O spaniu, alkoholizmie oraz o peregrynacjach Wilrijczyka studiującego w Antwerpii i propagującego postawę prozdrowotną.

Post jest dziś przydługi, osoby które nudzą filmy drogi mogą sobie odpuścić po trzecim akapicie 😉

Ostatni tydzień był dość ciężki – jak żartowałem, spałem dwanaście godzin…do kupy przez cztery dni. Sądzę, że prowadzący mają nieziemską frajdę, ustalając deadline jakiejś pracy na rano tuż przed zajęciami z danego przedmiotu. Gdybym ja był takim wykładowcą, siadałbym z laptopem przed zajęciami i patrzył, jak minuta po minucie, wpływają prace mi na skrzynkę. Ostatniego odważnego nagrodziłbym piwem. Rekordzistą naszego kursu jest na razie Innes z Południowej Afryki, który wysłał pracę dziesięć minut przed zajęciami. A potem wybiegł, żeby zdążyć na rzeczowy wykład.

Apropos piwa: koleżanka M. stwierdziła, że ma za duże zaległości, za dużo kasy wydaje i w ogóle zła z niej studentka. Przyrzekła uroczyście, że będzie uczęszczać na wszystkie zajęcia. Kiedy pół godziny później otarłem łzy ze śmiechu, obrażona M. powiedziała, że może się ze mną o piwo założyć, że będzie pilnie uczęszczać na zajęcia. Nie zgodziłem się, bo trochę już ją znam i nie chcę wpaść w alkoholizm. M., jeśli to czytasz, trwaj w postanowieniu 😉

Przez ostatni tydzień codziennie jeździłem do Antwerpii. Przygody jakie mi się przydarzyły po drodze wystarczyłyby na kilka felietonów, postaram się jednak ograniczyć do jednej notki – postaram się przedstawić, jak wygląda podróż do i z Antwerpii z perspektywy Wilrijczyka (brzmi dumnie).

Na podróż zawsze rezerwuję sobie czterdzieści pięć minut, bo wiem z doświadczenia, że prawie zawsze coś się przydarzy przed wyjściem z domu. A jak nie, to mam zawsze kilka minut na delektowanie się poranną lurą, aspirującą nie wiem sam czemu do miana kawy. Mam wrażenie, że te ziarenka zalewa się wrzątkiem, żeby je zabić, a smak kawy to ich zemsta pośmiertna. Nie potrafię tego wypić bez dodania mleka, cukru, cynamonu, bazylii i kilku łyżeczek udrażniacza do rur. Dobra, dramatyzuję, i tak kocham tę kawę.

Wypluwam resztki lury do zlewu, przepalając go na wylot, po czym opuszczam mój studentkot trzaskając drzwiami, żeby obudzić Rafa, który mieszka tuż przy wejściu – to z troski, żeby nie zaspał. Z gąszczu rowerów przy wyjściu wyławiam swój – rozpoznaję go po oklejonym taśmą siedzisku. Ciekawostka – rowerów jest więcej niż mieszkańców. Chociaż, jak się zastanowić, to chyba ten bez łańcucha i jednego koła, za to z nadbagażem rdzy, to chyba już nie jeździ i jest pozostałością po jakimś poprzednim lokatorze.

Ze względu na ostatnie przymrozki poranne, mruczę złowrogo „Winter is coming” i obstukuję rower z lodu. Na razie mi si to przydarzyło dwa razy i mam nadzieję, że jeszcze przez jakiś czas będzie to incydentalne. Wsiadam wtedy na rumaka i uruchamiam cicho podkład muzyczny (coby mi się nie nudziło) i ruszam w podróż do cywilizacji, to jest do miasta.

Przemykam dzielnie zaułkami Wilrijk, przeskakując ze ścieżki rowerowej na inną ścieżkę, skracam sobie drogę przez chodniki zasłane jesiennymi liśćmi, mijam Colruyta (dyskont spożywczy) i kilka konsulatów. Unikam głównej drogi, bo tam jest wyznaczony objazd dla busów, a z kilkutonową i dwuipółmetrową górą stali nie będę się kłócić o pierwszeństwo na rondzie. Jadę, mając po prawej uroczy, pozbawiony nazwy park, podejrzewam, że przedłużenie Nachtegalenparku, który leży niedaleko. Dojeżdżam do Beukenlaan i stamtąd już nie opuści mnie ścieżka rowerowa aż do centrum.

Przemykam zwinnie nad węzłem obwodnicy, który tylko na mapie wygląda potwornie groźnie i majestatycznie, basen miejski i hotel, spod którego odjeżdżają autobusy po Polski. Jedno, drugie skrzyżowanie i droga prosta jak w mordę strzelił aż do Koningsparku. Można już wtedy zauważyć, że się wjechało do dzielnicy żydowskiej, bo stężenie panów, pań i dzieciaków ubranych na czarno rośnie ponad normę, mimo iż w pobliżu nie ma żadnego koncertu Behemota. Zagrożeń brak, poza szalonymi rabinami na skuterach. Tak, skutery mogą jeździć po ścieżkach rowerowych. Jak jedzie dzieciak czy starsza osoba to spoks, ale nastolatki prujące czterdziestką między rowerami to zgroza i zgrzytanie zębów. Zauważyłem też potworną niechęć wszelkich użytkowników ścieżek i także niezbyt ruchliwych ulic do używania kierunkowskazów czy też machania ręką w zamierzonym kierunku. Parę kolizji ominąłem tylko cudem – poprzez cud rozumiem suchą nawierzchnię, sprawne hamulce i mój prywatny refleks i pomyślunek, jak wspomniane połączyć w użyteczną całość.

Dalej bardzo przyjemna ścieżka koło Stadsparku i wskakuję na Lei. Czym jest Lei? To pierścień alej, otaczających Antwerpię. Tworzą jedną, bardzo długą aleję, która jednak zmienia po drodze nazwę (po kolei: Amerikalei, Britslei, Frankrijklei, Italielei) po krajach, które brały udział w pierwszej wojnie światowej razem z Belgią. Przynajmniej tak podejrzewam, bo nie pamiętam innej wojny z taką koalicją, która miałaby tak wielkie znaczenie dla Belgów. Wzdłuż Lei biegnie ścieżka rowerowa, tak więc wjeżdżam na wysokości Quinten Matsijslei na Frakrijklei i pruję nią dzielnie aż do Italielei, gdzie skręcam w lewo w Korte Winkelstraat, żeby dostać się na teren miasteczka studenckiego.

Cała trasa zajmuje zazwyczaj pół godziny, chodź to zależy od pogody, pory dnia i ruchu na drodze. Mimo iż mieszkam dość daleko od centrum (około siedmiu kilometrów, jeśli wierzyć Guglom) raczej nie zamienię lokacji na inną. Poza przyczynami osobistymi – cisza, spokój i sporo tanich i dużych sklepów spożywczych dookoła to zdecydowany plus mojego zadupia, a te rabujące i gwałcące bandy obcokrajowców to głównie głodni i spragnieni (wrażeń, oczywiście) studenci, szukający otwartego nachtwinkel (sklepu nocnego). Czynsz też jest rozsądny. Co prawda podobny mają moi znajomi w centrum, ale oni współdzielą pokoje, nie mają internetu albo pralki, ewentualnie naczyń czy też zamieszkują budynki o jeszcze bardziej interesującej architekturze niż mój studentkot. Taaak, komfort posiadania własnej pralki to niewątpliwa zaleta przy szukaniu mieszkania. Jedna z ważniejszych, zaraz po zdrowym psychicznie landlordzie i szybkim internecie. Chrzanić ciepłą wodę, bez internetu nie mogę studiować. Mam wszystkie case’y drukować? Litości.

A na pytanie, dlaczego jeżdżę rowerem, a nie busem, odpowiem tak, że jestem osobą złośliwą z natury, a miny ludzi stojących w korku napełniają mnie energią i już nie jestem dla nikogo wredny przez cały dzień (chyba żem niewyspany, wieje wiatr albo ktoś popiera socjalistów). Co do korków – jak mówi jedno z moich ulubionych powiedzeń – You’re not stuck in traffic. You’re traffic.

I tym prozdrowotnym argumentem nakłaniającym do jazdy na rowerze, życzę miłej nocy.

A dla zainteresowanych: o to jak mniej więcej wygląda moja droga na zajęcia. Część danych zmieniona celowo lub Google odmówił przejazdu tam, gdzie mu kazałem 😉

Reklamy
This entry was posted in Erasmus.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s