O ciekawej podróży do Belgii, utensyliach kuchennych i ogólnym ogarnianiu.

Ostatnie dwa tygodnie były dosyć napakowane wydarzeniami, więc będę się streszczał. Po powrocie z wakacji na południu pojechałem do Warszawy, gdzie różne radosne wydarzenia miały miejsce. Dużo się szlajałem, mało spałem, jak to w Warszawie. Potem Okęcie, drzemka w samolocie…i przygoda nowa (już ustaliłem z kimś, że Polacy nie mają problemów, tylko przygody). Samolot się spóźnił, przez co spóźniłem się na autobus z lotniska, przez co spóźniłem się na pociąg, przez co wyląduję w Gencie o pierwszej w nocy. Biuro, z którego miałem odebrać klucze, zamykają o dziesiątej wieczorem. Miałem pieniędzy w kieszeni tyle co kot napłakał, ale myślę – dam radę. O. mnie wsparła trochę logistycznie, więc jakoś dojechałem do Gentu, przez Brukselę. Po drodze rozkmina – gdzie się zatrzymać? W apartamencie nie mogę, a lista znajomych, do których mogę zapukać w środku nocy,jest stosunkowo krótka. Kasy w telefonie na jeden sms. Napisałem źle – kolega z Brukseli jest we Włoszech. Kto by pomyślał, że kiedy się dużo podróżuje, ma się również podróżujących znajomych?!

Jestem w Gencie, jest pierwsza w nocy, znajomych brak, telefon pusty, nie ma internetu, ja padnięty po kilku dniach podróżoimprezy i z wielkim plecakiem. Myślę – pójdę, znajdę jakiś hostel, kimnę się do rana, potem odbiorę klucze i będzie dobrze. Haha, jak się możecie domyślać, podróż bez głębszej refleksji tak łatwo nie pójdzie. Po pierwsze, nie mam pojęcia gdzie w Gencie są hostele, bo nigdy żadnego nie potrzebowałem. Po drugie – trwa w najlepsze Gentse Feest, największa impreza uliczna we Wschodniej Flandrii, a może i w całej północnej Belgii. Na każdej ulicy teatr, koncert albo zwykły pochlej. Wszystkie hostele, oczywiście, nabite do ostatniego miejsca.

Instynktem studenta idę w stronę Overpoortu, po drodze znajduję pub, w którym chciałem się podłączyć do internetu. Zamiast tego, wskazują mi najbliższy hostel. Jest nabity, owszem, ale wcisnąłem chłopakowi z obsługi dychę w łapę i mnie przekimał na kanapie pokoju wspólnego, dał kody do wifi i pokazał, gdzie łazienka. Do rana wystarczyło.

Następnego dnia trafiłem tam gdzie miałem, to jest do akademika w którym obecnie mieszkam, wraz z uczestnikami kursu. Tu kolejna nieprzyjemna niespodzianka. Pokoje są puste. Wyklarujmy – pokoje w Belgii wynajmuje się pełne (z wyposażeniem kuchennym, sztućcami, utensyliami wszelkimi) lub puste (bez ww. udogodnień). Stan ten nie jest zero-jedynkowy, są pokoje i mieszkania też gdzieś po środku skali. Te, które zastałem na Stalhof, to najpuściejsze pokoje, jakie widziałem. Dostaliśmy tylko pościel, a i to ubogą. Zero wieszaków, worków na śmieci, sztućców, garnków…nawet powitalnej rolki papieru toaletowego. Internetu też. Na szczęście znajomy Hiszpan zdradził mi tajemnicę wyposażenia kuchennego, a nowopoznany Brazylijczyk udostępnił mi swojego laptopa i przeprowadził przez meandry internetu w akademiku.

Jak się zdobywa naczynia w akademiku? To proste. Siedzisz w kuchni, czekasz aż inni kupią, i gdy się będą wyprowadzać, tradycją jest zostawić je w widocznym miejscu w kuchni (szafki i pokój trzeba opróżnić). Potem szybko je zbierasz, zanim ktoś cię ubiegnie. Ponieważ przyjechałem w tydzień po zakończeniu egzaminów, nie było już ani jednego Belga, a i większość Erasmusów wyjechała w rodzinne strony. Zgarnąłem zatem patelnię, trzy różne garnki, trzy duże talerze, jeden mały, jedną miskę małą, dwie miski duże, dwa zestawy sztućców, deskę do krojenia, koszyczek na przyprawy i dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, że to trochę idiotyczne. Co roku masa Erasmusów (w tych akademikach mieszkają głównie studenci z wymiany) zostawia swój roczny dobytek (bo po co komu dwie dodatkowe łyżki w domu). Uczelnia nie może ich przejąć, bo to własność prywatna, i nie może zostawić, bo to zaśmiecanie. W efekcie pozostaje efekt pośredni, czyli sprzątniecie po dłuższej chwili, gdy już wszyscy sobie wybiorą najlepsze kąski…

Zaraz zamykają mi pokój wspólny, więc ciąg dalszy posta będzie później.

O OMC (o-mało-co) autostopie do Macedonii, chleb z czosnkiem, dziwnych połączeniach kolejowych i powrocie do Belgii [zdjęcia!]

Były ambitne plany wakacyjne, dwa tygodnie wolnego, wspaniała wycieczka na południe Europy…a zamiast tego przyszło 40 stopni gorączki i antybiotyk. I tak powolutku te plany topniały – Chorwacja zamiast Macedonii, Włochy zamiast Chorwacji…kiedy w końcu wstałem z łóżka, stwierdziłem że w mieście dłużej nie wyrobię – jedziemy! Gdziekolwiek! Byle na południe! Czechy? Czechy!

Wobec powyższego pojechaliśmy z O. wpierw do Wrocławia (nocna TLKa przeładowana ponad normę – ale od czego jest karimata i podłoga w korytarzu?), gdzie spędziliśmy cały dzień (we Wrocławiu, nie w w teelce). We Wrocławiu byłem parę razy, ale zawsze przejazdem i nie miałem kiedy go porządnie zwiedzić. Wreszcie nadarzyła się okazja! Stare Miasto ładne i zadbane, kościoły i zabytki interesujące, Ostrów Tumski i widok z wieży katedralnej wspaniały. Do tego piękny Ogród Japoński i okolice Hali Stulecia oraz, oczywiście, Panorama Racławicka. Już widziałem jedną panoramę (w Hadze), ale ta znacznie bardziej mi przypadła do gustu – może dlatego, że batalistyka? No i Kościuszko siedzi na najbardziej kossakowym koniu jakiego widziałem. Do tego narrację robił chyba Olbrychski.

Potem pojechaliśmy do Kłodzka, które też się przyjemnie zwiedzało. Połaziliśmy po uroczym rynku, poszlajaliśmy się po wąskich uliczkach, zwiedziliśmy podziemia – i poszliśmy na krajową ósemkę, żeby łapać stopa.

Po pół godzinie złapaliśmy wesołego wrocławianina, który z koleżanką jechał do Pragi – podrzucił nas do Hradec Kralove. Tam trochę stypa, bo zaczął lać ulewny deszcz. Schowaliśmy się na stacji benzynowej na jakąś godzinę, po czym wyszliśmy łapać stopa do miasta. I tak sobie trochę postaliśmy, bo nikt się nie zatrzymał. Po półtorej godzinie stwierdziliśmy, że jednak trzeba szukać noclegu. Okolica była podmiejska – tereny były albo totalnie zaniedbane, albo ogrodzone. Rozbiliśmy się w końcu na jakimś polu, po uzyskaniu zgody lokalsa. Wróć, to nie była zgoda – raczej „a co mnie to” ;-)

Rano poszliśmy łapać stopa dalej. Godzinę nic. W końcu mieszkaniec Hradec Kralove (hradcokralowańczyk?) podwiózł nas na drugą stronę miasta (darowaliśmy sobie już zwiedzanie). Tam kolejna godzina i nic. Poszliśmy do lokalnego marketu, posililiśmy się, wrócili na dobrą miejscówkę. Półtorej godziny i nic. Nie rozumiałem za bardzo co się działo. Byliśmy porządnie ubrani, plecaki z namiotem i karimatami (czyli nie „dojeżdżający” ani jakieś cwaniaki). Parka stoi, więc też strachu nie ma takiego, gdy chłopak sam. O co chodziło – nie wiem. Ale przez resztę wyjazdu Czesi byli raczej niechętni podwożeniu nas. Czy to niechęć do autostopowiczów czy nieznajomość zwyczaju? Może w innych częściach kraju jest inaczej, przejechaliśmy w sumie tylko skrawek sporego kraju…

W końcu udało się – jakiś chłopak jechał na koncert pod miastem i nas podwiózł…siedem kilometrów. Staliśmy przez następne dwie godziny, z krótką przerwą, w pyle i  słońcu, przy naprawdę sporym ruchu samochodowym – i dopiero po tych dwóch godzinach mieliśmy następny samochód. Kierowca busa, uprzejmy, ale milczący, podwiózł nas do Zamberku. Pochodziliśmy trochę i stwierdziliśmy, żeby może zejść z głównej drogi i pooglądać prowincję. W okolicy mieścił się Letohrad, który znałem z opowieści koleżanki jako piękną okolicę – a akurat niedaleko był przystanek, z którego odjeżdżał za pół godziny autobus tamże. Złamałem zasadę, że nie korzystam w czasie autostopowych podróży z komunikacji zbiorowej (która to zasada od początku była martwa i w czasie żadnego wyjazdu nie udało mi się jej utrzymać) i pojechaliśmy do Letohradu.

Letohrad to niewielka miejscowość z ładnym zamkiem, kościołem i rynkiem (które to atrakcje leżą jakieś sto metrów od siebie), która jest faktycznie pięknie położona wśród wzgórz, pól i lasów. Miejscowość, mimo iż mała i na uboczu, miała wszystko czego miasto potrzebowało – sklep, knajpkę, hostel, ryneczek i fontannę. Ogólnie, było miło i uroczo. W knajpce napiliśmy się kofoli (jak ktoś nie zna – czechosłowacka odpowiedź na Coca-Colę) i zamówiliśmy chleb czosnkowy, który okazał się być chlebem z czosnkiem. Byliśmy strasznie zdziwieni, kiedy kelnerka podała nam…trzy kawałki smażonego w oleju chleba (swoją drogą smacznego, choć tłustego) i…ząbek czosnku. Nie że pastę czy masło czosnkowe, tylko cały ząbek. Do tego nóż i widelec. Mieliśmy to pokroić? Pogryźć? Robili sobie z nas jaja? Głupio nam było spytać kelnerkę, jak się to je, poprzestaliśmy więc na zjedzeniu samego chleba. Nadgryzłem czosnek, ale to chyba nie o to chodziło. Ubawiliśmy się naszą niewiedzą i tą dziwną potrawą, która pewnie dla Czechów jest czymś oczywistym. Spytam się Jiriego albo Katki, będą wiedzieli pewnie o co chodzi.

Następnego dnia, po dokładnym zwiedzeniu miasta i krótkim chill-oucie pod fontanną, poszliśmy z buta w kierunku głównej drogi. Spacer był miły, ale po jakimś czasie skończyła się ścieżka i musieliśmy iść główną drogą. Byłby to miły spacer, gdyby nie obciążenie (plecak z pełnym sprzętem kempingowym), upał i złe buty (stare, wierne, ale właśnie rozpadające się sandały). Po kilku kilometrach złapalismy stopa do głównej drogi. Pierwszy raz trafiła nam się radosna kierowca. Gadaliśmy po polsku, czesku i rosyjsku, a ona z nerwów na migi (była nauczycielką języka migowego). Znała Polskę (była w Gdańsku w latach ’80 i ’90, oraz we Wrocławiu w ostatnich latach) i lubiła Polaków – o samych Czechach stwierdziła, że dobrzy ludzie, tylko – i tu wskazała palcem, jak zadziera nos. Coś w tym jest…

Wyrzuciła nas w Jablonne nad Orlici, gdzie usiedliśmy w cieniu drzewa na rynku, koło fontanny, i budząc chyba niewielką sensację swoim zachowaniem, zjedliśmy ćwierć arbuza zamiast lanczu. Nie wiem, czy nasze zachowanie było obsceniczne, czy też arbuz. Wyszliśmy z miasta i kawałek za nim złapaliśmy chłopaka, który jechał z Pragi do naszego celu (w którym planowaliśmy być dzień wcześniej), to jest Ostrawy. Podwiózł nas ponad sto sześćdziesiąt kilometrów, z uśmiechem i prawie bez słowa. Na wszelkie nagabywania kiwał głową albo zbywał półsłówkami, ciągle uśmiechnięty. Rozumieliśmy się w naszym polsko-czeskim slangu, ale chyba nie chciał rozmawiać. Miał chyba samą przyjemność z podwiezienia nas. Wyrzucił nas w centrum Ostrawy i pojechał gdzieś dalej. Mimo wspólnych dwóch i pół godzin drogi nic o nim nie wiem – aż dziwne! Zazwyczaj kierowcy są rozmowni – niezależnie od wysokości bariery językowej. A tu – nic.

W Ostrawie podliczyliśmy pieniądze, dostępny czas i ochotę dalszego wyjazdu i stwierdziliśmy, że nie ma co dalej kombinować – na dalszą podróż na południe czy wschód nie mamy czasu, na podróż na północ autostopem – ochoty, byliśmy w końcu przy samej granicy. Zwiedziliśmy więc Ostrawę by night, napiliśmy się Pilsnera i kimaliśmy wśród meneli na dworcu (ostatni tramwaj na dworzec był o 23.30, nasz pociąg o 2.11…). Były to menele podróżnicy, ludzie o naprawdę ciekawych życiorysach – wiemy to stąd, że mówili między sobą po polsku. Dworzec w Ostrawie był jak inne wielkie, pokomunistyczne dworce – brzydki i surrealistyczny, zwłaszcza w nocy. Dziwna mieszanina stylów z lat ’70, ’90 i przebudów w ostatnich latach. Między północą a drugą w nocy nie było ani jednego pociągu, za to między 2.10 a 2.20 – pięć, z czego trzy międzynarodowe. Wszystkie informacje, oczywiście, po czesku. Niby można zrozumieć bratnią mowę, ale tylko niby – zwłaszcza kiedy wypluwa je stara szczekaczka na suficie.

Wsiedliśmy w pustawy pociąg do Warszawy i udało nam się, po zajęciu miejsca, utrzymać te miejsca aż do rana. Chłopacy który wsiedli dwie stacje dalej, już w Polsce, nie mieli tego samego szczęścia – głównie dlatego że byli przeokrutnie nabryndzoleni i żądali kuszetek. Poszli więc gdzieś w podróż po pociągu, a ja, przyznam z pewnym wstydem, nie czułem się zobowiązany żeby ich informować, że w całym pociągu zarezerwowane są pojedyncze miejsca, reszta wolne. Zresztą, konduktor powiedział to mi przy nich – ale co alkohol i późna pora robi z percepcją…

Pociąg pędził z prędkością nadświetlną bądź wpadliśmy w pętlę czasową w Warszawie Centralnej – przyjechaliśmy bowiem o 8.05 do Warszawy i zdążyliśmy na pociąg do Gdyni odjeżdżający o 7.55. Takie cuda, panie. Kupiliśmy bilet w okienku, wskoczyliśmy do pociągu i…tak sobie siedzieliśmy, bo pod Sochaczewem był wypadek i były zablokowane tory w kierunku Warszawy Zachodniej. Teraz myślę, że trzeba było poszukać pociągu jadącego na północ przez W-wę Wschodnią, ale kiepski przepływ informacji (opóźnienie zmieniało się od kwadransa, stopniowo co dziesięć minut, aż do dwóch godzin) i wygoda siedzenia już w pociągu do domu sprawiły, że zostaliśmy w danej teelce.

Złapaliśmy miejsca siedzące w wagonie, w którym już siedziała rodzina z dziećmi. Rodzina była prawidłowo polska, narodowa, katolicka i kompletnie nie z tej ziemi. Nasza krótka rozmowa z nimi, uprzejma i ostrożna, szybko zmieniła się w podawane przez nich hasła, często niezwiązane z poprzednimi wypowiedziami i w ogóle z rzeczywistością. O., chodzący kompas rozsądku i wyczucia towarzyskiego, zasłoniła się Jackiem Londonem, a ja, głupi, ciągnąłem rozmowę.

Dowiedziałem się wielu ciekawych rzeczy. Przykładowo, afera taśmowa została wymyślona, bo Rosjanie wykupują PKP Cargo, Polskę należy rozwalić i zaorać na nowo, życie bez idei jest gówna warte, polski naród jest wyniszczany ze wszystkich stron, wszystkie media (poza tymi w internecie) kłamią. Na stoliku leżały dwie gazety dwóch różnych wydawnictw – jedna służyła Niemcom, druga Rosjanom, ale nigdy się nie dowiedziałem, czemu je mój rozmówca cytował jako prawdy objawione. Sejm należy powystrzelać, a miejskie spółki komunalne są tylko po to, aby nakręcać dług publiczny, który osiągnął „już nie jeden, a trzy miliony”, tak samo jak „pożyczki z Unii” i remonty torów (niestety, nie wyklarowano mi, czy chodzi o deficyt budżetowy, dług publiczny, jawny, ukryty, per capita czy ogólny). Nawet mojej ukochanej, biednej, bydgoskiej „Pesie” się oberwało, tak samo jak i Balcerowiczowi, który „pokazał, kim naprawdę jest przy tej sprawie z OFE” (znowu, niestety, nie wiem kim). W międzyczasie ich dwójka blond urwisów słuchała ze zdziwieniem, że obecne młode pokolenie jest nic nie warte i w spokoju jadło andruty z podłogi wagonu.

W toku dalszej podróży nasze dialogi się uproszczały do etapu, w którym się poddałem i tylko nerwowo uśmiechałem, kiedy słyszałem, jak wszystko, od turystów w Zakopanem, przez pociągi, remont dworca w Bydgoszczy, opóźnienia pociągów do zarządu spółki PKP Intercity jest beznadziejne i „wiadomo, na czyją korzyść działa”. Niestety, nie dowiedziałem się, kim są oni, ani jak to działa. Okazało się też, że wypadek kolejowy potrafi być bezpośrednią winą rządu, czego mimo pewnego wysiłku umysłowego, nie byłem w stanie połączyć z pomocą którejkolwiek z teorii związków przyczynowych.

O ile uwielbiam ludzi z najróżniejszymi poglądami, to jednak nie znoszę osób, które nie dopuszczają do myśli ziarna wątpliwości ani dyskusji. Rozmowa z tymi ludźmi była o tyle ciężka, że świat, który oni postrzegali, bym ciemny, ponury i rządzony przez obce, wrogie, nieokreślone siły. Smutna dla mnie wizja świata i potwornie dobijająca – do tego, niestety, strasznie płytka.

Z ulgą wysiedliśmy na swojej stacji…

* * *

Z innych wiadomości – wybywam w niedzielę do Belgii! Znowu. Jak się ustatkuję, to napiszę więcej. Coś te frytki, piwo i czekolada ciągle mnie ściągają do siebie. Już któryś raz z rzędu, jest to „ten ostatni wyjazd”…

* * *

A! No i oczywiście – zdjęcia!

Powrót z Belgii…po raz kolejny [zdjęcia!]

Staż, staż i po stażu. Szybko minęło. W niedzielę wieczorem opuściłem Gent, w poniedziałek po południu byłem z powrotem na Pomorzu. Podróż znowu przez Blablacar i znowu bezproblemowo. Statystyki wyglądają specyficznie: jeden przejazd nieudany, jeden z szaleńcem, jeden w porządku i dwa śmignęły wzorowo. Trzeba będzie próbować dalej, na większej próbie, ale nie wygląda to źle. Raczej polecam Blabla – ale to jak z autostopem, nigdy nie wiesz na kogo trafisz.

Podsumowałem staż i jestem zadowolony. KeKi ma charakter bardziej akademicki, więc robiliśmy więcej tzw. riserczu (słowo „badanie” średnio mi pasuje…miało to raczej charakter zbierania informacji – ach, dobo internetu, coś ty z nami zrobiła). Pracowałem w tematach, w których nie pracowałem wcześniej – liznąłem trochę praw dziecka, ale nigdy tak dokładnie, poza tym było to moje pierwsze zderzenie z politykami publicznymi i pierwszy raz robiłem wnikliwą analizę wyroków na świeży temat (a nie odtwórczy, jak to zwykle się robi na uniwerku).

Przyznam, byłem odrobinę przerażony, kiedy miałem z czymś problem w czasie analizy wyroków ETPCz, spytałem się koleżanki z doktoratem o poradę, a ona mi odwiedziała: „Jakub, ale Ty się na tym znasz najlepiej w tym pokoju -ja jestem od badań ilościowych i miękkich instrumentów, a nie od prawa”. Tak samo druga koleżanka stwierdziła, że jest po kierunku „prawa dziecka”, który łączy w sobie nieco prawa międzynarodowego, socjologii, psychologii, pracy społecznej i pedagogiki, ale w ogóle nie miała zajęć z tzw. dogmatyki prawa. Było to dziwne uczucie. Koniec końców, przeprowadziłem analizę 55 wyroków ETPCz pod kątem występowania w nich „najlepszego interesu dziecka” i muszę przyznać, że metody badawcze wymyślałem od podstaw, bo metodologii badań jakościowych to nigdy nie miałem i dopiero się jej uczę…ale za to zleceniodawcy byli zadowoleni, więc chyba nie jest źle!

Niemiecki zdałem, ledwo, bo ledwo, ale zdałem. O. mnie w końcu przekonała, że nie mogę nie pójść na egzamin, bo to tchórzostwo. I dobrze poradziła! Ale przyznam, że egzamin był masakryczny. Z drugiej strony osiągnąłem cel, który sobie założyłem po powrocie z Erasmusa, żeby wskoczyć na poziom B1 w ciągu półtora roku od powrotu. I się udało! Będąc jeszcze w Gencie rozmawiałem (strasznie koślawo zresztą) po niemiecku z koleżanką z Dortmundu, którą poznałem jeszcze w Antwerpii. Była zdziwiona, że dwa lata temu nie mówiłem słowa po niemiecku (miałem formalnie poziom A1 – czyli co? Liczebniki i „ich bin”? ;-)), a teraz jestem w stanie z nią rozmawiać na prawie dowolny temat, chociaż kiedy mówię, to zapożyczam strasznie dużo z flamandzkiego (co ujdzie na północy Niemiec, ale na południu mogę już nie zostać zrozumiany).

Na koniec stażu dostałem parę upominków, w tym fantastyczny latawiec, który mam zamiar wypróbować jak najszybciej (Dank u wel, KeKi staff!). Poznałem kilka fantastycznych osób, z którymi mam zamiar pozostać w kontakcie. No i w wakacje wracam – na chwilę, bo na chwilę, ale wracam – żeby pomóc organizować kurs ochrony praw człowieka, tak samo jak dwa lata temu. Profit!

Obecnie piszę magisterkę i jeden artykuł dla KeKi, więc roboty trochę jest. Poza tym kolega pisze (a ja go wspieram merytorycznie) aplikację na Androida, którą na pewno opublikujemy gdy ją skończymy. Do tego walczę o uznanie praktyk i ich wpisanie do suplementu do dyplomu. Obrona we wrześniu, a w międzyczasie – dwa wyjazdy. Nudzić to się nie będę.

Obowiązkowo – zdjęcia!

O spontanicznej wycieczce do Brukseli [zdjęcia]

Co zrobić z wolnym weekendem? Cóż, można się pouczyć, popracować lub naładować akumulatory oglądając głupi serial. Mi jednak zostały zaledwie dwa tygodnie do końca stażu, postanowiłem więc odwiedzić znajomego mieszkającego w Brukseli.

L. poznałem podczas konferencji w Komitecie Regionów (możecie go znaleźć na jednym ze zdjęć, szeroko uśmiechającego się do kamery). Pochodzi z Włoch, mieszkał kilka lat w Hiszpanii, studiował w Yorku, obecnie przebywa w Brukseli. Jego dziewczyna, Hiszpanka, przebywa tu na stażu.

Kiedy przyjechałem, przeszliśmy się po Brukseli. Nigdy nie miałem możliwości dobrze poznać tego miasta. Niby stolica Europy, a jednak nic w niej wyjątkowego. Nowoczesna i stara. Bardzo multikulturowa, ale mieszkańcy i tak organizują się w getta. Dwujęzyczna, a dominuje francuski. Ma przepiękne zabytki, ale tak porozrzucane i przytłoczone biurowcami ze szkła i stali, że trudno ogarnąć. Jedna z największych (siedziba wielu instytucji unijnych, NATOwskich i międzynarodowych) i najmniejszych (1,1 mln mieszkańców) ze stolic europejskich (nie liczę mikropaństw). Przytłoczona ruchem samochodowym i pieszym, ale posiadająca piękne parki. Zdurnieć można.

Kiedy ją odwiedzałem dwa lata temu niespecjalnie mi przypadła do gustu. W porównaniu z Antwerpią wydawała mi się mocno zaniedbana, zwłaszcza jeśli chodzi o typowe usługi komunalne (czystość ulic etc.). Z każdą kolejną wizytą przypadała mi coraz bardziej do gustu, zwłaszcza kiedy przypomniałem sobie, że stolica danego państwa nigdy nie odzwierciedla kondycji państwa i należy je traktować osobno (chociażby Moskwa do Rosji, Warszawa do Polski czy Londyn do Wielkiej Brytanii).

Moim gospodarzom chcę serdecznie podziękować za gościnę i nakarmienie głodnego (m.in. prawdziwym włoskim spaghetti carbonara). Do późna gawędziliśmy o szeroko pojętej Europie. Wydawało mi się to wstępem do średniej klasy dowcipu – Polak, Hiszpanka i Włoch wchodzą do baru w Belgii… L. na pewno mnie zachęcił do odwiedzenia Włoch (jakbym potrzebował osobnego zaproszenia!), ja go do przyjazdu do Polski. Zawstydził się strasznie, kiedy się zorientował, że Gdańsk i Danzig to jedno i to samo miasto. Bardzo mu nie pasowało, że w tej części polskiego wybrzeża jest inne portowe miasto, znane z Wałęsy, Solidarności i bycia Wolnym Miastem…jak poskładał wszystko do kupy, to myślałem, że ja poskładam się ze śmiechu.

Doszliśmy też do ciekawej konkluzji dotyczącej obecnej fali migracji. A co jeśli się mylimy, co do jej przyczyn? A co jeśli ludzie nie migrują wewnątrz Europy tylko za chlebem i pieniędzmi, ale także za przygodą? Nie mówię, że ta zasada obejmuje wszystkich emigrantów – ale jeśli jednym z czynników napędzających migrację jest po prostu ciekawość świata, która została wzmocniona otwartymi granicami, „czterema swobodami” i wspólnym rynkiem handlowym i walutowym? Jeśli nic mnie nie trzyma w danym miejscu – czemu nie robić dokładnie tego samego gdzie indziej?

Ja oraz moi gospodarze znaliśmy wielu naszych rodaków, którzy wyemigrowali z kraju (tak, nie tylko Polska ma problemy z ubywającymi obywatelami). Gdzie oni się podziali? Przecież wszyscy nie mogli wyjechać do Anglii i Niemiec (powszechnie wiadomo, że „ci cholerni Ciapaci, Arabusy i Turasy” psują rynek od lat i nie ma tam pracy). Poza tym – na ile dokładne są te statystyki wyjazdów? Jak często się aktualizuje powroty? Od kiedy to jestem tylko cyfrą w statystyce państwowej do obliczania PKB per capita (podejrzewam, że od dawna, ale to chyba mój cynizm)? Nie wiem, może to jakaś frustracja, ale nie lubię kiedy ludzi traktuje się tylko jako silnik napędzający PKB, który się ma tylko produkować i reprodukować, no i oczywiście płacić VAT i ZUS. Krew mnie zalewa, kiedy słyszę porównania jak do zwierząt hodowlanych. Europa przeszła długą drogę w ciągu kilkudziesięciu lat – pewna destabilizacja jest normalna. Ludzie wędrują, też mi coś. Zawsze wędrowali.

Będę pewnie inaczej śpiewał, kiedy będę zarabiał 800 zł na rękę jako Younger Intern Assistant Executive Vice-Manager (Part-time), ale to raczej pieśń przyszłości. Będzie to wtedy temat na inny smęt ;-)

P.S.: Moi gospodarze mieli w Yorku współlokatorów, parę Polaków. Byli nimi autentycznie przerażeni – od skrajnych i sprzecznych z sobą poglądów, przez wtykanie w każdą rozmowę polityki i płytkiego patriotyzmu do agresywnych wypowiedzi i ogólnego braku poczucia humoru. Pokazali mi profil ich byłego współlokatora na FB, Niby profil nic nie mówi o człowieku, ale jako „Lubię to!” miał oznaczone głównie strony o KNP, „raz sierpem raz młotem czerwoną hołotę”, „Jestem za delegalizacją SLD”, oficjalny fan page Janusza Korwina-Mikkego i „Partia Libertariańska” razem z „Młodzieżówka Nowej Prawicy” i „Jestem za karą śmierci dla zbrodniarzy”. Nie mogli długo zrozumieć, z czego się tak śmieję.

P.P.S.: Kojarzycie ten znany z mediów i rozmów z wujkiem Andrzejem podział na wschód i zachód? Włosi i Hiszpanie mają podobny rozdział północ – południe ;-)

P.P.P.S.: Poniżej macie parę zdjęć z Brukseli – nie jest to jednak ta piękna znana Bruksela. L. i A. mieszkają w (bardzo taniej) dzielnicy marokańskiej, niedaleko portu rzecznego (ciągnącego się aż do Antwerpii). Taki wgląd w Brukselę od kuchni.

O bezproblemowych i alternatywnych metodach podróżowania, weselach i plażowaniu w kwietniu [zdjęcia!]

Mój kuzyn postanowił rozpocząć nową drogę życia – albo jak kto woli, zamarzyła mu się legalizacja związku, ustabilizowanie sytuacji spadkowej i zniżki podatkowe. W każdym razie, wiąże się to z wielką, tradycyjną imprezą w polskim stylu, której nie miałem zamiaru ominąć.

Ponieważ jestem osobą permanentnie spłukaną, szukałem jak najtańszego środka transportu. Na Blablacar znalazłem tani busik jadący z Antwerpii do Torunia. Czystym fartem, tego samego dnia wieczorem w Toruniu był wieczór kawalerski mojego kuzyna. Timing!

Pojechałem więc do Antwerpii dzień wcześniej, aby złapać busa o ósmej rano. Noc spędziłem u A., serdecznie przyjaznego kolegi z Ukrainy, mówiącego biegle po polsku. Znamy się z wymiany dwa lata temu – obecnie A. robi doktorat w Antwerpii (wcześniej studiował we Wrocławiu).

O szóstej rano w sobotę zadzwoniłem do kierowcy i się dowiedziałem, że nie przyjadą po mnie. Dlaczego? Bo nie mogli się do mnie dodzwonić poprzedniego dnia i pojechali, mimo iż byliśmy umówieni na miejsce i godzinę, do Amsterdamu. Nie usunęli zera z początku numeru, który im podałem – nie zauważyli, że dziesięciocyfrowe numery nie występują u nas. W każdym razie, wystawili mnie. Pozdrówcie firmę Arekbus ode mnie. Serdecznie.

Długo nie czekając, poszedłem na obwodnicę, żeby złapać stopa. Planowałem dojechać do Berlina, tam przenocować i następnego dnia wrócić pociągiem przez Szczecin do Gdańska. Pech chciał, że tego dnia było w Holandii święto narodowe (Koningsdag – Dzień Króla) i ruch był ograniczony. Pogoda za to dopisywała i nie narzekałem. Wolno, bo wolno i czekając długo, ale dojechałem koło trzeciej po południu w okolice Dortmundu. Zajęło mi to jakieś dziesięć stopów, same osobówki. Na stacji benzynowej pod Dortmundem złapałem pierwszego w życiu TIRa. Przejechaliśmy jakieś sto metrów zanim facet się skumał, że jadę do Hannoveru, a nie Hamburga. Wróciłem się na stację i po chwili złapałem przesympatycznego Bułgara (niech mu Allach szeroką drogę zapewni!), który mnie zawiózł pod Hannover, a przy okazji napoił, nakarmił, zabawił anegdotkami i ogólnie przywrócił wiarę w ludzkość. Jazda była ograniczona tempomatem do 85 km/h, więc mieliśmy trzy godziny, żeby krzewić przyjaźń polsko-bułgarską, próbując się dogadać w dziwnym hiszpańsko-niemiecko-angielsko-rosyjskim slangu. Wesoło było ogólnie.

Pod Hannoverem złapałem na stacji Polaka jadącego do domu – ale niestety, za Berlinem jechał na południe, przez Cottbus. Wysadził mnie za to na obwodnicy Berlina, wcześniej uraczywszy mnie garścią anegdot o życiu, polowaniu, broni, kierowcach TIRów, Niemcach, fotoradarach i ludziach w ogólności. Na koniec wytłumaczył mi jak działa system pracy kierowców zawodowych i pognał na południowy zachód.

Na stacji pod Berlinem stwierdziłem, że mam równie daleko do centrum Berlina jak do Słubic i po chwili zastanowienia stwierdziłem że już chciałbym już być w Polsce. Było już późno, ściemniało się. Nie miałem szans dojechać do Poznania, bo wszystkie TIRy miały się zatrzymać do 21.00 i stać do północy następnego dnia. Znalazłem jednak poczciwych kierowców, którzy zjeżdżali do bazy w Słubicach. Stwierdziłem, że lepsze to niż spać na stacji, pojechałem więc z nimi.

Chciałbym tu serdecznie podziękować kierowcy, panu Ł., który złapał na CB chłopaka jadącego do Bydgoszczy. Ponieważ wspomniany jechał dostawczakiem, nie obowiązywały go ograniczenia dla TIRów. Złapaliśmy się w Słubicach i przez mrok, ciemność, drogi krajowe i pijane dzieci, dotarłem o czwartej rano do Bydgoszczy. Tam, styrany po podróży i nerwach z nią związanych, zadzwoniłem po taksę, która mnie zawiozła do Torunia. Prosto na ostatki imprezy. Następnego dnia wieczorem wróciłem ze znajomymi do Gdańska.

Nie wierzę, że mi się udało. Sukces tej podróży zawdzięczam kilkudziesięciu osobom, znanym i nieznanym, tym którzy mnie podwozili, wspierali radą i kontaktem przez telefon i tym, którzy mnie karmili (i Sz., który zapłacił za taxi – oddam, obiecuję!).

Dziękuję Wam wszystkim!

***

Ponieważ w Belgii dwa rosnące obok siebie drzewa zostają otoczone taśmą policyjną i karteczką „Park Krajobrazowy, wstęp wzbroniony”, miałem ochotę doświadczyć trochę dzikiej natury. W tym celu pojechaliśmy razem z O. do Łeby, aby się przejść mierzeją i trochę po wydmach. I popatrzeć na morze. Dużo, dużo morza. Ponieważ wyjeżdżaliśmy jeszcze w kwietniu, wzięliśmy ze sobą arktyczne śpiwory, polary, swetry, butlę gazową i ciuchy wodoodporne. Spaliliśmy się więc ostro, jak każe prawo Murphy’ego, i moczyliśmy nogi (no, nie, nie kąpaliśmy się). Było przyjemnie ciepło, wrażenia super. Gorąco polecam Słowiński Park Narodowy. Wszystkie te rośliny, trzymające się kurczowo piasku i potrafiące odnaleźć się w tak surowym klimacie robią wrażenie.

***

A, no i jeszcze był ślub (wzruszający), wesele (huczne), wypad na Kaszuby (klimatyczny), spotkania z rodziną (przerażające) i znajomymi (rozczulające). Ogólnie, pobyt był pełen wrażeń, przesławny, wytworny, nietuzinkowy, chwalebny i roztropny. Polecam wypady do Polski, J.D.

A powrót? O. mnie podwiozła w środku nocy na dworzec, stamtąd pojechałem pociągiem do Poznania, gdzie się spotkałem z kierowcą, któremu dołożyłem się do benzyny i który zawiózł mnie do Antwerpii. Tam wsiadłem w wieczorny pociąg do Gentu, gdzie odebrałem rower i wróciłem do domu. Absolutnie bezproblemowo. Huh. Nietypowe.

***

Dosyć gadania – zdjęcia! Z Łeby ;-)

Odwiedzając Leuven

Ze względu na rozliczne okoliczności, zostałem na święta w Belgii. Na początku myślałem, że to świetna sposobność, żeby się wyluzować, dogonić zaległości z niemieckiego i zaczytać się w porządnej, niezwiązanej z pracą, lekturze („Jonathan Strange i Pan Norrel”, woohoo!). Ci co mnie znają, domyślą się, że zaczęło mi odbijać po kwadransie. Nadgoniłem niemiecki w jeden wieczór, spędziłem poranek z książką i miałem tyle luzu, że zaczął mi uszami wychodzić. Postanowiłem wobec tego skorzystać z wolnego weekendu i gdzieś wyskoczyć.

Tylko gdzie? I jak? W portfelu pustki, wszyscy znajomi wyjechali do domów na Wielkanoc. Jak żyć, panie premierze? Jak żyć? Zrobiłem szybki przegląd znajomych, szukając bezbożnych ateistów, Muzułmanów i innych ludzi, którzy Wielkanocy nie obchodzą. Znalazłem dwóch znajomych w Leuven, którzy mają na tyle daleko do domu, że nie wyjechali (kolega jest z Florydy, koleżanka z Puerto Rico). Napisałem do nich, ustaliłem, że jakoś w sobotę wpadnę, i wyszedłem na wylotówkę z Gentu, z kawałkiem kartonu i markerem, który zwiedził ze mną już pół Europy.

Ruch był niewielki, ale już po kwadransie złapałem dwóch młodych ludzi, którzy jechali prosto do Gentu. Ucięliśmy sobie krótką pogawędkę po flamandzku, poszpanowałem znajomością belgijskiej kinematografii, a oni uraczyli mnie kilkoma dowcipami o mieszkańcach Antwerpii. Tu muszę nadmienić, że Antwerpia jest postrzegana jako miasto megalomanów i bufonów – popularny dowcip brzmi: „Co to jest Flandria? Parking dla Antwerpii”.

W Leuven spotkałem się wpierw z koleżanką G.M., którą poznałem w czasie moich studiów w A’pen. G.M. studiuje prawo międzynarodowe w Leuven, ale po skończeniu studiów, chce wrócić do Stanów. W przyszłym roku planuje zrobić egzamin do „baru” (korporacji prawniczej w Stanach) – w tym roku zabrakło jej trzech punktów do zaliczenia – a potem rozpocząć praktykę w Nowym Jorku lub Waszyngtonie. Ambitnie!

Potem spotkałem się z kolegą J.W. Jego z kolei poznałem miesiąc temu w Komitecie Regionów. Amerykanin z niderlandzkim paszportem, studiuje w Leuven, dorabia sobie jako nauczyciel angielskiego. Spytałem się go pewnego razu, na czym polegają jego „konwersacje”, na których sobie wieczorami dorabia. Usłyszałem: „Oh, no wiesz. Siadam z klientem, pijemy piwo, gadamy o dupie maryni – od polityki, przez filmy do osobistych spraw”, po czym dodał, po chwili namysłu: „W sumie to samo, co robimy teraz, tylko koleś mi za to płaci”.

Dołączył do nas kolega Anglik i spędziliśmy miło wieczór. Następnego dnia, z racji lenistwa i niedzieli (wszystkie sklepy pozamykane), musieliśmy zjeść śniadanie/lancz na mieście. Zdjęcie tego cuda (zwanego Mitrailette) znajdziecie poniżej.

Powrót po południu też był w miarę prosty. Leuven jest maciupkie, z centrum (Grote Markt) na obrzeża (koniec Brusselsestraat) szedłem dziesięć, może piętnaście minut. Udało mi się też dość szybko złapać stopa do Gentu. Moi wybawcy jechali dużo dalej, bo do Ieper i Kortrijk, ale podrzucili mnie prawie do centrum, za co bardzo im (on-line) dziękuję!

A teraz: zdjęcia!

O carpoolingu, instytucjach unijnych i organizacjach non-profit.

Dziś będzie mocno niechronologicznie, zacznę od zeszłego tygodnia. Otóż złapała mnie za serce ostatnio tęsknota – zamarzyło mi się zobaczyć świerzop, grykę, boćki, mazurską kurną chatę i całą resztę Inwokacji. W każdym razie, zacząłem kombinować, jak i którędy jechać, coby móc na weekend do kraju zjechać, a się doszczętnie nie spłukać.

Problem leży w tym, że czas to pieniądz, czyli Cz = P, więc jakby człowiek nie kombinował, rachunek musi się zgadzać. Podróż autostopem jest najtańsza, ale niepewna. Autobusy – długo jadą i są stosunkowo drogie. Kombinować z transportem lokalnym (Gent-Bruksela-Liege-Aachen-Koln-Berlin-Szczecin-Gdańsk) można próbować, ale wcześniej czy później człowiek podlicza godziny i złotówki i blednie. Samolot – loty weekendowe nie pasowały ani czasowo, ani kasowo.

A co z carpoolingiem? Słyszałem o Blablacar, mam tam nawet konto, ale nigdy nie skorzystałem, bo zawsze jakoś było szybciej autobusem lub pociągiem. Postanowiłem spróbować. Znalazłem nawet idealnie pasujące mi połączenia. Razem zapłacę jakieś 250 zł. Super!

W piątek wieczorem podjechałem do Brukseli. Złapałem się tam z K., chłopakiem z Warmi, w moim wieku, pracującym na budowie w Brukseli. Dogadaliśmy się, wpakowaliśmy do samochodu i w długą. Piętnaście godzin  i cztery Redbulle później byliśmy w Elblągu, gdzie mnie odebrała O. Ślicznie! Wymieniliśmy się kontaktami, zapłaciłem. Wspaniały początek przygody z carpoolingiem.

Trzy dni później przyszedł czas powrotu. W poniedziałek rano zameldowałem się u Pana Z., 62-letniego artysty, który miał mnie podwieźć do Aachen. Stwierdziłem, że dalej jakoś sobie poradzę. Mieliśmy lekkie zamieszanie, co i jak i ile będziemy jechać, ale stwierdziłem – no bez jaj, pesymista jakiś, ile można jechać do Europy Zachodniej?

Och, jakżem młody i głupi.

I teraz taki mały disclaimer – w wielu miejscach byłem, z niejednego pieca chleb jadłem, podróżowałem i w słocie, i w chłodzie. Mało rzeczy – w czasie podróży! – jest w stanie mnie zdenerwować. U Pana Z. nie było jednego, dużego problemu, który by go w jakikolwiek sposób dyskwalifikował. Było ich mnóstwo, maleńkich, niby korniki podgryzające powolutku moje zdrowie psychiczne.

Pan Z. nie ma 62 lat. Ma 72, ale się odmłodził, bo nikt by nie chciał „z dziadem jeździć”. Samochód był świeżo przerobiony na gaz – nie działały wskaźniki paliwa. Albo nikt nie wiedział jak działały. Dopiero pod Berlinem udało mi się uruchomić ogrzewanie przedniej szyby, wcześniej jechał prawie na ślepo. Jechał do Kolonii przez Aachen (nie pytajcie jak). Dospawał w samochodzie dodatkowy fotel – nielegalnie. Z Gdyni do granicy w Słubicach jechaliśmy DZIEWIĘĆ GODZIN, bo musieliśmy po drodze, po kolei: odebrać bagaż od jakiegoś Turka w Koszalinie, odebrać pierwszą współpasażerkę w Kołobrzegu (wpierw błądząc po Kołobrzegu), ZDRZEMNĄĆ SIĘ PO DRODZE, znaleźć drogę do Gorzowa (nie miał mapy Polski), odebrać następne trzy pasażerki (dwie kobiety i dzieciaka) w Gorzowie, zapakować się po sufit i jechać „skrótem” do Słubic. Domyślacie się, moje nerwy były nieco osłabione.

Pod Berlinem były roboty na autostradzie i zwężenia drogi. Pan Z., po zmierzchu, mrużąc oczy, mając zaparowaną szybę i kolebiąc się od jednej krawędzi pasa do drugiej, wymijał tiry na remontowanych odcinkach jadąc 130 km/h. O ile gdyby zrobił to mój poprzedni kierowca – nabuzowany kofeiną i tauryną dwudziestopięciolatek – to siedemdziesięciodwulatek już nie budził mojego zaufania przy takich manewrach.

Podczas krótkiej kłótni na stacji benzynowej okazało się, że schodzi nam powietrze z koła. Chciałem wsiąść za kółko, ale oprzytomniałem, że nie znam samochodu, nigdy nie prowadziłem w Niemczech, ubezpieczenie OC mnie najprawdopodobniej nie obejmuje, nigdy nie prowadziłem samochodu na gaz, a w samochodzie mam pięciu pasażerów, w tym dziecko siedzące na dospawanym w garażu fotelu. Odmówiłem prowadzenia i postanowiliśmy, że będę zagadywał pana Z., żeby nam nie zasnął, a on będzie prowadzić dalej.

To była długa noc. Musieliśmy się zatrzymywać na każdej stacji, żeby sprawdzić, czy koło trzyma, instalacja gazowa wydawała śmieszne dźwięki, a pan Z. nagle oznajmił, że musi zajechać do pewnej miejscowości koło Erfurtu, żeby odebrać GPSa. Oczywiście, nie miał mapy Niemiec. Straciliśmy na tym następną godzinę, błądząc o czwartej rano po uśpionym, zachodnioniemieckim miasteczku koło autostrady.

Straciłem trochę nerwów i kiedy utknęliśmy o wpół do ósmej rano w korku przed Aachen i wyobraziłem sobie, że mamy jeszcze jechać do miasta i na dworzec, to stwierdziłem że wysiadam na obwodnicy. Tam złapałem stopa do Maastricht w Holandii i dalej do Visy w Belgii, gdzie złapałem pociąg do Gentu przez Brukselę. Potem już z górki – z buta 45 minut i byłem w domu. To znaczy w Gencie. O trzynastej dwadzieścia przeszedłem przez próg domu.

Dwadzieścia siedem godzin w drodze. Wyjechaliśmy koło dziesiątej, dotarłem o trzynastej następnego dnia. Trzydzieści godzin bez snu, na energetykach i kanapkach. Ale za to O. wspierała mnie duchowo, tyle dobrego.

(W tym miejscu chciałbym podziękować młodej Ukraince z Maastricht, która dała mi swój lancz i w ten sposób dodała mi trochę wiary w ludzi. I sos chili)

Mam nadzieję, że powyższy opis wyczerpująco opisuje, co może każdego spotkać przy carpoolingu. Od bezproblemowej jazdy, do diabelnie problemowej. Trzeba spróbować i tego, i tego. Tylko błagam, unikajcie pana Z.!

***

Z innych wiadomości: byłem na początku kwietnia na konferencji w Komitecie Regionów. Niesamowity klimat, wspaniali ludzie. Tematem konferencji nie będę Was zanudzał, ale na dole znajdziecie parę zdjęć z imprezy po tymże zgromadzeniu. Enjoy!

***

Jak pewnie wiecie, w Belgii siedzę na stażu. Pracuję dla Kenniscentrum Kinderrechten vwz, organizacji non-profit zajmującej się ochroną praw dziecka, skupioną głównie na analizie prawnej i polityk publicznych. Jesteśmy niewielką organizacją o raczej akademickim charakterze (z obecnego składu chyba tylko ja i S. nie mamy doktoratu). Wynajmujemy lokal od CVO HoGent (Centrum voor Ondernemen Hogeschool Gent, czyli…eee…centrum wspierania przedsiębiorczości gandawskiej szkoły wyższej? jakoś tak). Ciasny, ale własny. W pewnym sensie. I jest darmowa kawa!

Na zdjęciach poniżej znajdziecie też ekipę KeKi. To ci ładnie uśmiechnięci, co nie wyglądają jakby byli w Komitecie Regionów ;-)