Jura

Jak wspomniałem w poprzednim poście, weekend czerwcowy spędziłem ze znajomymi w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. Już od jakiegoś czasu wspominałem O., jak bardzo chciałbym wsiąść za kółko i jechać przed siebie cały dzień – a trasa Gdańsk-Częstochowa świetnie się do tego nadaje. Do tego jeszcze chcieliśmy komfortowo i szybko zwiedzić dość rozległy teren – logiczne (i emocjonalnie uzasadnione) było zatem pojechać samochodem.

Dawno nie jechałem na tak długą trasę jako kierowca (ostatni raz w grudniu 2013 do Rygi) i muszę przyznać, że byłem pozytywnie zaskoczony zmianami na polskich drogach. Jedynie odcinek Piotrków Trybunalski – Częstochowa był trochę męczący – jest to ciągle droga krajowa, ale tak prosta i w tak płaskim terenie, że nic tylko grzać. A tu nagle ograniczenie do siedemdziesięciu i czerwone światło…dablju ti ef, GDDKiA?

Zjechaliśmy na Jasną Górę w dzień Wniebowstąpienia Pańskiego i spodziewaliśmy się oblężenia – fakt, było tłoczono, ale że ostatni raz byłem na Jasnej Górze w czasie święta Wniebowzięcia, to powiem że wręcz wyczułem pewne luzy. (UWAGA POLITYKA) Trochę mnie przeraził pomnik smoleński naprzeciw wejścia do kaplicy – mam straszny problem z tą symboliką i porównywaniem ofiar ludobójstwa katyńskiego do ofiar katastrofy lotniczej. Ogólnie, wszelkie analogie obecnej sytuacji w kraju do czasów dla naszej ojczyzny mrocznych, czy to stanu wojennego, stalinizmu, Wołynia czy którejkolwiek wojny uważam za niesmaczne (KONIEC POLITYKI).

Pogoda była ładna, więc sobie trochę pozwiedzaliśmy – m.in. zamek w Olsztynie (nie tym w warmińsko-mazurskiem, też nie ten w kujawsko-pomorskiem, ale ten w śląskiem – tak, tam też jest Olsztyn i też ma zamek). Było to moje pierwsze zderzenie z Jurą i muszę przyznać, zaprezentowała się bardzo pozytywnie. Skałki wyglądały bardzo atrakcyjnie, zamki (ruiny zamków) również. Inna architektura i tło historyczne niż u nas na północy kraju były przyjemną odmianą. Nigdy nie ogarniałem tych wszystkich książąt śląskich, ale patrząc na okolicę rozumiałem, że było się o co tłuc.

Z jednej z tablic informacyjnych dowiedziałem się, że Kazimierz Wielki został ozdobiony znanym przysłowiem nie ze względu na swój wkład w poprawianie ogólnej infrastruktury kraju, ale za to że walnął w okolicy z trzydzieści zamków, warte łącznie tony srebra. A ja zawsze myślałem, że to była metafora sprawnej administracji…

Jeden z zamków, w Bobolicach, został prywatnymi środkami odbudowany i przerobiony bodajże na hotel. Wygląda niezwykle efektownie i jeśli ktoś będzie w pobliżu, to warto go obejrzeć. Nam się udało tylko z zewnątrz, ale świadomość że ktoś stwierdził „Ech, odbuduję sobie zamek z czasów Piastów” jest fascynująca.

Skałki w Jurze są skrajnie inne niż w Rudawach czy Sokolikach. Są to skałki wapienne (czy tam kredowe), charakteryzują się znacznie ciekawszymi chwytami (wypłukany materiał skalny tworzy najróżniejsze formacje, dziurki i dziureczki), ale znacznie gorszą przyczepnością. Kiedy byliśmy w Rudawach, powtarzano nam jak mantrę „Zaufaj tarciu”. W Jurze było to raczej: „Nie ma chwytu, nie próbuj”. W Jurze trochę mniej się bałem ryzykownych ruchów, podczas gdy pod koniec dnia każdy kolejny chwyt na granicie był bolesny i wizja stoczenia się po skale ostrej jak tarka jeżyła włos na głowie.

Zrobiłem swoją pierwszą drogę V-. Jeszcze daleko nam do starych wyjadaczy ale kroczek po kroczku…Jeszcze dużo nauki przed nami. Robimy wszystko ostrożnie i we własnym tempie, ale wiem, że któregoś dnia mogą być gorsze warunki albo ekstremalna sytuacja i tylko to, co mamy w głowach będzie się liczyło. Dlatego nawet na ściance trenujemy zjazdy i przepinki (ale spoko, tylko poza godzinami szczytu, nie wkurzamy kolegów-wspinaczy ;-))

O, to ja może wytłumaczę na szybko laikom o co chodzi ze skalami trudności. W Polsce korzysta się głównie ze skali Kurtyki, która co do zasady sięga od I (spacerek) do VI (b. trudna). Wspinaczka jest jednak sportem mocno uzależnionym od jakości sprzętu, którego jakość się bez przerwy poprawia, więc pojawiło się VI.1, VI.2….aż do VI.9, która jest chyba tylko jedna w Polsce. Oczywiście, trudność trudności nierówna – tuż przed moją pierwszą V- wyłożyłem się na łatwej czwórce, bo nie byłem odpowiedni wzrostem – niektóre chwyty miałem za nisko, inne za wysoko, w końcu utknąłem. O. takie trasy robi bez problemu. Do tego trasy można robić na różny sposób – zacznijmy od tego, że można się wspinać na wędkę (lina u góry), z dołem (ciągniemy zapas liny ze sobą), z własną asekuracją (nie wpinamy się w gotowe ringi, ale szukamy dobrych szczelin, gdzie montujemy własne przyrządy do asekuracji)….do tego można klasyfikować przejście drogi wg stylu przejścia, których jest kilka-kilkanaście (od OS „on sight” czyli „nie patrzyłem na skałę wcześniej, nikt mi nie powiedział jak biegnie droga, nie mogę odpaść” do AF „all free” czyli „przestudiowałem opis drogi, spytałem się ludzi dookoła co o niej sądzą, wspinam się od wpinki do wpinki i kombinuję jak koń pod górę, żeby nie odpaść”). Na obecnym etapie preferujemy ostatni styl.

Obecnie czytam wspaniałą książkę Jerzego Kukuczki „Mój Pionowy Świat”. Piękna literatura podróżnicza, fantastyczny opis niesamowitego okresu rozkwitu polskiego himalaizmu zimowego. Ale kiedy czytam, jak autor niemalże mimochodem opisuje niektóre sytuacje, to wierzyć mi się nie chce. Myślę, co bym zrobił na jego miejscu momentami – i niekoniecznie podoba mi się odpowiedź. Himalaizm nie jest dla wszystkich…Podsumowując, książka ewidentnie warta polecenia, zwłaszcza tym, którzy twierdzą że obecnie wejście na Everest to spacerek, bo tragarze wnoszą cały sprzęt. Tak a propos, znalazłem w sieci ostatnio fantastyczny film, kręcony z GoPro na kasku uczestnika francuskiej eskapady na Everest. Zmienił mi trochę perspektywę o tym jak wygląda wspinaczka na najwyższe góry świata. Polecam ;-)

A, i nie wiem czy wspominałem, ale wyprowadzam się w sierpniu za robotą do Warszawy. Będzie bliżej w inne rejony Polski. Może nareszcie zaczną się jakieś krótkie wypady w góry ;-)

Wspinaczka w Jurze [zdjęcia]

Dziś na odwrót. Nie chce mi się robić wpisu, więc wyjątkowo najpierw wrzucę zdjęcia, a potem opis, co się właściwie działo ;-)

Powiem tyle, że wyskoczyliśmy na czerwcowy długi weekend w Jurę Krakowsko-Częstochowską (ze zwiedzaniem Częstochowy, ale bez zwiedzania Krakowa) z dwojgiem znajomych. Wyprawa była w dechę i planujemy jeszcze wrócić.

Korzystam ze strajku i czytam sobie wspomnienia Kukuczki. Inspirujące i przerażające…i trochę zachęcające ;-)

Zdjęcia!

Rudawy Janowickie [zdjęcia!]

Tak jak obiecałem (jakiś miesiąc temu….) – zdjęcia!

Rudawy Janowickie – tym razem od innej strony

Parę lat temu spędziłem ferie zimowe w Rudawach Janowickich. Górki niewielkie, ale bardzo przyjemne – duże różnice wysokości, wielość malowniczych, granitowych skałek, piękne widoki na majestat Karkonoszy i sporo ciekawych zabytków z czasów austryjackich (cesarzowie mieli w tym rejonie rezydencje letnie, stąd też mnogość romantycznych ruin).

W tym roku O. namówiła mnie na powrót w Rudawy, ale z nieco innej perspektywy. Jakiś czas temu wróciłem na ściankę, poszedłem na koleżeński kurs wspinaczkowy AKW, nauczyłem się też podstaw asekuracji dolnej. Nadszedł czas przetestować nowe umiejętności w skałach.

Spędziliśmy majówkę razem ze znajomymi z AKW – razem było nas ponad pięćdziesiąt osób. Najpierw jednak musieliśmy dojechać pociągiem z Gdańska do Janowic Wielkich – bagatelka, 11 godzin. Potem cały szpej na plecy (namiot, śpiwór, karimata, sześćdziesiąt metrów liny, uprząż, siedem ekspresów, karabinki, taśmy i repsznury, buty, ogólny sprzęt trekkingowy) i dawaj na szlak. Po uroczych różnicach wysokości…

Po niecałej godzinie doszliśmy pod pierwsze skałki. Zaczęło padać i było zimno, ale postanowiliśmy się wspinać i tak. Średnio nam szło…granit był twardy i pokryty jakimiś kalcytowymi kolcami, więc po jakimś czasie wnętrza dłoni bolały od prób wejścia. Sama droga, którą wybraliśmy (V+) i padający deszcz nie czynił wspinaczki przyjemnym. Muszę przyznać, że się nie spodziewałem, że tak wygląda wspinanie w skałach – chwytów nie było wiele, raczej trzeba było wspinać się na tarcie, nie było „rzeźby”, która pomaga czasami na sztucznej ścianie – tu wszystko było rzeźbą! Męczyłem się znacznie mniej niż na hali, ale każdy krok był trudniejszy, bo wymagał pokonania wewnętrznej blokady. Przyznam, że zrobiłem tylko kilka prostych tras, ale wyjazd i tak zaliczam do udanych.

Reszta dnia była bardziej udana – wypogodziło się, doszliśmy do formacji Dziób w Starościńskich Skałach. Tu już były dwie trasy o trudności IV i IV+, więc znacznie bliżej moich możliwości. Obie zrobiłem – i to z dołem! Ale dopiero pod koniec wyjazdu robiłem przepinkę i zjazdy (czynności przydatne przy kończeniu trasy – pozwalają bezpiecznie zjechać, zebrać sprzęt ze sobą i nie niszczyć liny poprzez ocieranie jej o skałę).

Zupełnie inaczej wspina się człowiek na skałę, a inaczej na sztuczną ścianę – tutaj człowiek poza tym strasznym uczuciem przestrzeni za plecami, musi sam szukać chwytów (bo przecież nie są oznaczone), trzeba często znaleźć własny sposób na pokonanie danej przeszkody (drobna O. mogła się wślizgnąć na skały, na które mój gruby tyłek nie dawał się wprowadzić, ale za to ja mam z dziesięć-piętnaście centymetrów dłuższy zasięg rąk, więc mogłem się chwytać szczelin poza jej zasięgiem), do tego sama wspinaczka trwa dłużej – na sztucznej ścianie przygotowanie trwa parę minut, wspinaczka może kwadrans, tutaj się to rozciągało do godziny albo i dłużej. Do tego pilnowanie szpeju, przypinania się, czynności na szczycie, klarowanie i zwijanie sześćdziesięciu metrów liny…

Czy polecam wspinaczkę w skałach? Absolutnie tak! Jest to niezwykłe doświadczenie, ale mocno rzucające się na psychikę, Ciekawe było dla mnie zderzenie ze słabością na skale. Człowiek musi mieć pokorę przed naturą, ale czasem zmienia się ona w zwykły strach. Trzeba umieć te dwa odczucia odróżniać i umieć nimi kierować. Nie stracić głowy, ale też nie dać się sparaliżować strachem. Do tego trzeba mieć dobranego partnera, porządny sprzęt i umiejętności, które trzeba ciągle ćwiczyć i powtarzać, aby utrwalić. Emocje – niezapomniane. A uczucie, gdy się stoi na występie skalnym, dwadzieścia metrów nad szczytem góry i patrzy ponad wierzchołkami drzew na dalekie Karkonosze….wspaniałe, po prostu wspaniałe. Ale też męczące!

Zdjęcia – wkrótce ;-)

Update

Jakby ktoś był ciekaw, to żyję, ale zostałem przygnieciony przez rzeczywistość i pracuję na pełen etat. 40-godzinny tydzień pracy ogranicza możliwości podróżowania. A relacje i zdjęcia z miejsca pracy są zazwyczaj cholernie nudne.

Nadszedł czas nabijania stażu pracy do CV – ale w maju planuję wyjazd, o którym na pewno napiszę. Zdjęcia będą ;-)

Keep calm and carry on ;-)

Strasbourg Legal Searcher

Poniższy post jest reklamą/przechwałką i nie traktuje o podróżach ;-)

Parę miesięcy temu, podczas stażu w KeKi, wpadłem na pomysł jak zoptymalizować analizę wyroków Trybunału w Strasburgu. Początkowo niszowy projekt do prywatnego użytku urósł, zyskał dodatkowe funkcje, porządny interfejs…i zaprezentowaliśmy go razem w Brukseli w czasie konferencji poświęconej ochronie praw dziecka!

Osoby zainteresowane apką (Android only) zapraszam na Google Play. Za free ;-) Apka dostępna w języku angielskim i francuskim. Prezentacja dostępna tutaj.

Strasbourg Legal Searcher on Google Play

Jeszcze parę zdjęć z października [zdjęcia]