O Brukseli, tłumaczeniach i Parlamencie Europejskim.

Wczoraj z całym IELSP (czyli naszym programem – cała wymiana prawnicza) pojechaliśmy do Brukseli. Wycieczka bardzo przyjemna, zwiedziliśmy Parlament Europejski, Parlamentarium (rodzaj interaktywnego muzeum o Unii Europejskiej, mieszczący się w tym samym budynku), uczestniczyliśmy w wykładzie o ECHR i zwiedzaliśmy Brukselę – to ostatnie na szybkiego, bo plan napięty.

PE jak na pewno wszyscy wiecie, ma trzy siedziby – w Brukseli, Straburgu i Luksemburgu. Każdy miesiąc jest podzielony na cztery bloki – na posiedzenia plenarne, prace w komisjach, prace poza parlamentem (np. spotkania z wyborcami) i spotkania grup politycznych. Mi osobiście z trudem przychodzi wyobrażenie sobie, że 754 europosłów z 27 krajów (wkrótce 28 – witamy Chorwacjo!) się dogaduje na jakikolwiek temat (w dwudziestu dwóch językach). Tym bardziej, że PE nie ma aż takiej władzy jak by chciał. UE to określa eufemistycznie „deficyt demokracji”. No ale szczerze, znacie dobry system na zarządzanie federacją, złożoną z 27 niepodległych krajów (zarówno monarchii jak i republik), mówiącą w 22 językach, z ogromnym balastem historycznym, kulturalnym i ideologicznym, która w dodatku wcale federacją nie jest? Osobiście jestem federalistą, ale spore grono Europejczyków by się ze mną nie zgodziło, znajomi także (rozmawianie o polityce przy piwie powoduje zgagę, nie polecam).

Anegdotka: w PE istnieje interesujący system tłumaczenia. Nie można wymagać od każdego tłumacza, że będzie znał wszystkie języki europejskie, więc wymogiem jest znajomość francuskiego, niemieckiego lub angielskiego. Kiedy deputowany przemawia, jest tłumaczony na angielski, francuski lub niemiecki, a dopiero potem na inne języki narodowe. Efekt? Ciężko jest opowiadać dowcipy. Kiedy Chorwat zażartuje, śmieją się najpierw Chorwaci, potem osoby znające angielski, na końcu reszta.

Po Parlamencie poszliśmy do Parlamentarium. Nowoczesne technologie, każdy chodzi z prywatnym elektronicznym przewodnikiem i słuchawką w uchu. Zdjęcia można przeglądać, zmieniać, obracać, wyświetlać filmy. Wszystko jest do ruszenia, dotknięcia i obejrzenia. Wszystko, co chcemy wiedzieć o Unii, podane w łatwostrawnej (bo nieco przetrawionej) formie. Przyznam, że miałem ubaw, choć indoktrynacja momentami przerażała. Dobór faktów pod ideologię to jedna, wyginanie ich to coś innego.

Wykład o uczestnictwie Unii Europejskiej był przerażająco nudny. Zdziwiło mnie to tym bardziej, że przemawiał członek komisji negocjacyjnej i jest to temat naprawdę ciekawy i złożony, zarówno od strony politycznej, jak i prawnej. Zamiast jednak odpowiedzi na pytania (Co z zasadą supremacji prawa unijnego? Czy Turcja i Rosja mają konkretny interes w zablokowaniu dostępu UE do ECHR? Czy nie doprowadzi to do powstania „Europy sędziów”, czego już teraz sporo osób się obawia?) dostaliśmy nudny wywód od faceta zapatrzonego w biurko i cytowanie poszczególnych dyrektyw i traktatów z pamięci.

Po wykładzie dostaliśmy dwie godziny wolnego na zwiedzanie, jednak deszcz ze śniegiem, wiatr i fakt, że o czwartej zrobiło się ciemno, zniechęcał do spacerów. Zaszedłem na Grote Markt i podziwiałem chwilę fasadę słynnego, brukselskiego ratusza, czasami oświetlanego przez świąteczną instalację na rynku, ale szybko zwiałem w ciepłe miejsce.

Bruksela jest pełna frankofonów. Uściślę – frankofonów niechętnych do mówienia po angielsku. Momentami irytujące. Cała stolica jest zresztą dwujęzyczna i trzymają się tego ściśle, przynajmniej w zakresie wszystkich oficjalnych znaków i tabliczek.

Reklamy
This entry was posted in Erasmus.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s