Na początku było słowo…

…a słowo to brzmiało: Erasmus. Jakoś ostatnio dość głośno o tym programie, dużo sprzecznych opinii na temat jego wpływu na żywot danego studenta, a to historie, a to imprezy, języki, kultury obce, Ibiza, Islandia… Co człowiek, to coś innego powie. Właściwie, to jedyna cecha wspólna wszystkich relacji na temat wyjazdów za granicę w ramach tego programu jest dość krótka, właściwie składa się z jednego słowa: JEDŹ.

Tak więc wziąłem sobie do serca rady znajomych oraz losowych ludzi poznanych w barze (pozdrawiam Ygreka wraz z załogą) i postanowiłem aplikować na Erasmusa z mojego wydziału. Jest to o tyle komiczne, że moja średnia jest mniej niż mizerna, jedyny język który znam komunikatywnie to angielski a o tym, w jakim języku mówi się w Antwerpii, to się dowiedziałem dopiero na rozmowie kwalifikacyjnej, ale o tym później.

Procedura kwalifikacyjna może się nieznacznie różnić na różnych wydziałach i uniwerkach, ja opisuję ją ze swojej perspektywy, tj. WPiA UG.

Najpierw pojawia się chęć wyjazdu (swędzenie dłoni, katar, bezsenność, tępe patrzenie się w ścianę, niepowstrzymana potrzeba spacerów do Berlina). Potem zauważa się na stronie internetowej wydziału informację o naborze na Erasmusa. Idzie się na spotkanie informacyjne w przerwie między zajęciami. Po jakimś czasie składa się dokumenty (aplikację – trzeba wpisać motywację wyjazdu, średnią z ocen, preferowane uczelnie, znajomość języków i te pe) i grzecznie czeka na odpowiedź. Następnie przemiły koordynator (no, z tym różnie, akurat nasz koordynator jest mega ludzki i pomocny – reklama niezamierzona) odrzuca aplikację z wadami formalnymi (np. ktoś chce jechać drugi raz na Erasmusa – sorry, Winnetou) i zaprasza resztę osób na rozmowy kwalifikacyjne, gdzie ocenia się naszą osobę w kontaktach interpersonalnych. Komisja (najczęściej dwu-trzyosobowa) przepytuje potencjalnych Erasmusowców pod kątem wszelakim. Cała rozmowa odbywa się w miłej atmosferze – poza pytaniami typu „Skąd u Pana taka średnia?” i „Nie, proszę pana, w Antwerpii nie mówi się po niemiecku”.

Z rozmowy kwalifikacyjnej wychodzi się z radosnym uczuciem, że nie ma się najmniejszych szans na wyjazd, co pozwala skupić się na doczesnych problemach. Wtem! Przychodzi mejl o liście zakwalifikowanych. Na której mnie na początku nie było. Trudno. Potem przyszedł drugi – miałem pojechać do Sheffield. Później nie. A potem jednak znów do Belgii. No cóż, trochę zamieszania, ale za to z happy endem.

Kiedy dostajemy ostateczną, radosną informację o czekającym nas wyjeździe, nie myślimy jeszcze o czekającym nas wypełnianiu dokumentów, które jest nużące, ale niezbędne.

Ale o tym w następnym odcinku programu „Udaję, że się uczę”.

********************

A, taki bonus, przypomniałem sobie jak składałem dokumenty koordynatorowi. Spojrzał na kwestionariusz, czyta go spokojnie, w końcu doszedł do tabelki, gdzie dziekanat wpisał moją średnią (na jej wartość spuszczę kurtynę milczenia). Koordynator uniósł brew i spojrzał na mnie ze szczerym zdziwieniem: „Pan jest poważny?”. Do dziś mnie to bawi. Wynika to z faktu, że średnią się liczy z trzech ostatnich semestrów. Wówczas są brane także oceny z pierwszego semestru, w tym z Historii prawa i ustroju polskiego, z którym to przedmiotem moja batalia była długa, krwawa i pełna poświęceń, o czym świadczy mój zapaskudzony dwójami indeks. Zdecydowanie, nie jest to pamiątka, którą będę się chwalił potomnym.

Reklamy
This entry was posted in Erasmus.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s