I’m back

Jak w temacie, po długiej nieobecności udało mi się wrócić. Mieliśmy przejściowy problem z internetem, ale już jest lepiej.

Jestem w Antwerpii już ponad trzy tygodnie i, szczerze mówiąc, uświadomiłem to sobie dopiero po przyjeździe drugiej fali Erasmusowców. Nagle zdałem sobie sprawę, że jestem w stanie im odpowiedzieć gdzie są poszczególne kampusy i najważniejsze budynki, co to jest Linguapolis i co właściwie robi IRO. Zaczynam się tu trochę zadomawiać. Jestem tu ciągle przyjezdny, ale już trochę mniej mi tu obco.

Na Orientation Days dowiedziałem się, że z 254 Erasmusowców w Antwerpii, 49 osób jest z Hiszpanii, a 41 z Polski. Łomatko. Już nawet porozmawiać spokojnie nie można, traktując język ojczysty jako szyfr, którego nikt poza interlokutorami nie rozumie. Ciekawostka: kraj pochodzenia jest drugą, zaraz po imieniu, rzeczą o które się tu pyta spotkane osoby. Dlaczego to takie ważne? Unika się w ten sposób głupich sytuacji. Przykładowo: raz, w wyniku głupiego splotu okoliczności, rozmawiałem z jednym typkiem przez kilka minut, myśląc że to Czech, podczas gdy był to gdańszczanin, mieszkający dwie ulice ode mnie. Mamy wspólnych znajomych i chodziliśmy do jednej podstawówki.

Ze złych wieści: egzamin z niderlandzkiego oblałem, poprawka we wtorek, więc trzymajta kciuki. Pewnym pocieszeniem jest fakt, że nie zdało coś koło połowy kursantów, w tym trzech chłopaków z RPA. Jest to o tyle ciekawe, że ich językiem ojczystym jest Afrikaans, czyli język, delikatnie mówiąc, pokrewny z niderlandzkim (słownictwo tak w 80% podobne do siebie). No cóż, nie oceniają tu lekko. Nie dziwię się, że tutejszy wydział prawa zerwał umowy z Hiszpanią, bo ichni studenci nie wyrabiali tempa. Sam się zaczynam zastanawiać, czy to był dobry pomysł…

Od T., wspomnianego już Belga-biologa dostałem w prezencie kaktusa i jakieś dwie cebulopodobne rośliny. Jest to pierwsza znana mi osoba, która wyjeżdżając na studia do innego miasta przywozi ze sobą wiadro z kilkoma litrami dobrze nawiezionej ziemi.

Dom się powoli zapełnia, wczoraj i dziś wprowadzały się osoby na drugie piętro (tutaj zwane „Heaven”). Trzeba będzie zorganizować spotkanie wszystkich mieszkańców już wkrótce, bo w szafkach i lodówkach szerzy się chaos, śmierć i zniszczenie. Na półce nad moją znalazłem sos słodko-kwaśny Łowicza, podczas gdy ostatniego Polaka tu widziano w poprzednim semestrze. No, trzeba tu posprzątać trochę.

Kilka dni temu tutejszy ESN zorganizował International Dinner – imprezę, na którą trzeba było wnieść wstępne w postaci dania ze swojego kraju. Początkowo byłem potwornie negatywnie nastawiony do tej koncepcji (sam nie wiem czemu), jednak koleżanka mnie przekonała do zrobienia racuchów wspólnie z dwójką innych Polaków. W ten sposób po śmiesznej cenie (1 euro od osoby) zrobiliśmy racuchów na spróbowanie dla około dwudziestu osób. Większość Polaków od nas poszła na łatwiznę, a tak ściślej, to do polskiego sklepu niedaleko Centraal Station i kupiła pierogi i ogórki kiszone. Dla zainteresowanych – poszło siedem misek pierogów wszelkich rodzajów, trzy słoiki ogórków kiszonych i dwie miski racuchów. Polski stół został wyczyszczony.

No dobra, przede mną kilka dni nauki, a potem cuda-wianki i przygotowania do zajęć – spotkania organizacyjne, pierwsze wykłady, szukanie książek, zapisy na zajęcia…Jak nic, wesoło. Imprez w najbliższym czasie to chyba nie będzie.

Reklamy
This entry was posted in Erasmus.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s