podróży. Poniżej znajdują się, przepisane z mojego notatnika, wpisy na temat podróży.

2.00 – idę spać.

3.00 – sprawdzam co chwila, zdenerwowany, czy już pora. Nadal nie.

5.00 – pobudka, śniadanie z resztek, przygotowanie wałówki na drogę, pożegnanie z przebudzonymi mieszkańcami (co Ayman i Osman robią o piątej rano?)

6.00 – opuszczam kot i ruszam do C., żeby przechowała mi klucze do mieszkania.

6.15 – ucieka mi bus. To bardzo dobrze, znaczy że nie ma już strajku.

6.30 – potwierdzone u kierowcy – busy jeżdżą, pociągi – nie wiadomo.

6.45 – czekam pod hotelem Plaza na prywatny bus, który codziennie dojeżdża stąd na lotnisko w Charleroi. Razem ze mną czekają inni ludzie (każdy z innego powodu). Więcej Polaków niż Belgów.

6.55 – mija kwadrans akademicki, bus nie przyjechał, zatrzymuję bus 17 i wracam do Wilrijk.

7.08 – przesiadam się w 21 do Bechem Station.

7.30 – jestem na Dworcu Kolejowym Antwerpen-Berchem. Strajku ani widu, ani słychu. Utrudnień brak. Mam pociąg o 7.52, ale ma niewielkie (6 min.) opóźnienie. Szansa na spędzenie świąt w Polsce niepomiernie wzrosła.

7.59 – w pociągu Antwerpen-Brussels Nord-Charleroi Zuid. Ahoj przygodo!

8.50 – Brussels-Centraal. Mamy już 20 minut opóźnienia. Dobrze, że wsiadłem we wcześniejszy pociąg. Pierwotny plan zakładał pojechanie pociągiem o 8.15 i przybycie do Charleori dopiero tuż przed 10.00. Pomysł był głupi.

9.28 – Powinniśmy być od pięciu minut w Charleroi, a jesteśmy dopiero w Nivelles. Mam nadzieję, na brak wyścigu z busem z dworca na lotnisko.

9.50 – Jestem na miejscu. Bus na rozkładzie wisi, parę osób czeka. Nawiązuje kontakt z grupą Erasmusów z Hiszpanii.

10.00 – Busa nie ma.

10.05 – Nadal go nie ma. Gromadzą się ludzie.

10.10 – Parę osób bierze taksówkę, reszta się stresuje.

10.15 – Bus już na pewno nie przyjedzie, następny za kwadrans (strajkują co drugi kurs). Organizujemy z Espanią zrzutę na taksę.

10.35 – Bus przyjechał, ale minęło trochę czasu zanim wszyscy się zapakowali. Spóźnię się, kurnać. Odlot mam za 50 minut.

11.00 – Wysiadłem na lotnisku. Sprint do bramek.

11.15 – Odprawiony, sprawdzony (osobiście i bagażowo), wylegitymowany kilkakrotnie. W życiu tak się nie cieszyłem na widok kolejki do mojej bramki. Samolot jest opóźniony, całe szczęście.

11.50 – Wystartowaliśmy. To mój pierwszy lot Boeningiem 737. Multum ludzi, głównie Polaków, Francuzów i tych wypełniających oba kryteria.

13.45 – Wylądowaliśmy. Miły lot, znacznie skrócony przez pogawędkę z sąsiadem, Polakiem z małżeństwa, Francuzem z urodzenia. Mimo to nie wierzę, że można podróż samolotem przerobić w dwugodzinną reklamę. Biedni stewardzi (czy tam flight-assistance’i). Uczą się sztuk walki, technik ratowania życia, reagowania w sytuacjach stresowych, a potem roznoszą kawę i reklamują bony towarowe.

13.50 – Deszczowy Wrocław. Autobus 406 z lotniska na Dworcową. Mam potworną ochotę na pierogi. Zdążę? Do pociągu jeszcze dwie godziny.

14.35 – Bar Słowiański urzekł mnie swoją nazwą. I lokalizacją – leży naprzeciw dworca.

15.10 – Wiedziałem, że dworzec we Wrocławiu przechodzi remont, ale nie wiedziałem, że generalny. Dworzec tymczasowy jest kwadrans z buta dalej, przez deszcz i błoto. Bosko. Śmierć, chaos i zniszczenia.

15.40 – Pociąg ruszył punktualnie. Towarzystwo…no, towarzyskie. Takie do pogadania. Dwie studentki z Wrocławia, kierowca TIRa z Belgii (leciał tym samym samolotem co ja) i miła urzędniczka z banku. Wszyscy wracają na święta do domu. Jeden z konduktorów ma czerwono-złoty krawat w świąteczny wzorek. Wszyscy są dla siebie mili i pomocni. Jestem na najlepszej drodze do spokojnych świąt.

23.30 – zostałem sam w przedziale. Wysiadam na następnej stacji. Za kwadrans będę w domu.

To był ostatni wpis. Miło było wiedzieć, że robię ten notatki nie tylko dla siebie, ale także po to, aby inni mogli to przeczytać, czy to dla śmiechu, czy ku przestrodze.

Życzę wszystkim Wesołych Świąt!

Reklamy
This entry was posted in Erasmus.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s