Białoruś

Będąc dwa lata temu na Ukrainie skumplowaliśmy się z dwoma sympatycznymi Białorusinami. Po przeprowadzce do Warszawy zdałem sobie sprawę, że na Białoruś jest stąd znacznie bliżej niż z Gdańska i jest możliwy wypad weekendowy. Jest to ważne, ponieważ nigdy nie byłem specjalnie chętny do spędzenia tam całego urlopu (bo ile można zwiedzać miasta…). Ale weekend? Czemu nie!

Zacznę od kwestii organizacyjnych. Obywatele polscy aby wyjechać na Białoruś potrzebują wizy (chyba że akurat są mistrzostwa świata w hokeju). Zdobycie jej nie jest jakieś trudne, ale do tanich nie należy. Potrzebny jest nam obywatel białoruski jako poręczyciel (ew. firma lub agencja turystyczna), którego wpiszemy do wniosku wizowego. Zaproszenie ułatwia sprawę, ale nie jest niezbędne (chyba że staramy się o wizę prywatną – my nie mieliśmy tej opcji). Mając do wyboru walczyć o wizę prywatną albo oddać w tym miejscu wszystkie kwity pośrednikowi, wybraliśmy to drugie wyjście. Trochę to kosztowało (25 euro za wizę, 16 zł za ubezpieczenie na 4 dni i 85 zł za pośrednictwo wizowe), ale oszczędziło nam sporo czasu, nerwów i biegania po konsulatach. W 2008 roku wizę do Rosji i tranzytową białoruską załatwialiśmy sami jako szczyle, ale mieliśmy porządne zaproszenia i aktywny kontakt w Moskwie. Teraz nie mieliśmy takiego wsparcia, więc trzeba było skorzystać z pośrednika – czego nie żałuję, koniec końców.

Przygotowanie do wyjazdu. Stwierdziliśmy, że się nam spieszy, a w cztery osoby z bagażami idealnie mieścimy się do naszej kochanej, dwudziestoletniej Beżowej Strzały. Stąd też nasz wybór padł na samochód. Da radę? Da, ale proste to nie jest. Wymagane jest, poza OC i ważnym przeglądem, Zielona Karta, międzynarodowe prawo jazdy (podobno, ale nikt go nie żądał od nas) i umowa najmu (w przypadku gdy nie jedzie z nami właściciel pojazdu). Do tego, żeby przemieszczać się po białoruskich drogach szybkiego ruchu (czyli jedynych sensownych) należy korzystać z systemu BelToll. Za urządzenie trzeba zapłacić kaucję (20 euro), do tego 0,04 euro za każdy kilometr płatnego odcinka. Lista płatnych odcinków jest dostępna on-line (także po polsku), a urządzenie można wypożyczyć (i doładować) na wielu stacjach w całym kraju. Uroczo pika po przejeździe przez bramkę. No i jak się doładuje za dużo, to po zwrocie urządzenia poza kaucją zwracają też niewykorzystane pieniądze z konta.

Co Ty k… wiesz o Białorusi? W sumie niewiele. Coś tam dzwoni o Łukaszence, płaskim jak stół terenie, ładnym metrze w Mińsku i sporej mniejszości polskiej w okolicach Grodna. Trochę rozmawiałem z A. i S. z Białorusi, ale ciągle mało. Informacja na stronie MSZ…no nie powiem, że tam nieprawdę piszą, ale trochę przegięcie. Mimo przejechania tysiąca kilometrów nie złapała nas ani razu drogówka, nikt nie chciał od nas łapówki (nawet pogranicznicy!), kontrole graniczne też nie były specjalnie dotkliwe (chociaż porównywalnie uciążliwe co rosyjskie). Ta sama tamożnaja deklaracja (deklaracja celna), te same karty migracyjne, doszedł tylko nowy kwit na samochód. Pytania tak samo głupie.

[P]ogranicznik: (po rosyjsku) Deklarację celną wypełniliście?

[Ja]: (łamanym, patologicznie złym pidżinem rosyjsko-polskim]: Tyle ile mogłem.

[P]: Nie wpisaliście nic do przewożonych przedmiotów.

[Ja]: (ukrywając fakt, że jest pierwsza w nocy i nie chciało mi się wpisywać telefonów, mp3 i tableta w kwity) Bo nic nie przewozimy. Alkoholu nie, papierosów nie…

[P]: Pokażcie bagażnik.

(Otwieram, w środku plecaki, torby, części samochodowe, butla z gazem, mięso w słoikach i przewodnik po Polsce – ogólnie same niezbędne produkty)

[P]: (wskazując triumfalnie plecak palcem) A to co?!

[Ja]: Rzeczy.

[P]: A przewozicie coś nielegalnego?

[Ja]: …no nie.

[P]: Dobrze, jedźcie.

Nie rozumiem, po prostu nie rozumiem.

Po przejeździe przez granicę, nastraszeniu kolegi konsekwencjami zgubienia karty migracyjnej, zakupie lokalnych trunków rozgrzewających i załadowaniu BelToll, mogliśmy wreszcie ruszyć w drogę.

Właśnie, drogi. Te główne są bardzo przyjemne, ale głównie w kwestii samego asfaltu. Infrastruktura poboczna (stacje, postoje, sklepy) nawet przy głównych drogach są bardzo rzadko porozmieszczane. Wjechaliśmy na Białoruś na pełnym baku (nie ogarnialiśmy jeszcze waluty i nie wiedzieliśmy czy drogo, czy tanio), więc nie mieliśmy z tym problemu, ale w razie awarii byłoby niewesoło pod tym względem. Poza tym ładnie i kulturalnie się śmiga. W czasie dwóch dni spotkaliśmy może trzy samochody, które ewidentnie przekraczały prędkość. Ludzie w trasie spotykani na rzadkich postojach byli bardzo pomocni i przyjaźni.

O, to ja może o ludziach. Są przemili. Nie mieliśmy nigdzie problemu z komunikacją…no dobra, może uściślę – wszyscy chcieli się z nami porozumieć, nawet gdy nie mieliśmy wspólnego języka. Białorusini mówią głównie po rosyjsku, rzadziej białorusku. Jest to język oficjalnie na równi z rosyjskim (są w nim zapisane m.in. nazwy ulic), ale już tablice informacyjne przed knajpami były po rosyjsku. Nasz kolega A. przyznał, że po białorusku rozmawia tylko z babcią, wszyscy pozostali członkowie rodziny i znajomi mówią po rosyjsku. Po angielsku mówili niewiele osób, ale nie stanowiło to problemu – wystarczył nam podstawowy rosyjski zmieszany z polskim i wstawkami angielskimi. Plus machanie rękami. Rozpoczęcie rozmowy od „Izwienitie, my nie gawarim pa ruski” ułatwiało wszelką komunikację. Cyrylica białoruska jest dość podobna do rosyjskiej, a sam białoruski ma dużo słów podobnych do polskiego, więc Polak z podstawowym rosyjskim daje radę, dopóki nie wrzeszczy na niego jakiś mundurowy z lotniskowcem zamiast czapki.

milicja

Zdjęcia od telegraf.by. Ja im wolę zdjęć nie robić, są wtedy nerwowi.

I jeszcze ostatnia kwestia: waluta. Tu trochę głowa boli. Rubel białoruski jest obecnie wart około 0,0002 pln, przez co trudno się liczyło…w sumie, cokolwiek. Kawa na stacji – 24 000 BYR; przejazd metrem – 5 000 BYR; kaucja za BelToll – 440 000 BYR…Jak to mówi A., każdy tam jest milionerem😉

DSC_0159

Kuba idzie na kawę (w ręku mam jakieś 4,50 zł)

Inflacja jest znaczna (w 2011 roku wyniosła 108%, w ostatnich latach ją opanowano i wynosiła 16-20), w planach denominacja (w lipcu mają obciąć kilka zer). Nadal, wszyscy Białorusini mają portfele pełne makulatury, oszczędności trzymają w dolarach, a banki oferują pożyczki na atrakcyjny procent 34,4%. Nic tylko brać.

Obecność państwa jest widoczna na każdym kroku. Co i rusz stoją billboardy informacyjne („Dzieciństwo zdarza się raz. Zapłać alimenty”; „Prędkość zabija”; „Tato, zapłać podatek”; „Nikotyna albo tlen, wybór jest Twój” i moje ulubione: zdjęcie dziecka w pralce i „Rodzicu, pilnuj dzieci”). Po powrocie zdałem sobie sprawę, że zrobiłem zdjęcie tylko jednemu z nich (pozostałe mijaliśmy w biegu albo stały na skraju drogi), ale radujcie oczy tym cudem:

SAM_1944.JPG

W parkach i na ulicach czystość niesamowita, ale wynika to z ogromnego zatrudnienia w sektorze drobnych usług – które, notabene, są bardzo tanie. Ludzie pracują sześć dni w tygodniu, głównie w państwowych instytucjach i firmach, ale pensje są bardzo niskie. Za to socjal jest dość wysoki, dzięki czemu w parku można było uświadczyć sporo rodzin z małymi dziećmi.

Nie wiem czy tak trafiliśmy, czy to był leniwy weekend, albo po prostu mamy takie uczucie przez kontrast z Warszawą – ale Białoruś wydawała się pustawa. Jest to uzasadnione gęstością zaludnienia (Białoruś ma powierzchnię około 2/3 powierzchni Polski, a populację cztery razy mniejszą) i wielkością miast. O ile stolica Polski jest domem dla 5% Polaków, to w Mińsku mieszka co piąty Białorusin. Warto zaznaczyć, że Mińsk jest mniej więcej wielkości Warszawy…Z kolei gdy jechaliśmy przez zachodnią Białoruś, to czasami i przez całe kilometry nie było widać żywej duszy, zwłaszcza na Polesiu. Tylko od czasu do czasu wyczilowany wędkarz stał przy brzegu jeziora, rzut kamieniem od drogi. A poza tym las, las, las…

Chętnie wrócę na Białoruś, ale tym razem raczej pozwiedzać okolice Grodna, tamtejsze wsie, skanseny i, być może, posiedzieć chwilę w głuszy. Lasy i pola Białorusi są naprawdę piękne. Bo co jak co, ale spokoju to jest tam co niemiara. Dopóki jakiś smutny pan w wielkiej czapce się nie zainteresuje…

Zdjęcia wrzucę później.

 

 

Bieszczady [zdjęcia]

Dawno nie byłem w górach w celach trekkingowych, a znajomi organizowali wyjazd. Początkowo kłócił nam się z innym wypadem, który jednak nie doszedł do skutku – no to jedziemy!

Czy muszę przedstawiać Bieszczady? Opisywać? Bez sensu. Kto był, ten wie, kto nie był, to daleko nie ma. W pewnym sensie.

Jakby ktoś był ciekaw, to do Zagórza jedzie bezpośredni pociąg. Dwa wagony, piętnaście godzin. Można by z tego zrobić niezłe zwiedzanie – Gdańsk, Warszawa, Kraków, Rzeszów, Jasło, Zagórz…

Ostatni raz w tym rejonie byłem osiem lat temu. Niektóre rzeczy się pozmieniały, inne sprawiają wrażenie wiecznych. Ruiny klasztoru ojców Karmelitów Bosych zostały zagospodarowane i zabezpieczone, trwają tam prace konserwatorskie. W 2007 roku jedynymi śladami obecności ludzkiej od XVIII wieku były tam walające się dookoła puszki po Leżajsku. Obecnie prowadzi tam zadbana ścieżka, droga krzyżowa i stacje z dziesięcioma przykazaniami. Zbudowano także ręczną studnię dla strudzonych pielgrzymowędrowców.

Z Zagórza pojechaliśmy wynajętym busikiem do granicy słowackiej, gdzie weszliśmy na szlak. Pierwszy dzień był spokojny, wieczorem doszliśmy do chatki o wdzięcznej nazwie „Na skraju świata”. Tanie noclegi bez cywilizacji. Marzenie. Sympatyczne miejsce z miłymi gospodarzami, gdzie można a chwilę zapomnieć o świecie.

Następnego dnia szliśmy wzdłuż granicy do Balnicy, gdzie dojeżdża Bieszczadzka Kolejka Leśna. Świetny pomysł, ciekawy klimat, ale nadal śmierdzi benzyną. Tłumy turystów walą i tak. Za to schronisko w Balnicy było super.

Następnego dnia dostaliśmy się różnorako (stopem, kolejką i z buta) przez Cisną na czarny szlak. I zaczęło lać. Zdjęć brak z przyczyn oczywistych.

Człowiek wchodził pod górę i przez pierwsze pół godziny nienawidził deszczu. Następne pół godziny nienawidził siebie, że w ten deszcz idzie w góry. Potem po prostu akceptuje się swoje życiowe wybory. Człowiek jest i tak cały mokry, więc żadne grubsze rozkminy tego nie zmienią. Nawet moje, jak sądziłem, niezniszczalne, wojskowe buty Bundeswehry tu nie pomogły. Skóra stawiała opór wodzie, ale ta wlewała się po nogach od góry…zwłaszcza jak zrobiliśmy sobie skrót przez rzekę, zamiast dookoła.

Schronisko pod Jaworcem było przepełnione, więc spaliśmy w domku obok – wcisnęliśmy się w dwanaście osób na jakieś szesnaście metrów kwadratowych. Nie było jak wysuszyć ubrań, więc po kilku minutach rozkminy i eksperymentów stworzyliśmy sieć sznurówek, linek i naciągów od namiotów, na których rozwiesiliśmy ubrania. Nie, nie suszyliśmy ich. My tylko odwlekliśmy ich spleśnienie.

Następny dzień był najdłuższy, w jakim braliśmy udział. 23 km trasy z plecakami po połoninach. Było widać wyraźną różnicę między Wetlińską (pełno turystów idących do Chatki Puchatka i w dół, do Rawki) a Caryńską (pustawo). Ale może to też kwestia pory. Z Caryńskiej schodziliśmy już po ciemku.

Jakby ktoś nie wiedział, to Bieszczady należą do rezerwatów ciemnego nieba. Gwiazdy widać niesamowicie…

Następnego dnia nie poszliśmy z resztą ekipy na Bukowe Berdo tylko przez Wołosate weszliśmy na Tarnicę, na lekko. Brak kondycji dał o sobie znać wcześniej niż się spodziewałem.

Z Ustrzyk Górnych wróciliśmy stopem przez Solinę do Zagórza, gdzie złapaliśmy pociąg. Rozmowa z naszymi kierowcami uświadomiła nam, że Bieszczady to nie tylko góry, ale także największe w okolicy jezioro, gdzie można nieźle pożeglować. Tą twarz Bieszczad też chciałbym kiedyś poznać.

A w międzyczasie – przeprowadzka!

Jura

Jak wspomniałem w poprzednim poście, weekend czerwcowy spędziłem ze znajomymi w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. Już od jakiegoś czasu wspominałem O., jak bardzo chciałbym wsiąść za kółko i jechać przed siebie cały dzień – a trasa Gdańsk-Częstochowa świetnie się do tego nadaje. Do tego jeszcze chcieliśmy komfortowo i szybko zwiedzić dość rozległy teren – logiczne (i emocjonalnie uzasadnione) było zatem pojechać samochodem.

Dawno nie jechałem na tak długą trasę jako kierowca (ostatni raz w grudniu 2013 do Rygi) i muszę przyznać, że byłem pozytywnie zaskoczony zmianami na polskich drogach. Jedynie odcinek Piotrków Trybunalski – Częstochowa był trochę męczący – jest to ciągle droga krajowa, ale tak prosta i w tak płaskim terenie, że nic tylko grzać. A tu nagle ograniczenie do siedemdziesięciu i czerwone światło…dablju ti ef, GDDKiA?

Zjechaliśmy na Jasną Górę w dzień Wniebowstąpienia Pańskiego i spodziewaliśmy się oblężenia – fakt, było tłoczono, ale że ostatni raz byłem na Jasnej Górze w czasie święta Wniebowzięcia, to powiem że wręcz wyczułem pewne luzy. (UWAGA POLITYKA) Trochę mnie przeraził pomnik smoleński naprzeciw wejścia do kaplicy – mam straszny problem z tą symboliką i porównywaniem ofiar ludobójstwa katyńskiego do ofiar katastrofy lotniczej. Ogólnie, wszelkie analogie obecnej sytuacji w kraju do czasów dla naszej ojczyzny mrocznych, czy to stanu wojennego, stalinizmu, Wołynia czy którejkolwiek wojny uważam za niesmaczne (KONIEC POLITYKI).

Pogoda była ładna, więc sobie trochę pozwiedzaliśmy – m.in. zamek w Olsztynie (nie tym w warmińsko-mazurskiem, też nie ten w kujawsko-pomorskiem, ale ten w śląskiem – tak, tam też jest Olsztyn i też ma zamek). Było to moje pierwsze zderzenie z Jurą i muszę przyznać, zaprezentowała się bardzo pozytywnie. Skałki wyglądały bardzo atrakcyjnie, zamki (ruiny zamków) również. Inna architektura i tło historyczne niż u nas na północy kraju były przyjemną odmianą. Nigdy nie ogarniałem tych wszystkich książąt śląskich, ale patrząc na okolicę rozumiałem, że było się o co tłuc.

Z jednej z tablic informacyjnych dowiedziałem się, że Kazimierz Wielki został ozdobiony znanym przysłowiem nie ze względu na swój wkład w poprawianie ogólnej infrastruktury kraju, ale za to że walnął w okolicy z trzydzieści zamków, warte łącznie tony srebra. A ja zawsze myślałem, że to była metafora sprawnej administracji…

Jeden z zamków, w Bobolicach, został prywatnymi środkami odbudowany i przerobiony bodajże na hotel. Wygląda niezwykle efektownie i jeśli ktoś będzie w pobliżu, to warto go obejrzeć. Nam się udało tylko z zewnątrz, ale świadomość że ktoś stwierdził „Ech, odbuduję sobie zamek z czasów Piastów” jest fascynująca.

Skałki w Jurze są skrajnie inne niż w Rudawach czy Sokolikach. Są to skałki wapienne (czy tam kredowe), charakteryzują się znacznie ciekawszymi chwytami (wypłukany materiał skalny tworzy najróżniejsze formacje, dziurki i dziureczki), ale znacznie gorszą przyczepnością. Kiedy byliśmy w Rudawach, powtarzano nam jak mantrę „Zaufaj tarciu”. W Jurze było to raczej: „Nie ma chwytu, nie próbuj”. W Jurze trochę mniej się bałem ryzykownych ruchów, podczas gdy pod koniec dnia każdy kolejny chwyt na granicie był bolesny i wizja stoczenia się po skale ostrej jak tarka jeżyła włos na głowie.

Zrobiłem swoją pierwszą drogę V-. Jeszcze daleko nam do starych wyjadaczy ale kroczek po kroczku…Jeszcze dużo nauki przed nami. Robimy wszystko ostrożnie i we własnym tempie, ale wiem, że któregoś dnia mogą być gorsze warunki albo ekstremalna sytuacja i tylko to, co mamy w głowach będzie się liczyło. Dlatego nawet na ściance trenujemy zjazdy i przepinki (ale spoko, tylko poza godzinami szczytu, nie wkurzamy kolegów-wspinaczy ;-))

O, to ja może wytłumaczę na szybko laikom o co chodzi ze skalami trudności. W Polsce korzysta się głównie ze skali Kurtyki, która co do zasady sięga od I (spacerek) do VI (b. trudna). Wspinaczka jest jednak sportem mocno uzależnionym od jakości sprzętu, którego jakość się bez przerwy poprawia, więc pojawiło się VI.1, VI.2….aż do VI.9, która jest chyba tylko jedna w Polsce. Oczywiście, trudność trudności nierówna – tuż przed moją pierwszą V- wyłożyłem się na łatwej czwórce, bo nie byłem odpowiedni wzrostem – niektóre chwyty miałem za nisko, inne za wysoko, w końcu utknąłem. O. takie trasy robi bez problemu. Do tego trasy można robić na różny sposób – zacznijmy od tego, że można się wspinać na wędkę (lina u góry), z dołem (ciągniemy zapas liny ze sobą), z własną asekuracją (nie wpinamy się w gotowe ringi, ale szukamy dobrych szczelin, gdzie montujemy własne przyrządy do asekuracji)….do tego można klasyfikować przejście drogi wg stylu przejścia, których jest kilka-kilkanaście (od OS „on sight” czyli „nie patrzyłem na skałę wcześniej, nikt mi nie powiedział jak biegnie droga, nie mogę odpaść” do AF „all free” czyli „przestudiowałem opis drogi, spytałem się ludzi dookoła co o niej sądzą, wspinam się od wpinki do wpinki i kombinuję jak koń pod górę, żeby nie odpaść”). Na obecnym etapie preferujemy ostatni styl.

Obecnie czytam wspaniałą książkę Jerzego Kukuczki „Mój Pionowy Świat”. Piękna literatura podróżnicza, fantastyczny opis niesamowitego okresu rozkwitu polskiego himalaizmu zimowego. Ale kiedy czytam, jak autor niemalże mimochodem opisuje niektóre sytuacje, to wierzyć mi się nie chce. Myślę, co bym zrobił na jego miejscu momentami – i niekoniecznie podoba mi się odpowiedź. Himalaizm nie jest dla wszystkich…Podsumowując, książka ewidentnie warta polecenia, zwłaszcza tym, którzy twierdzą że obecnie wejście na Everest to spacerek, bo tragarze wnoszą cały sprzęt. Tak a propos, znalazłem w sieci ostatnio fantastyczny film, kręcony z GoPro na kasku uczestnika francuskiej eskapady na Everest. Zmienił mi trochę perspektywę o tym jak wygląda wspinaczka na najwyższe góry świata. Polecam😉

A, i nie wiem czy wspominałem, ale wyprowadzam się w sierpniu za robotą do Warszawy. Będzie bliżej w inne rejony Polski. Może nareszcie zaczną się jakieś krótkie wypady w góry😉

Wspinaczka w Jurze [zdjęcia]

Dziś na odwrót. Nie chce mi się robić wpisu, więc wyjątkowo najpierw wrzucę zdjęcia, a potem opis, co się właściwie działo😉

Powiem tyle, że wyskoczyliśmy na czerwcowy długi weekend w Jurę Krakowsko-Częstochowską (ze zwiedzaniem Częstochowy, ale bez zwiedzania Krakowa) z dwojgiem znajomych. Wyprawa była w dechę i planujemy jeszcze wrócić.

Korzystam ze strajku i czytam sobie wspomnienia Kukuczki. Inspirujące i przerażające…i trochę zachęcające😉

Zdjęcia!

Rudawy Janowickie [zdjęcia!]

Tak jak obiecałem (jakiś miesiąc temu….) – zdjęcia!

Rudawy Janowickie – tym razem od innej strony

Parę lat temu spędziłem ferie zimowe w Rudawach Janowickich. Górki niewielkie, ale bardzo przyjemne – duże różnice wysokości, wielość malowniczych, granitowych skałek, piękne widoki na majestat Karkonoszy i sporo ciekawych zabytków z czasów austryjackich (cesarzowie mieli w tym rejonie rezydencje letnie, stąd też mnogość romantycznych ruin).

W tym roku O. namówiła mnie na powrót w Rudawy, ale z nieco innej perspektywy. Jakiś czas temu wróciłem na ściankę, poszedłem na koleżeński kurs wspinaczkowy AKW, nauczyłem się też podstaw asekuracji dolnej. Nadszedł czas przetestować nowe umiejętności w skałach.

Spędziliśmy majówkę razem ze znajomymi z AKW – razem było nas ponad pięćdziesiąt osób. Najpierw jednak musieliśmy dojechać pociągiem z Gdańska do Janowic Wielkich – bagatelka, 11 godzin. Potem cały szpej na plecy (namiot, śpiwór, karimata, sześćdziesiąt metrów liny, uprząż, siedem ekspresów, karabinki, taśmy i repsznury, buty, ogólny sprzęt trekkingowy) i dawaj na szlak. Po uroczych różnicach wysokości…

Po niecałej godzinie doszliśmy pod pierwsze skałki. Zaczęło padać i było zimno, ale postanowiliśmy się wspinać i tak. Średnio nam szło…granit był twardy i pokryty jakimiś kalcytowymi kolcami, więc po jakimś czasie wnętrza dłoni bolały od prób wejścia. Sama droga, którą wybraliśmy (V+) i padający deszcz nie czynił wspinaczki przyjemnym. Muszę przyznać, że się nie spodziewałem, że tak wygląda wspinanie w skałach – chwytów nie było wiele, raczej trzeba było wspinać się na tarcie, nie było „rzeźby”, która pomaga czasami na sztucznej ścianie – tu wszystko było rzeźbą! Męczyłem się znacznie mniej niż na hali, ale każdy krok był trudniejszy, bo wymagał pokonania wewnętrznej blokady. Przyznam, że zrobiłem tylko kilka prostych tras, ale wyjazd i tak zaliczam do udanych.

Reszta dnia była bardziej udana – wypogodziło się, doszliśmy do formacji Dziób w Starościńskich Skałach. Tu już były dwie trasy o trudności IV i IV+, więc znacznie bliżej moich możliwości. Obie zrobiłem – i to z dołem! Ale dopiero pod koniec wyjazdu robiłem przepinkę i zjazdy (czynności przydatne przy kończeniu trasy – pozwalają bezpiecznie zjechać, zebrać sprzęt ze sobą i nie niszczyć liny poprzez ocieranie jej o skałę).

Zupełnie inaczej wspina się człowiek na skałę, a inaczej na sztuczną ścianę – tutaj człowiek poza tym strasznym uczuciem przestrzeni za plecami, musi sam szukać chwytów (bo przecież nie są oznaczone), trzeba często znaleźć własny sposób na pokonanie danej przeszkody (drobna O. mogła się wślizgnąć na skały, na które mój gruby tyłek nie dawał się wprowadzić, ale za to ja mam z dziesięć-piętnaście centymetrów dłuższy zasięg rąk, więc mogłem się chwytać szczelin poza jej zasięgiem), do tego sama wspinaczka trwa dłużej – na sztucznej ścianie przygotowanie trwa parę minut, wspinaczka może kwadrans, tutaj się to rozciągało do godziny albo i dłużej. Do tego pilnowanie szpeju, przypinania się, czynności na szczycie, klarowanie i zwijanie sześćdziesięciu metrów liny…

Czy polecam wspinaczkę w skałach? Absolutnie tak! Jest to niezwykłe doświadczenie, ale mocno rzucające się na psychikę, Ciekawe było dla mnie zderzenie ze słabością na skale. Człowiek musi mieć pokorę przed naturą, ale czasem zmienia się ona w zwykły strach. Trzeba umieć te dwa odczucia odróżniać i umieć nimi kierować. Nie stracić głowy, ale też nie dać się sparaliżować strachem. Do tego trzeba mieć dobranego partnera, porządny sprzęt i umiejętności, które trzeba ciągle ćwiczyć i powtarzać, aby utrwalić. Emocje – niezapomniane. A uczucie, gdy się stoi na występie skalnym, dwadzieścia metrów nad szczytem góry i patrzy ponad wierzchołkami drzew na dalekie Karkonosze….wspaniałe, po prostu wspaniałe. Ale też męczące!

Zdjęcia – wkrótce😉

Update

Jakby ktoś był ciekaw, to żyję, ale zostałem przygnieciony przez rzeczywistość i pracuję na pełen etat. 40-godzinny tydzień pracy ogranicza możliwości podróżowania. A relacje i zdjęcia z miejsca pracy są zazwyczaj cholernie nudne.

Nadszedł czas nabijania stażu pracy do CV – ale w maju planuję wyjazd, o którym na pewno napiszę. Zdjęcia będą😉

Keep calm and carry on😉