Rudawy Janowickie – tym razem od innej strony

Parę lat temu spędziłem ferie zimowe w Rudawach Janowickich. Górki niewielkie, ale bardzo przyjemne – duże różnice wysokości, wielość malowniczych, granitowych skałek, piękne widoki na majestat Karkonoszy i sporo ciekawych zabytków z czasów austryjackich (cesarzowie mieli w tym rejonie rezydencje letnie, stąd też mnogość romantycznych ruin).

W tym roku O. namówiła mnie na powrót w Rudawy, ale z nieco innej perspektywy. Jakiś czas temu wróciłem na ściankę, poszedłem na koleżeński kurs wspinaczkowy AKW, nauczyłem się też podstaw asekuracji dolnej. Nadszedł czas przetestować nowe umiejętności w skałach.

Spędziliśmy majówkę razem ze znajomymi z AKW – razem było nas ponad pięćdziesiąt osób. Najpierw jednak musieliśmy dojechać pociągiem z Gdańska do Janowic Wielkich – bagatelka, 11 godzin. Potem cały szpej na plecy (namiot, śpiwór, karimata, sześćdziesiąt metrów liny, uprząż, siedem ekspresów, karabinki, taśmy i repsznury, buty, ogólny sprzęt trekkingowy) i dawaj na szlak. Po uroczych różnicach wysokości…

Po niecałej godzinie doszliśmy pod pierwsze skałki. Zaczęło padać i było zimno, ale postanowiliśmy się wspinać i tak. Średnio nam szło…granit był twardy i pokryty jakimiś kalcytowymi kolcami, więc po jakimś czasie wnętrza dłoni bolały od prób wejścia. Sama droga, którą wybraliśmy (V+) i padający deszcz nie czynił wspinaczki przyjemnym. Muszę przyznać, że się nie spodziewałem, że tak wygląda wspinanie w skałach – chwytów nie było wiele, raczej trzeba było wspinać się na tarcie, nie było „rzeźby”, która pomaga czasami na sztucznej ścianie – tu wszystko było rzeźbą! Męczyłem się znacznie mniej niż na hali, ale każdy krok był trudniejszy, bo wymagał pokonania wewnętrznej blokady. Przyznam, że zrobiłem tylko kilka prostych tras, ale wyjazd i tak zaliczam do udanych.

Reszta dnia była bardziej udana – wypogodziło się, doszliśmy do formacji Dziób w Starościńskich Skałach. Tu już były dwie trasy o trudności IV i IV+, więc znacznie bliżej moich możliwości. Obie zrobiłem – i to z dołem! Ale dopiero pod koniec wyjazdu robiłem przepinkę i zjazdy (czynności przydatne przy kończeniu trasy – pozwalają bezpiecznie zjechać, zebrać sprzęt ze sobą i nie niszczyć liny poprzez ocieranie jej o skałę).

Zupełnie inaczej wspina się człowiek na skałę, a inaczej na sztuczną ścianę – tutaj człowiek poza tym strasznym uczuciem przestrzeni za plecami, musi sam szukać chwytów (bo przecież nie są oznaczone), trzeba często znaleźć własny sposób na pokonanie danej przeszkody (drobna O. mogła się wślizgnąć na skały, na które mój gruby tyłek nie dawał się wprowadzić, ale za to ja mam z dziesięć-piętnaście centymetrów dłuższy zasięg rąk, więc mogłem się chwytać szczelin poza jej zasięgiem), do tego sama wspinaczka trwa dłużej – na sztucznej ścianie przygotowanie trwa parę minut, wspinaczka może kwadrans, tutaj się to rozciągało do godziny albo i dłużej. Do tego pilnowanie szpeju, przypinania się, czynności na szczycie, klarowanie i zwijanie sześćdziesięciu metrów liny…

Czy polecam wspinaczkę w skałach? Absolutnie tak! Jest to niezwykłe doświadczenie, ale mocno rzucające się na psychikę, Ciekawe było dla mnie zderzenie ze słabością na skale. Człowiek musi mieć pokorę przed naturą, ale czasem zmienia się ona w zwykły strach. Trzeba umieć te dwa odczucia odróżniać i umieć nimi kierować. Nie stracić głowy, ale też nie dać się sparaliżować strachem. Do tego trzeba mieć dobranego partnera, porządny sprzęt i umiejętności, które trzeba ciągle ćwiczyć i powtarzać, aby utrwalić. Emocje – niezapomniane. A uczucie, gdy się stoi na występie skalnym, dwadzieścia metrów nad szczytem góry i patrzy ponad wierzchołkami drzew na dalekie Karkonosze….wspaniałe, po prostu wspaniałe. Ale też męczące!

Zdjęcia – wkrótce ;-)

Update

Jakby ktoś był ciekaw, to żyję, ale zostałem przygnieciony przez rzeczywistość i pracuję na pełen etat. 40-godzinny tydzień pracy ogranicza możliwości podróżowania. A relacje i zdjęcia z miejsca pracy są zazwyczaj cholernie nudne.

Nadszedł czas nabijania stażu pracy do CV – ale w maju planuję wyjazd, o którym na pewno napiszę. Zdjęcia będą ;-)

Keep calm and carry on ;-)

Strasbourg Legal Searcher

Poniższy post jest reklamą/przechwałką i nie traktuje o podróżach ;-)

Parę miesięcy temu, podczas stażu w KeKi, wpadłem na pomysł jak zoptymalizować analizę wyroków Trybunału w Strasburgu. Początkowo niszowy projekt do prywatnego użytku urósł, zyskał dodatkowe funkcje, porządny interfejs…i zaprezentowaliśmy go razem w Brukseli w czasie konferencji poświęconej ochronie praw dziecka!

Osoby zainteresowane apką (Android only) zapraszam na Google Play. Za free ;-) Apka dostępna w języku angielskim i francuskim. Prezentacja dostępna tutaj.

Strasbourg Legal Searcher on Google Play

Jeszcze parę zdjęć z października [zdjęcia]

O starannie zaplanowanym wyjeździe na Bałkany, który potoczył się jak zwykle [ZDJĘCIA]

Jeszcze będąc w Belgii zapisałem się na symulację instytucji europejskich BEUM 2014. Program wydawał się ciekawy, temat ocierał się to o moje zainteresowania a i wyjazd do stolicy Serbii brzmiał intrygująco. Postanowiłem to połączyć z wyjazdem wakacyjnym i razem z Olgą spakowaliśmy plecaki i pojechaliśmy.

Plan był dosyć prosty, ale ambitny – spędzić tydzień w Belgradzie na konferencji, potem pojechać przez Kosowo do Macedonii, zahaczyć o Albanię, potem przejechać przez Czarnogórę i Bośnię. Wreszcie przeskoczyć krótki kawałek Chorwacji i Słowenii i skończyć u kolegi w Wiedniu, skąd już jeżdżą polskie busy.

Plan był w miarę prosty, więc oczywiście nie doszedł do skutku. Ale wpierw parę słów o podróżowaniu na południe. Jest to zdecydowanie trudniejsze (mówię o publicznych środkach transportu) niż jazda na wschód lub zachód, zwłaszcza dla nas, z północy Polski. Są pojedyncze firmy przewozowe, które jeżdżą do Serbii z Warszawy i ze Śląska, ale są stosunkowo drogie. Samoloty odpadały, punciak by na taką odległość nie dojechał, stopem nie mogliśmy jechać (brak czasu). Na całe szczęście, znaleźliśmy uprzejmego kierowcę na Blablacar, który jechał do Belgradu, a potem dalej do Sofii. Zdzwoniliśmy się, ustaliliśmy warunki przejazdu i wsio. Musieliśmy tylko dostać się do Katowic, co akurat było stosunkowo proste (mimo iż busa mieliśmy jakieś osiem godzin po mojej obronie pracy magisterskiej, przez co świętowaliśmy w trybie przyspieszonym).

Polski Bus jak zwykle bez zarzutu, tyle tylko że po jedenastu godzinach w pozycji siedzącej człowiek mojego wzrostu chodzi z gracją kaczki. W Katowicach spotkaliśmy naszego kierowcę i pozostałych współpasażerów – młodego filmowca jadącego do Bratysławy i instruktorką windsurfingu jadącą do Budapesztu na wakacje. Nasz kierowca z kolei był dziekanem pewnej prywatnej uczelni technicznej na Dolnym Śląsku. Ogólnie, ekipa zgrała się niezła i mimo długiej jazdy, nie nudziliśmy się.

Do Belgradu dojechaliśmy w nocy, na całe szczęście w hostelu na nas już czekano. Poszedłem się integrować z grupą ludzi siedzących w pokoju wspólnym. Ku memu zdziwieniu, wszyscy byli Grekami. Większość z nich przyjechała w jednej grupie z Salonik. Byli niesamowicie głośni, dużo gestykulowali i palili jak smoki. Bardzo łatwo dało się ich polubić, ale ich towarzystwo było po jakimś czasie męczące.

Dwa słowa o samej symulacji. MEU są bardzo podobne do MUNów, tylko wymagają nieco mniej uczestników. W zależnie od wielkości wydarzenia, obejmują one cały proces legislacyjny (czyli Rada i Parlament) lub tylko jego część. Małe MEU trwają jeden dzień i uczestniczy w nich kilkadziesiąt osób (zazwyczaj zajmują się konkretnymi zagadnieniami), większe (takie jak Belgrade MEU, na którym byłem, albo Strasbourg MEU) to wydarzenia trwające trzy do pięciu dni i skupiające około dwustu uczestników (plus obsługa konferencji). Uczestnicy dostają określone role (w BEUM były to: MEP, Member of the Council, Member of the European Council, Lobbyist, Journalist), które odgrywają w ramach symulacji procesu legislacyjnego lub innego procesu decyzyjnego. Ja byłem lobbystą z Europejskiego Biura Policji Europol, który miał wspierać ekspertyzą innych uczestników symulacji…oczywiście, zgodny z własnymi interesami.

Pierwszy raz byłem na tego typu wydarzeniu i muszę przyznać, że było to bardzo ciekawe doświadczenie. Do organizacji miałem parę zastrzeżeń, ale kiedy już się zaczęła sama symulacja i uczestnicy weszli w swoje role, byłem zachwycony. Latałem jak głupi między Radą i Parlamentem, udzielając informacji, przygotowując briefingi i szukając statystyk i wyroków potwierdzających moje tezy. Atmosfera wielkiej, choć tylko udawanej, polityki udzielała się wszystkim. Uczestnictwo w takim wydarzeniu na pewno przybliża obywatelowi cały chaos, w którym powstaje prawo. Próba znalezienia kompromisu między trzema instytucjami (Radą, reprezentującą poszczególne państwa Unii, Parlamentem, reprezentującym obywateli, i Komisją, reprezentującą Unię) jest fascynującym procesem.

Sam Belgrad jest miastem godnym odwiedzenia. Nie ma jakiejś wyjątkowej atmosfery (ale czego można oczekiwać po mieście stołecznym) i widać w nim pięćdziesiąt lat ponurej komuny, ale nie jest brzydkie. Warto dać mu szansę, zwłaszcza ze względu na ciekawą architekturę i skomplikowaną historię. Serbowie są dumnym narodem, na który jest łatwo zrzucić winę za wojny w latach dziewięćdziesiątych, zwłaszcza ze względu na ich ciągle żywe prorosyjskie sympatie. Nie wolno jednak ich nie doceniać. Jest to kraj z piękną i straszną historią, do tego powiązany z innymi krajami w regionie. Ze względu na centralne usytuowanie na półwyspie bałkańskim i uwarunkowania historyczne, ten kraj jeszcze nie raz odegra kluczową rolę w tej części Europy. Historia pokazuje, że upokorzone a dumne narody często powracają silniejsze niż wcześniej. A jeśli dodać do tego specyficzną dla tej części świata pamiętliwość do historii, jestem prawie pewien, że jeśli Europa zapomni o Serbii, to Serbowie z pewnością tego nie zapomną Europie.

Podczas naszego pobytu w Belgradzie trwały obchody siedemdziesięciolecia wyswobodzenia Belgradu z rąk niemieckich przez Armię Czerwoną w 1944 roku. Z tej okazji do Serbii przyjechał z wizytą sam Władimir Putin. Wobec tego, nad Belgradem przez pięć dni latały wojskowe myśliwce na turbodoładowaniu, a centrum miasta było sparaliżowane. Wszędzie można było kupić pamiątki z Putinem (czapki, koszulki, magnesy, kubki…) a wjeżdżając od północy do miasta mija się wielki billboad, na którym splatają się flagi rosyjska i serbska, a złote litery pod spodem głoszą: Łączy nas Gazprom. Jak to powiedział jeden Serb: „Rosjanie i Amerykanie robią u nas, co im się tylko żywnie podoba”. Inna koleżanka wyłożyła prosto: „Zima będzie ostra. Chcemy mieć co jeść i jak się ogrzać. Potrzebujemy rosyjskiego gazu. To takie proste”.

Pod koniec naszego pobytu w Belgradzie mieliśmy niemiły wypadek – straciłem portfel z pieniędzmi i dokumentami. Pozbawieni karty płatniczej nie chcieliśmy ryzykować wyjazdu na południe bez pieniędzy i części dokumentów. Do tego prognoza pogody nie była szczególnie obiecująca. Postanowiliśmy więc skrócić wyjazd i po prostu wrócić okrężną drogą do Polski.

Złapaliśmy stopa do Chorwacji. Uprzejmy, mówiący z amerykańskim akcentem Słoweniec powiedział że nas podwiezie do samego Zagrzebia, ale musi wpierw skoczyć w parę miejsc. Mając już zaklepane miejsce w samochodzie, zgodziliśmy się. To był co najmniej kształcący wieczór. Kulminacją wieczoru była kolacja (fantastyczna cielęcina) w niewielkiej knajpce na pograniczu chorwacko-serbskim, gdzie nasz kierowca, austriacki Cygan z dwoma doktoratami oraz pewien Polak z Warszawy dyskutowali o interesach po niemiecku, serbsku i angielsku.

Przespaliśmy się koło stacji benzynowej i po śniadaniu od przemiłego tureckiego kierowcy (dogadywaliśmy się po niemiecku i na migi), złapaliśmy stopa dalej na południe. Architekt w średnim wieku podwiozła nas na wyspę Krk, gdzie postanowiliśmy rozbić obóz. W nocy przyszedł sztorm, który nam spędził trochę snu z powiek, a morze przybliżył o kilkadziesiąt metrów.

Po wysuszeniu się, ruszyliśmy na północ, do Słowenii. Byliśmy trochę wymęczeni, zmiana pogody trochę nam sprzykrzyła wyjazd (doszło do totalnego, niespodziewanego załamania pogody w całym regionie), postanowiliśmy więc już wracać. Chorwacja to piękny kraj, do którego jeszcze na pewno wrócę. Było w nim coś intrygującego i surowego, ale zarazem zupełnie odmiennego od Serbii. Do tego, kraj jest bardziej rozwinięty od Serbii, ale zdecydowanie bardziej skupiony na pieniądzach.

W Słowenii nie zostaliśmy ugoszczeni przez koleżankę, bo jako członek ljubljańskiej straży pożarnej dostała wezwanie do służby. Albo, jak to ona określiła w smsie – „Sorry, mamy jedną czwartą miasta pod wodą, oddzwonię później”. Pogoda była już beznadziejna, lało cały dzień. Dobrzy Słoweńcy nam pomogli, pozwalając nam się rozbić w ich garażu (dzięki czemu wysuszyliśmy namiot) i karmiąc zupą (co nas rozgrzało). Rano z nowymi zapasami energii mogliśmy ruszyć w drogę.

W dwóch kolejnych stopach dojechaliśmy do podnóża Alp Juliańskich na pograniczu włosko-austriacko-słoweńskim. Po przekroczeniu przełęczy, znaleźliśmy się w Austrii. Niestety, okolice Klagenfurtu nie były dla nas specjalnie przyjazne, bo przez cały dzień, mimo ładnej pogody i dużego ruchu, nikt się nawet nie zatrzymał, a kontakt z przejeżdżającymi kierowcami był wyjątkowo słaby. W końcu jednak udało nam się złapać busa, który jechał do Monachium. Stamtąd pojechaliśmy Meinfernbusem do Berlina, a z Berlina złapaliśmy polskiego kierowcę (ponownie Blablacar) do Gdyni.

Wyjazd był fantastyczny, ale nie doceniłem możliwości zmiany pogody w październiku, Kradzież portfela trochę nam zmieniła trasę, a do tego dochodziły typowe problemy wynikające z podróżowania stopem. Mimo wszystkich powyższych problemów, wyjazd uznaję za świetny – poznaliśmy niezwykłych ludzi i zobaczyliśmy nowe kraje. Za to wiem, że jeśli chcę pojechać do Kosowa i Macedonii, muszę się bardziej przygotować.

No i zdjęcia! Na razie tylko część niepodpisana, uzupełnię opisy później.

EDIT: Uzupełnione!

Слава Україні! Ale co z banderowcami, czyli relacja ze Lwowa [zdjęcia]

Także tego. Miałem dwa dni przerwy i mi odbiło. Dostaliśmy zaproszenie na wyjazd z programu Youth in Action na Ukrainę, zapytałem O. czy chce jechać. Okazało się, że w sumie to mam jej dać godzinkę na spakowanie się. Złapaliśmy więc nocnego busa do Warszawy, stamtąd porannego busa do Lwowa i tak po południu byliśmy na miejscu.

Event dotyczył roli mediów w życiu społecznym i jak sobie radzić z manipulacją. Było to całkiem ciekawe spotkanie, jednak brakowało mi wyraźnego motywu przewodniego. Kurs był od młodzieży dla młodzieży i pod tym względem był w porządku, ale liczba dyskusji, wymiany praktyk, prezentacji i gier była dla mnie zbyt męcząca. Na dodatek, byliśmy uczestnikami ad hoc, nie wiedzieliśmy wiele o mediach i mieliśmy nadzieję na mały teoretyczny wstęp, którego zabrakło. Do tego większość uczestników szykowała się na ten wyjazd od tygodni albo od miesięcy, niektórzy z nich byli też weteranami takich wypadów…my natomiast musieliśmy ze wszystkim improwizować.

O kursie więcej pisać nie będę, ważniejszy jest inny bohater tego wpisu – Lwów!

Może najpierw słowo wstępu. Zakładam, że wszyscy czytelnicy tego bloga znają sytuację na Ukrainie. Otóż jest słabo. Też oglądam wiadomości, te samo co inni. Jednak mam tą przewagę, że mój kolega z Antwerpii, to Ukrainiec (studiujący we Wrocławiu…zresztą, popularne miejsce dla studentów z Ukrainy), którego spytałem – co tam się do diabła dzieje. Po analizie informacji od niego i policzeniu kilometrażu z Lwowa do Ługańska (ponad 1000 km…), postanowiłem jechać. Sporo osób było przeciwnych, pojawiły się głosy że mnie zjedzą banderowcy, że mi flaki rozwleką na ścianie chaty itepe. Postanowiłem radośnie zignorować te argumenty i pojechać mimo to.

Lwów jest pięknym miastem, choć nieco zaniedbanym. Do tego chodziliśmy głównie po tych starych dzielnicach, a z Wysokiego Zamku było wyraźnie widać ogromne blokowiska w oddali, więc pewnie nie całe miasto jest śliczne. Hrywna stoi nisko (0,25 PLN za 1 UAH, wcześnie 0,3-0,4) i spada niżej, przez co polska waluta jest postrzegana jako dobra lokata kapitału, obok euro i dolara…do tego złotówki były powszechnie akceptowane na wszelkich bazarach i stoiskach. Ludzie żyją sobie spokojnie – kwitnie życie kulturalne i nocne, knajpki i restauracje tętnią życiem. Opera (13 zł za bilet!) jest przepiękna, a wystawiany tam balet „Powrót Butterfly” został przyjęty owacją na stojąco. Fantastyczna miodówka gryczana zdobyła nasze serca, podobnie jak lokalna kuchnia – niby bardzo podobna do polskiej, ale nieco inna. Z drugiej strony – w wiadomościach widać trupy. Minister obrony jest na targach broni w Kijowie (kamera pokazywała oblegane polskie stanowisko Bumaru) a jedna ze stacji ogłasza, że 10% dochodu z reklam przeznacza na wsparcie żołnierzy ukraińskich na wschodzie. W cerkwiach flagi i zbiórki na broń (!), a także miejsca pamięci poległych żołnierzy i „gierojów Majdanu”. Czyli jak to określił elokwentnie mój kolega: wojny nie ma, ale jest wymiana jeńców.

Ukraińcy, których spotkaliśmy, byli niezwykle przyjaźni. Po pierwsze, większość z nich albo wcześniej miała do czynienia z Polakami, albo podróżowała do Polski, albo ma Polaka w rodzinie. Po drugie, bliskość językowa. Wystarczy podstawowa znajomośc rosyjskiej cyrylicy (ukraińska różni się kilkoma literami) i można wszystko rozczytać. Do rozmowy wystarczy kilka zwrotów grzecznościowych, a potem można się wszędzie dogadać albo po polsku, angielsku albo pidginem polsko-ukraińskim. Do Polaków podejście zauważyłem dwuznaczne – na początku z dystansem, potem się rozluźniało, kiedy oznajmialiśmy wprost że nie chcemy Lwowa z powrotem. Najwyraźniej dyskusja ciągle jest żywa. Może i miasto ma korzenie polskie (chociaż, jeśliby sięgnąć daleko w przeszłość, to król Danyło chyba Polakiem nie był…), ale teraz Polaków tam żyje 3-8 tys. (zależnie od szacunków). Ślady polskie są obecne wszędzie – od starych szyldów, przez polskie produkty w sklepach, do fresków w ormiańskiej katedrze. Ale obecnie traktują nas raczej jako naturalnych sojuszników i partnerów w polityce europejskiej.

Słowo o Banderze, nerwowi mogą przewinąć akapit. Stepan Bandera był jaki był, okrutne rzeczy robił (choć w czasie rzezi na Wołyniu siedział w obozie koncentracyjnym), o czym sami lwowiacy mi mówili. Jednak jego kult jako bohatera narodowego jest wciąż żywy. Warto zaznaczyć, że takich bohaterów Ukraińcy mają jak na lekarstwo – mają Chmielnickiego, Szeptycki jest już uważany za Polaka, a potem jest peleton dwuznacznych postaci z XX w. Rosyjskie zabawy granicami i relokacje tu nie pomogły. W każdym razie, banderowcy żyją, czerwono-czarne flagi są wszędzie (na jarmarkach, machają nimi dzieci, dorośli przypinają do koszul), jednak ich wydźwięk jest najczęściej antyniemiecki (dla nostalgicznych) lub antyrosyjski (dla żyjących obecnie). O nienawiści do Polaków nie ma ani słowa, a o rzeź wołyńską i małopolską oskarża się prowokatorów rosyjskich, wspominając o tym zresztą z pewnym wstydem. Chyba warto zacząć dialog polsko-ukraiński na ten temat, skoro lwowiacy są tak skłonni do dyskusji, a większość Ukrainy uważa ich za faszystów (od razu pragnę wyklarować, że to wcale nie znaczy, że faszystów wśród nich nie ma).

Na rozluźnienie, kilka ciekawych obserwacji z autobusów i tramwajów Lwowa: bilety w komunikacji kupuje się w ten sposób, że podaje się banknot dwuhrywnowy osobie siedzącej z przodu, która podaje następnej i tak do przodu. Ostatnia osoba kupuje bilet, który wraca tą samą drogą. Genialne rozwiązanie, ale jestem ciekaw, ile by przetrwało w Polsce ;-) Do tego kasowniki są ręczne (przesuwa się dźwignię, która robi małe dziurki w bilecie) i z tego powodu, wszystkie bilety są jednoprzejazdowe. Jestem ciekaw, o ile to wygodniejsze (istnieją tylko dwa rodzaje biletów – normalne i ulgowe) i tańsze. Podróżny korzystający z komunikacji musi się uzbroić w cierpliwość – rozkłady są wg interwałów, tzn. nigdy nie wiadomo, kiedy przejedzie tramwaj lub marszrutka (urocza nazwa autobusu jadącego po marszrucie czyli ustalonej trasie). Do tego bilety sprawdzają konduktorzy, a nie byli aspiranci do GROMu. A co do stanu taboru, to chyba wystarczy powiedzieć, że w jednym z nich był plakat informujący o konsekwencjach jazdy bez biletu…po niemiecku. A sama kara była wyrażona w Deutschmarkach…

Jeszcze refleksja końcowa, o roli Polski w Europie. Kiedy byłem na Zachodzie, Polskę postrzegano albo jako mały, głupi kraj (ku memu zdziwieniu zazwyczaj mówili to mali, głupi ludzie…jakaś korelacja?) albo jako największy kraj z rozszerzenia Unii w 2004 roku i stabilną gospodarkę w regionie. Z problemami, bo z problemami, ale jaki kraj ich nie ma. Natomiast podczas kursu we Lwowie było nieco inaczej. Uczestników było dwudziestu czterech, z Polski, Białorusi, Ukrainy, Rumunii, Mołdawii, Estonii, Turcji i Armenii. Istny kalejdoskop, ale głównie wschodnio-południowy, ani jednego uczestnika z „Zachodu”. Co mnie rozbawiło, większość uczestników znała dobrze historię Polski, chociaż w wycinkach. Rumuni i Mołdawianie pamiętali jak Sobieski wracając spod Wiednia złupił parę wiosek, Ormianie wspominają mniejszość narodową żyjącą dawniej w Polsce, BIałorusini opowiadają o Akcji Polaków na Białorusi i Mickiewiczu oraz o tym, że w sumie to Unia polsko-litewska zniszczyła Litwę. Estończycy pamiętają, jak zajęliśmy Wilno Litwinom oraz jak spory kawał Łotwy to było lenno Rzeczypospolitej, Ukraińcy pamiętają o nastawieniu niektórych Polaków do Lwowa a Turcy odsiecz wiedeńską. Ogólnie, z każdym z tych krajów mieliśmy takie lub inne kontakty i nas dobrze znają, choć od niego innej strony niż Zachód, z którego najlepiej nas chyba rozumieją Niemcy – bo już na zachód i południowy-zachód od Renu jesteśmy egzotyką.

Za kilka tygodni jadę na południe. Jestem ciekaw, jak nas widzą Serbowie…

Zdjęcia! Ponownie, sorry za jakość, aparat odmówił posłuszeństwa, zdjęcia musiałem robić cebulą. Enjoy!

[Zdjęcia] z Gandawy (lipiec/sierpień)

Późno, ale są. Co prawda robione kartoflem, ale są ;-)