O Anglii, wartościach rodzinnych, Zlewowym Potworze i najmniejszym lotnisku we Flandrii

Obecnie przebywam z wizytą u rodziny w Anglii. Mam szansę nacieszyć się obecnością bliskich, pospacerować po spokojnej okolicy i, nie oszukujmy się, zdrowo się najeść czegoś, co nie jest makaronem. Albo jajecznicą. Mam zdecydowanie zbyt wyrafinowane podniebienie na typową, studencką kuchnię.  Ludzie! Rozwój technologiczny nie ominął kuchni, ale to nie znaczy, że można opychać się non-stop pizzą i zupkami chińskimi. Ale to tylko moja opinia.

Strasznie też miło być w domu, w którym ludzie zmywają po sobie naczynia. Jak rano przed wylotem wychodziłem na autobus, musiałem skorzystać z bocznych drzwi, bo główne były w zasięgu rażenia macek zlewowego potwora, stworzonego z brudnych patelni, przypalonych garnków, resztek jedzenia i o sztućcowych zębach. Kiedy człowiek podchodzi do zlewu, odczuwa wszechogarniający smutek i bezradność. Dwadzieścia osób w jednym domu po prostu nie potrafi utrzymać porządku, zawsze się ktoś wyłamie. Zlewowy Potwór konkuruje z Puszkową Pumą, czającą się na szafie. Jej imię określa także jej skład i pochodzenie. Czekam na noc, której cisze przerwie łomot lawiny aluminium.

Miałem okazję przelecieć się do Londynu dość oryginalną linią lotniczą, firmą-córką AirFrance, o wdzięcznej nazwie CityJet. Od razu chcę zaznaczyć, że latałem dotychczas głównie Wizzairem i Ryanairem, obie linie używają głównie sporych Airbusów a320. Natomiast ta linia, operująca tylko między Londynem (lotnisko City) i niektórymi miastami europejskimi, używa małych, śmigłowych samolotów na kilkadziesiąt osób. Ciekawe doświadczenie, choć osoby przyzwyczajone do odrzutowców i tanich linii lotniczych, które starają się ciąć koszty przy każdej okazji, będą nieco zaskoczone. Co do tanich linii lotniczych – przypomniała mi się plotka, że Ryanair chciał wprowadzić płatne toalety w samolotach i miejsca stojące, jak w autobusie. No cóż, nic nie poradzimy na innowacje.

Byłem też zaszczycony możliwością skorzystania z lotniska w Antwerpii. Antwerpen Deurne Luchthaven to niezwykła konstrukcja na przedmieściach, obsługująca dziennie przyprawiającą o zawrót głowy liczbę dwunastu lotów, z czego jakieś osiem do Londynu. Lotnisko było tak małe, że po drugiej stronie ulicy były normalne budynki mieszkalne, których domownicy nawet nie zamykali okien, aby uniknąć huku startujących maszyn, bo i po co. Owe lotnisko (czy istnieje zdrobnienie od tego słowa?) miało zresztą, jak podejrzewam, zakaz obsługiwania lotów odrzutowych, co wydaje mi się całkiem sensowne, bo pas startowy był długości przeciętnego szkolnego korytarza. Podczas odprawiania się miałem głupie przeczucie, że te same osoby będą przyjmowały bagaż, sprawdzały paszport i pilotowały. Jednak niestety, zostałem powitany przez pełny profesjonalizm. Więcej dowcipów nie będzie, niestety. Na plus, niewielkie rozmiary lotniska i szybka odprawa (nawet 20 minut przed odlotem) czynią je doskonałym dla biznesmenów. Pewnie dlatego dwa loty do i z Londynu są w godzinach rannych i wieczornych.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s