O rowerze-samobójcy, następcy Helmuta.

Dzisiaj miała być Belgia w alfabecie, ale że kupiłem właśnie rower, z którego to zakupu jestem dumny jak pieron, poświęcę całą notkę na ten właśnie cud techniki. Osoby lubiące polskiego rapera Łonę mogą sobie niniejszą notkę odpuścić, bo będzie łudząco podobna do jego kawałka o trabancie o imieniu Helmut.

Otóż dwa dni temu nabyłem drogą kupna (już sama droga zakupu roweru była komiczna, ale o tym może kiedy indziej) rower marki bliżej mi nieznanej, ale raczej solidnej, bo chińszczyzna by się już rozpadła dawno. Na starcie powiem, że głównym powodem, dla którego go kupiłem była cena i fakt, że jest tak potwornie brzydki, że nie muszę kupować zapięcia rowerowego, bo nikt go nie ukradnie.

Naprawdę, mimo pierwszych, niezwykle krzywdzących dla niego opinii, stwierdzam: Tak, jest to rower. W każdym razie ma dwa koła, kierownicę, siedzenie i łańcuch. Nie ma silnika ani szyb, ale równie dobrze mógłby być wtedy wybrakowanym motocyklem albo bardzo brzydką hulajnogą. Serio, ten rower wygląda jakby wpadł pod pociąg. Towarowy. Z węglem. A potem leżał w rowie. Sprzedawca, widząc moją minę podczas jego oceniania, bez targów zszedł z ceny o połowę. Nadal sądzę, że przepłaciłem.

Dzisiaj idę do C., bo jej tata ma nieźle wyposażony warsztat (majsterkowicz). Mam zamiar tam się trochę nad moim Samobójcą poznęcać, ale bez przesady, bo obawiam się że po potraktowaniu odrdzewiaczem łańcucha musiałbym kupować nowy łańcuch. Rower został ochrzczony tym mało szlachetnym mianem nie tylko dlatego, że miałem pewne negatywne myśli podczas zakupu, ale także dlatego, że chciałem go pierwotnie nazwać Kamikadze. Niestety, nie przeszło, bo poprawność polityczna zwyciężyła i nie chciałem urazić koleżanki Japonki, z którą często imprezuję. Obcokrajowcom będę mówił, że to rodzaj deseru.

Korzystając z faktu, że dziś dzień wyborów, ruszyłem na mym wiernym rumaku w kierunku Antwerpii. Dojazd do miasta zajął mi lekką ręką pół godziny, czyli tak samo jak busem, a w czasie godzin szczytu to nawet szybciej. Tylko jest się wystawionym na działanie warunków pogodowych, co poczułem dość dotkliwie, zwłaszcza w drodze powrotnej. Obyło się bez większych przygód, poza odkryciem, że droga hamowania dzięki rozmaitym czynnikom (łyse opony, scentrowane koła, starte klocki i mokra nawierzchnia) wydłuża się do około sześciu kilometrów. No, zawsze mogę zeskoczyć. Nie jestem też pewien pochodzenia tego złomu, bo sprzedawca mówił coś o Leuven – ale czy ten rower z Leuven pochodzi, został tam kupiony, skradziony, znaleziony czy się wykluł – to już pozostało tajemnicą. Tak czy siak, istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że mam rower waloński. Jest to niemal poetyckie.

A jutro – belgijski alfabet!

 

 

Reklamy
This entry was posted in Erasmus.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s