Dziś o tym jak ominąć pięć pociągów, gdzie jest Kolumna Pana Zygmunta i co piją gdańszczanie na imprezach high-society

Zrobiłem już jeden post, ale mi go gdzieś wcięło, więc piszę nowy, mimo iż już dawno powinienem coś tu walnąć…

W telegraficznym skrócie: zaległy egzamin z prawa karnego zdany na 3,5, księża w pociągach są spoko, zwłaszcza jeśli bywają na przystanku Jezus, pociągi Gdańsk-Warszawa nadal jeżdżą przerażająco długo i dodatek specjalny: Warszafka mimo potwornego burzujstwa nadal potrafi mnie urzec swoją…no…właściwie to nie tyle co urzeka, ile jest po prostu osobną kategorią czegokolwiek 😉

A tak w ogóle, to tytuł dzisiejszego posta jest niszowy i dedykowany;-)

Przedwyjazdowe zakupy zrobione, postawiłem na stare, dobre, sprawdzone, traperskie produkty. Mogę równie dobrze pojechać na tydzień w góry co do Europy Zachodniej.

Pojawiło się nowe zagadnienie: „Erasmus buddy programme”. Do tych co nie wiedzą – program prowadzony przez goszczący ESN, mający zbliżyć przyjezdnych z gospodarzami i polega na przyporządkowaniu Belga sztuk jeden na każdego Erasmusowca.  W moim przypadku to Belgijka Ine, która, mimo iż jest obecnie na wakacjach i nie przyjedzie przed początkiem roku akademickiego, wspiera mnie mentalnie i mejlowo, udzielając wszelakich porad.

Poza tym, mój landlord się zaoferował z podwózką z dworca. Jest to o tyle fajne, że odbiór samochodem to konkretna przysługa. Zwłaszcza jak się ma 42 kilogramy na plecach i jest się w środku nocy, w obcym kraju. Taaak, wtedy się docenia takie rzeczy.

W ogóle, ostatnie kilkadziesiąt godzin w kraju mi zostało. Normalnie już zaczynam tęsknić 😉

Reklamy

„Don’t panic!”

Jak zwykle tuż przed wyjazdem, im bardziej zbliża się data exodusu, tym więcej się dzieje. Nie chodzi tu tylko o to, że więcej rzeczy wyskakuje do zrobienia, ale także część się rozwiązuje sama. Albo pojawiają się zupełnie nowe problemy.

Po kolei: problem roweru rozwiązał się sam dzięki Fietshaven. Jest to taka cudaczna firma, która wypożycza rowery. Na dzień? Tydzień? Dwa, maksymalnie. Nie, cholera. Oni są tak zajebiści, że wypożyczają rowery na DZIESIĘĆ MIESIĘCY. I w koszta (zresztą śmieszne) wypożyczenia dwukołowca wliczają serwis i części zapasowe. THIS IS SO AWESOME.

Tak samo problem dojazdów na uczelnię rozwiązał się sam. 10 km, owszem, drogą główną. Ale bocznymi ścieżkami, przez park i zaułkami na skróty – już tylko 6,5 km. Nie no, bomba, przez całe wakacje 2009 tak do pracy dojeżdżałem.

Za to dałem ciała z dojazdem z lotniska. Drogie dzieci, lotniska tanich linii lotniczych są lokowane na zadupiach, o czym wasz usłużny blogger na śmierć zapomniał. Krótko mówiąc, po opuszczeniu samolotu, czeka mnie jeszcze trasa autobusem z lotniska do dworca w Charleroi (tak, ląduję w Walonii) do Antwerpii (circa 107 km na północ, we Flandrii). Wszystko to wieczorem. A potem z dworca w Antwerpii jeszcze dojazd na moją przyszłą stancję. Nie ma co, poznam dobrze okolicę. Następnym razem wracam przez Holandię (loty są też z Eindhoven), będzie kurna bliżej.

Łączenie w jednym dniu wyjazdu i egzaminu to cholernia głupia sprawa. Nie mogę się uczyc, bo myślę o wyjeździe. Nie mogę się przygotowywać na wyjazd bo mnie zżera niepewność co z egzaminem. Aaargh.

Za to kasety do nauki języka mam już w formacie mp3, więc nie muszę brać ze sobą walkmana (ale byłoby śmiechu, gdybym musiał). W ogóle, wyjazdy na rok są do chrzanu, jeśli chodzi o pakowanie się. Trzeba wszystko wziąć ze sobą, ale z drugiej strony, jest wiele rzeczy niepotrzebnych. Jak robiłem ostatnio listę, zdałem sobie z uśmiechem sprawę, że muszę przecież wziąć zarówno czapkę i szalik (bo będę tam w zimie) jak i ciuchy sportowe (bo pod nosem będę miał halę sportową). Paranoja jakaś, jak bardzo człowiek jest przywiązany do swoich rzeczy. Fight Club się przypomina.

Wytapetowałem pokój notatkami z karnego. Czuję się jak w domu wariatów.

Książka na dziś: gorąco polecam „Wielkiego człowieka” Ala Morgana. Serio, napięcie narastające niemal tak dobrze jak w „Obywatelu Kainie”. Klimaty też podobne.

 

Dużo expa, za mało golda

Udało się! Pokonałem jednego bossa (ZUS), zdobyłem expa i itema (zaświadczenie o byciu ubezpieczonym), potem szybko skoczyć do Głównego, przedzierać się przez miniony słabszych jednostek (Jarmark Św. Dominika w Gdańsku w pełni rozkwitu), dostać się wreszcie do NFZ i zbarterować item z ZUS na artefakt – Europejską Kartę Ubezpieczenia Zdrowotnego. Fajna sprawa, po złożeniu dokumentów wydają ją od ręki, w ogóle, kłamstwa plecie się o polskiej biurokracji i papierkologii – niby dałoby się załatwić wszystko prościej i łatwiej, ale strach się bać jakie przekręty by odwalano…

Przede mną final boss – spacerek do Rektoratu i podpisanie umowy. To już właściwie koniec drogi z papierami przed wyjazdem, bałem się że będzie o wiele gorzej. Trochę biegania i ogarniania jest, ale wszystko jest opisane krok po kroku w internecie (jak człowiek poszuka) no i jakoś ludzie służą pomocą – w banku, wszelkich biurach, ZUSie, NFZ…No ogólnie jest dobrze.

Wyjazd za dwa tygodnie. W sensie, najpierw do Warszawki. Samolot dopiero za trzy tygodnie, licząc od teraz.

Teoria wszędobylstwa prof. Mariana Cieślaka

Udało mi się znaleźć pokój. 240 euro za miesiąc, jeden z dwudziestu w prywatnym akademiku, 10 km od Staadcampusu, gdzie mam zajęcia. No nic, będę tracił czas i pieniądze na dojazdy. Jest to o tyle irytujące, że dwa dni po wpłaceniu kaucji dostałem od innej osoby maila zwrotnego z ofertą mieszkania 20 euro tańszego i 1 km od Staadcampus. Kląć się chce, ale trudno, kości zostały rzucone, pieniądze wysłane i tak dalej.

Chciałem w przyszłym tygodniu podpisać umowę, ale nie mogę tego zrobić bez karty EKUZ. NFZ nie wyda mi z kolei karty EKUZ bez zaświadczenia z ZUS, że jestem ubezpieczony. Dlatego mała rada: załatwcie ten papierek (to jest zaświadczenie o byciu ubezpieczonym) wcześniej. Ja tego nie zrobiłem, bo błędnie myślałem, że chodzi o ubezpieczenie NNW, które mi się zawiera w karcie Euro<26. Niestety, nie. Chodzi tu tylko o ubezpieczenie pokrywające koszty opieki lekarskiej. Zresztą, działa to w ten sposób, że jak zachoruję, to idę do lekarza w Belgii, płacę za wizytę na miejscu, dostaję rachunek, a potem idę do NFZ (po powrocie do Polski) z nadzieją, że mi oddadzą. Nie no, bosko.

W międzyczasie, jak widać po tytule, uczę się do egzaminu. O Boże, ale mam przechlapane.

Wczoraj poszedłem na imprezę ze znajomymi znajomych. Była tam m.in. dziewczyna, która jakiś czas spędziła w Antwerpii. Gorąco polecała posiadanie roweru. Hmm. Zastanawiam się, czy naprawiać rower teraz i zabrać go ze sobą samolotem (kwestia, że musiałbym zmienić wtedy bilet, a z tym mogą się wiązać dodatkowe opłaty) czy zabrać go dopiero później. Drugim utrudnieniem jest fakt, że lecę z Warszawy a i tak będę targał ze sobą rzeczy na kilka miesięcy. Chyba jednak lepiej wysłać spakowany rower pocztą do Belgii (tylko jakie by to były koszty? Trzeba sprawdzić) albo zabrać go ze sobą podczas mojej następnej wizyty w kraju (tylko kiedy to będzie?)

Kurde, dużo tego rozkminiania.