Jeszcze parę zdjęć z października [zdjęcia]

O starannie zaplanowanym wyjeździe na Bałkany, który potoczył się jak zwykle [ZDJĘCIA]

Jeszcze będąc w Belgii zapisałem się na symulację instytucji europejskich BEUM 2014. Program wydawał się ciekawy, temat ocierał się to o moje zainteresowania a i wyjazd do stolicy Serbii brzmiał intrygująco. Postanowiłem to połączyć z wyjazdem wakacyjnym i razem z Olgą spakowaliśmy plecaki i pojechaliśmy.

Plan był dosyć prosty, ale ambitny – spędzić tydzień w Belgradzie na konferencji, potem pojechać przez Kosowo do Macedonii, zahaczyć o Albanię, potem przejechać przez Czarnogórę i Bośnię. Wreszcie przeskoczyć krótki kawałek Chorwacji i Słowenii i skończyć u kolegi w Wiedniu, skąd już jeżdżą polskie busy.

Plan był w miarę prosty, więc oczywiście nie doszedł do skutku. Ale wpierw parę słów o podróżowaniu na południe. Jest to zdecydowanie trudniejsze (mówię o publicznych środkach transportu) niż jazda na wschód lub zachód, zwłaszcza dla nas, z północy Polski. Są pojedyncze firmy przewozowe, które jeżdżą do Serbii z Warszawy i ze Śląska, ale są stosunkowo drogie. Samoloty odpadały, punciak by na taką odległość nie dojechał, stopem nie mogliśmy jechać (brak czasu). Na całe szczęście, znaleźliśmy uprzejmego kierowcę na Blablacar, który jechał do Belgradu, a potem dalej do Sofii. Zdzwoniliśmy się, ustaliliśmy warunki przejazdu i wsio. Musieliśmy tylko dostać się do Katowic, co akurat było stosunkowo proste (mimo iż busa mieliśmy jakieś osiem godzin po mojej obronie pracy magisterskiej, przez co świętowaliśmy w trybie przyspieszonym).

Polski Bus jak zwykle bez zarzutu, tyle tylko że po jedenastu godzinach w pozycji siedzącej człowiek mojego wzrostu chodzi z gracją kaczki. W Katowicach spotkaliśmy naszego kierowcę i pozostałych współpasażerów – młodego filmowca jadącego do Bratysławy i instruktorką windsurfingu jadącą do Budapesztu na wakacje. Nasz kierowca z kolei był dziekanem pewnej prywatnej uczelni technicznej na Dolnym Śląsku. Ogólnie, ekipa zgrała się niezła i mimo długiej jazdy, nie nudziliśmy się.

Do Belgradu dojechaliśmy w nocy, na całe szczęście w hostelu na nas już czekano. Poszedłem się integrować z grupą ludzi siedzących w pokoju wspólnym. Ku memu zdziwieniu, wszyscy byli Grekami. Większość z nich przyjechała w jednej grupie z Salonik. Byli niesamowicie głośni, dużo gestykulowali i palili jak smoki. Bardzo łatwo dało się ich polubić, ale ich towarzystwo było po jakimś czasie męczące.

Dwa słowa o samej symulacji. MEU są bardzo podobne do MUNów, tylko wymagają nieco mniej uczestników. W zależnie od wielkości wydarzenia, obejmują one cały proces legislacyjny (czyli Rada i Parlament) lub tylko jego część. Małe MEU trwają jeden dzień i uczestniczy w nich kilkadziesiąt osób (zazwyczaj zajmują się konkretnymi zagadnieniami), większe (takie jak Belgrade MEU, na którym byłem, albo Strasbourg MEU) to wydarzenia trwające trzy do pięciu dni i skupiające około dwustu uczestników (plus obsługa konferencji). Uczestnicy dostają określone role (w BEUM były to: MEP, Member of the Council, Member of the European Council, Lobbyist, Journalist), które odgrywają w ramach symulacji procesu legislacyjnego lub innego procesu decyzyjnego. Ja byłem lobbystą z Europejskiego Biura Policji Europol, który miał wspierać ekspertyzą innych uczestników symulacji…oczywiście, zgodny z własnymi interesami.

Pierwszy raz byłem na tego typu wydarzeniu i muszę przyznać, że było to bardzo ciekawe doświadczenie. Do organizacji miałem parę zastrzeżeń, ale kiedy już się zaczęła sama symulacja i uczestnicy weszli w swoje role, byłem zachwycony. Latałem jak głupi między Radą i Parlamentem, udzielając informacji, przygotowując briefingi i szukając statystyk i wyroków potwierdzających moje tezy. Atmosfera wielkiej, choć tylko udawanej, polityki udzielała się wszystkim. Uczestnictwo w takim wydarzeniu na pewno przybliża obywatelowi cały chaos, w którym powstaje prawo. Próba znalezienia kompromisu między trzema instytucjami (Radą, reprezentującą poszczególne państwa Unii, Parlamentem, reprezentującym obywateli, i Komisją, reprezentującą Unię) jest fascynującym procesem.

Sam Belgrad jest miastem godnym odwiedzenia. Nie ma jakiejś wyjątkowej atmosfery (ale czego można oczekiwać po mieście stołecznym) i widać w nim pięćdziesiąt lat ponurej komuny, ale nie jest brzydkie. Warto dać mu szansę, zwłaszcza ze względu na ciekawą architekturę i skomplikowaną historię. Serbowie są dumnym narodem, na który jest łatwo zrzucić winę za wojny w latach dziewięćdziesiątych, zwłaszcza ze względu na ich ciągle żywe prorosyjskie sympatie. Nie wolno jednak ich nie doceniać. Jest to kraj z piękną i straszną historią, do tego powiązany z innymi krajami w regionie. Ze względu na centralne usytuowanie na półwyspie bałkańskim i uwarunkowania historyczne, ten kraj jeszcze nie raz odegra kluczową rolę w tej części Europy. Historia pokazuje, że upokorzone a dumne narody często powracają silniejsze niż wcześniej. A jeśli dodać do tego specyficzną dla tej części świata pamiętliwość do historii, jestem prawie pewien, że jeśli Europa zapomni o Serbii, to Serbowie z pewnością tego nie zapomną Europie.

Podczas naszego pobytu w Belgradzie trwały obchody siedemdziesięciolecia wyswobodzenia Belgradu z rąk niemieckich przez Armię Czerwoną w 1944 roku. Z tej okazji do Serbii przyjechał z wizytą sam Władimir Putin. Wobec tego, nad Belgradem przez pięć dni latały wojskowe myśliwce na turbodoładowaniu, a centrum miasta było sparaliżowane. Wszędzie można było kupić pamiątki z Putinem (czapki, koszulki, magnesy, kubki…) a wjeżdżając od północy do miasta mija się wielki billboad, na którym splatają się flagi rosyjska i serbska, a złote litery pod spodem głoszą: Łączy nas Gazprom. Jak to powiedział jeden Serb: „Rosjanie i Amerykanie robią u nas, co im się tylko żywnie podoba”. Inna koleżanka wyłożyła prosto: „Zima będzie ostra. Chcemy mieć co jeść i jak się ogrzać. Potrzebujemy rosyjskiego gazu. To takie proste”.

Pod koniec naszego pobytu w Belgradzie mieliśmy niemiły wypadek – straciłem portfel z pieniędzmi i dokumentami. Pozbawieni karty płatniczej nie chcieliśmy ryzykować wyjazdu na południe bez pieniędzy i części dokumentów. Do tego prognoza pogody nie była szczególnie obiecująca. Postanowiliśmy więc skrócić wyjazd i po prostu wrócić okrężną drogą do Polski.

Złapaliśmy stopa do Chorwacji. Uprzejmy, mówiący z amerykańskim akcentem Słoweniec powiedział że nas podwiezie do samego Zagrzebia, ale musi wpierw skoczyć w parę miejsc. Mając już zaklepane miejsce w samochodzie, zgodziliśmy się. To był co najmniej kształcący wieczór. Kulminacją wieczoru była kolacja (fantastyczna cielęcina) w niewielkiej knajpce na pograniczu chorwacko-serbskim, gdzie nasz kierowca, austriacki Cygan z dwoma doktoratami oraz pewien Polak z Warszawy dyskutowali o interesach po niemiecku, serbsku i angielsku.

Przespaliśmy się koło stacji benzynowej i po śniadaniu od przemiłego tureckiego kierowcy (dogadywaliśmy się po niemiecku i na migi), złapaliśmy stopa dalej na południe. Architekt w średnim wieku podwiozła nas na wyspę Krk, gdzie postanowiliśmy rozbić obóz. W nocy przyszedł sztorm, który nam spędził trochę snu z powiek, a morze przybliżył o kilkadziesiąt metrów.

Po wysuszeniu się, ruszyliśmy na północ, do Słowenii. Byliśmy trochę wymęczeni, zmiana pogody trochę nam sprzykrzyła wyjazd (doszło do totalnego, niespodziewanego załamania pogody w całym regionie), postanowiliśmy więc już wracać. Chorwacja to piękny kraj, do którego jeszcze na pewno wrócę. Było w nim coś intrygującego i surowego, ale zarazem zupełnie odmiennego od Serbii. Do tego, kraj jest bardziej rozwinięty od Serbii, ale zdecydowanie bardziej skupiony na pieniądzach.

W Słowenii nie zostaliśmy ugoszczeni przez koleżankę, bo jako członek ljubljańskiej straży pożarnej dostała wezwanie do służby. Albo, jak to ona określiła w smsie – „Sorry, mamy jedną czwartą miasta pod wodą, oddzwonię później”. Pogoda była już beznadziejna, lało cały dzień. Dobrzy Słoweńcy nam pomogli, pozwalając nam się rozbić w ich garażu (dzięki czemu wysuszyliśmy namiot) i karmiąc zupą (co nas rozgrzało). Rano z nowymi zapasami energii mogliśmy ruszyć w drogę.

W dwóch kolejnych stopach dojechaliśmy do podnóża Alp Juliańskich na pograniczu włosko-austriacko-słoweńskim. Po przekroczeniu przełęczy, znaleźliśmy się w Austrii. Niestety, okolice Klagenfurtu nie były dla nas specjalnie przyjazne, bo przez cały dzień, mimo ładnej pogody i dużego ruchu, nikt się nawet nie zatrzymał, a kontakt z przejeżdżającymi kierowcami był wyjątkowo słaby. W końcu jednak udało nam się złapać busa, który jechał do Monachium. Stamtąd pojechaliśmy Meinfernbusem do Berlina, a z Berlina złapaliśmy polskiego kierowcę (ponownie Blablacar) do Gdyni.

Wyjazd był fantastyczny, ale nie doceniłem możliwości zmiany pogody w październiku, Kradzież portfela trochę nam zmieniła trasę, a do tego dochodziły typowe problemy wynikające z podróżowania stopem. Mimo wszystkich powyższych problemów, wyjazd uznaję za świetny – poznaliśmy niezwykłych ludzi i zobaczyliśmy nowe kraje. Za to wiem, że jeśli chcę pojechać do Kosowa i Macedonii, muszę się bardziej przygotować.

No i zdjęcia! Na razie tylko część niepodpisana, uzupełnię opisy później.

EDIT: Uzupełnione!

Слава Україні! Ale co z banderowcami, czyli relacja ze Lwowa [zdjęcia]

Także tego. Miałem dwa dni przerwy i mi odbiło. Dostaliśmy zaproszenie na wyjazd z programu Youth in Action na Ukrainę, zapytałem O. czy chce jechać. Okazało się, że w sumie to mam jej dać godzinkę na spakowanie się. Złapaliśmy więc nocnego busa do Warszawy, stamtąd porannego busa do Lwowa i tak po południu byliśmy na miejscu.

Event dotyczył roli mediów w życiu społecznym i jak sobie radzić z manipulacją. Było to całkiem ciekawe spotkanie, jednak brakowało mi wyraźnego motywu przewodniego. Kurs był od młodzieży dla młodzieży i pod tym względem był w porządku, ale liczba dyskusji, wymiany praktyk, prezentacji i gier była dla mnie zbyt męcząca. Na dodatek, byliśmy uczestnikami ad hoc, nie wiedzieliśmy wiele o mediach i mieliśmy nadzieję na mały teoretyczny wstęp, którego zabrakło. Do tego większość uczestników szykowała się na ten wyjazd od tygodni albo od miesięcy, niektórzy z nich byli też weteranami takich wypadów…my natomiast musieliśmy ze wszystkim improwizować.

O kursie więcej pisać nie będę, ważniejszy jest inny bohater tego wpisu – Lwów!

Może najpierw słowo wstępu. Zakładam, że wszyscy czytelnicy tego bloga znają sytuację na Ukrainie. Otóż jest słabo. Też oglądam wiadomości, te samo co inni. Jednak mam tą przewagę, że mój kolega z Antwerpii, to Ukrainiec (studiujący we Wrocławiu…zresztą, popularne miejsce dla studentów z Ukrainy), którego spytałem – co tam się do diabła dzieje. Po analizie informacji od niego i policzeniu kilometrażu z Lwowa do Ługańska (ponad 1000 km…), postanowiłem jechać. Sporo osób było przeciwnych, pojawiły się głosy że mnie zjedzą banderowcy, że mi flaki rozwleką na ścianie chaty itepe. Postanowiłem radośnie zignorować te argumenty i pojechać mimo to.

Lwów jest pięknym miastem, choć nieco zaniedbanym. Do tego chodziliśmy głównie po tych starych dzielnicach, a z Wysokiego Zamku było wyraźnie widać ogromne blokowiska w oddali, więc pewnie nie całe miasto jest śliczne. Hrywna stoi nisko (0,25 PLN za 1 UAH, wcześnie 0,3-0,4) i spada niżej, przez co polska waluta jest postrzegana jako dobra lokata kapitału, obok euro i dolara…do tego złotówki były powszechnie akceptowane na wszelkich bazarach i stoiskach. Ludzie żyją sobie spokojnie – kwitnie życie kulturalne i nocne, knajpki i restauracje tętnią życiem. Opera (13 zł za bilet!) jest przepiękna, a wystawiany tam balet „Powrót Butterfly” został przyjęty owacją na stojąco. Fantastyczna miodówka gryczana zdobyła nasze serca, podobnie jak lokalna kuchnia – niby bardzo podobna do polskiej, ale nieco inna. Z drugiej strony – w wiadomościach widać trupy. Minister obrony jest na targach broni w Kijowie (kamera pokazywała oblegane polskie stanowisko Bumaru) a jedna ze stacji ogłasza, że 10% dochodu z reklam przeznacza na wsparcie żołnierzy ukraińskich na wschodzie. W cerkwiach flagi i zbiórki na broń (!), a także miejsca pamięci poległych żołnierzy i „gierojów Majdanu”. Czyli jak to określił elokwentnie mój kolega: wojny nie ma, ale jest wymiana jeńców.

Ukraińcy, których spotkaliśmy, byli niezwykle przyjaźni. Po pierwsze, większość z nich albo wcześniej miała do czynienia z Polakami, albo podróżowała do Polski, albo ma Polaka w rodzinie. Po drugie, bliskość językowa. Wystarczy podstawowa znajomośc rosyjskiej cyrylicy (ukraińska różni się kilkoma literami) i można wszystko rozczytać. Do rozmowy wystarczy kilka zwrotów grzecznościowych, a potem można się wszędzie dogadać albo po polsku, angielsku albo pidginem polsko-ukraińskim. Do Polaków podejście zauważyłem dwuznaczne – na początku z dystansem, potem się rozluźniało, kiedy oznajmialiśmy wprost że nie chcemy Lwowa z powrotem. Najwyraźniej dyskusja ciągle jest żywa. Może i miasto ma korzenie polskie (chociaż, jeśliby sięgnąć daleko w przeszłość, to król Danyło chyba Polakiem nie był…), ale teraz Polaków tam żyje 3-8 tys. (zależnie od szacunków). Ślady polskie są obecne wszędzie – od starych szyldów, przez polskie produkty w sklepach, do fresków w ormiańskiej katedrze. Ale obecnie traktują nas raczej jako naturalnych sojuszników i partnerów w polityce europejskiej.

Słowo o Banderze, nerwowi mogą przewinąć akapit. Stepan Bandera był jaki był, okrutne rzeczy robił (choć w czasie rzezi na Wołyniu siedział w obozie koncentracyjnym), o czym sami lwowiacy mi mówili. Jednak jego kult jako bohatera narodowego jest wciąż żywy. Warto zaznaczyć, że takich bohaterów Ukraińcy mają jak na lekarstwo – mają Chmielnickiego, Szeptycki jest już uważany za Polaka, a potem jest peleton dwuznacznych postaci z XX w. Rosyjskie zabawy granicami i relokacje tu nie pomogły. W każdym razie, banderowcy żyją, czerwono-czarne flagi są wszędzie (na jarmarkach, machają nimi dzieci, dorośli przypinają do koszul), jednak ich wydźwięk jest najczęściej antyniemiecki (dla nostalgicznych) lub antyrosyjski (dla żyjących obecnie). O nienawiści do Polaków nie ma ani słowa, a o rzeź wołyńską i małopolską oskarża się prowokatorów rosyjskich, wspominając o tym zresztą z pewnym wstydem. Chyba warto zacząć dialog polsko-ukraiński na ten temat, skoro lwowiacy są tak skłonni do dyskusji, a większość Ukrainy uważa ich za faszystów (od razu pragnę wyklarować, że to wcale nie znaczy, że faszystów wśród nich nie ma).

Na rozluźnienie, kilka ciekawych obserwacji z autobusów i tramwajów Lwowa: bilety w komunikacji kupuje się w ten sposób, że podaje się banknot dwuhrywnowy osobie siedzącej z przodu, która podaje następnej i tak do przodu. Ostatnia osoba kupuje bilet, który wraca tą samą drogą. Genialne rozwiązanie, ale jestem ciekaw, ile by przetrwało w Polsce ;-) Do tego kasowniki są ręczne (przesuwa się dźwignię, która robi małe dziurki w bilecie) i z tego powodu, wszystkie bilety są jednoprzejazdowe. Jestem ciekaw, o ile to wygodniejsze (istnieją tylko dwa rodzaje biletów – normalne i ulgowe) i tańsze. Podróżny korzystający z komunikacji musi się uzbroić w cierpliwość – rozkłady są wg interwałów, tzn. nigdy nie wiadomo, kiedy przejedzie tramwaj lub marszrutka (urocza nazwa autobusu jadącego po marszrucie czyli ustalonej trasie). Do tego bilety sprawdzają konduktorzy, a nie byli aspiranci do GROMu. A co do stanu taboru, to chyba wystarczy powiedzieć, że w jednym z nich był plakat informujący o konsekwencjach jazdy bez biletu…po niemiecku. A sama kara była wyrażona w Deutschmarkach…

Jeszcze refleksja końcowa, o roli Polski w Europie. Kiedy byłem na Zachodzie, Polskę postrzegano albo jako mały, głupi kraj (ku memu zdziwieniu zazwyczaj mówili to mali, głupi ludzie…jakaś korelacja?) albo jako największy kraj z rozszerzenia Unii w 2004 roku i stabilną gospodarkę w regionie. Z problemami, bo z problemami, ale jaki kraj ich nie ma. Natomiast podczas kursu we Lwowie było nieco inaczej. Uczestników było dwudziestu czterech, z Polski, Białorusi, Ukrainy, Rumunii, Mołdawii, Estonii, Turcji i Armenii. Istny kalejdoskop, ale głównie wschodnio-południowy, ani jednego uczestnika z „Zachodu”. Co mnie rozbawiło, większość uczestników znała dobrze historię Polski, chociaż w wycinkach. Rumuni i Mołdawianie pamiętali jak Sobieski wracając spod Wiednia złupił parę wiosek, Ormianie wspominają mniejszość narodową żyjącą dawniej w Polsce, BIałorusini opowiadają o Akcji Polaków na Białorusi i Mickiewiczu oraz o tym, że w sumie to Unia polsko-litewska zniszczyła Litwę. Estończycy pamiętają, jak zajęliśmy Wilno Litwinom oraz jak spory kawał Łotwy to było lenno Rzeczypospolitej, Ukraińcy pamiętają o nastawieniu niektórych Polaków do Lwowa a Turcy odsiecz wiedeńską. Ogólnie, z każdym z tych krajów mieliśmy takie lub inne kontakty i nas dobrze znają, choć od niego innej strony niż Zachód, z którego najlepiej nas chyba rozumieją Niemcy – bo już na zachód i południowy-zachód od Renu jesteśmy egzotyką.

Za kilka tygodni jadę na południe. Jestem ciekaw, jak nas widzą Serbowie…

Zdjęcia! Ponownie, sorry za jakość, aparat odmówił posłuszeństwa, zdjęcia musiałem robić cebulą. Enjoy!

[Zdjęcia] z Gandawy (lipiec/sierpień)

Późno, ale są. Co prawda robione kartoflem, ale są ;-)

O tym, jak minął kurs, różnicach poglądowych, groźnych parasolach i szalonym koledze.

Kurs się skończył dobry tydzień temu. Miałem ambicję, żeby pisać na bieżąco, ale niestety nie dałem rady. Mieszkałem razem z uczestnikami w akademiku i z tego powodu moja praca nie kończyła się między 16 a 19 – potrafiła trwać i do 23. Oczywiście, nie był to jakiś okrutny zachrzan, ale siedzenie „na dyżurze” i skakanie pomiędzy zadaniami to nie mój ulubiony styl pracy. Tyle dobrego, że udało mi się skończyć z kolegą Rychem apkę – a jaką? Pokażę, gdy wróci z beta testów ;-)

Kurs był niezwykle intensywny i jego przebieg był raczej bezproblemowy. Pełniłem funkcję „Conference staff”, co się pięknie tłumaczy na polski jako „przynieś, podaj, pozamiataj”. Musieliśmy zadbać, żeby jak najmniej kłopotów o przyziemnej naturze dochodziło do właściwych organizatorów. Było w tym dużo biegania z kserówkami, sprzątania, pomocy przy kateringu – ale też możliwość udziału w fascynujących wykładach, swoboda pracy w tak zwanym międzyczasie i niesamowici ludzie. Mieliśmy w tym roku bardzo zróżnicowaną ekipę – zarówno pod względem narodowym, jak i zawodowym. Mieliśmy uczestników z Europy, Azji (głównie południowej), Afryki i Ameryki Południowej. Jeśli do tego doda się niezwykle zróżnicowane doświadczenie (byli naukowcy, delegaci instytucji rządowych, pracownicy organizacji pozarządowych…) i skrajnie różne podejście do niektórych problemów, uzyskujemy niesamowity miks.

Zauważyłem ciekawą rzecz – im więcej dzieliło dwoje ludzi, tym paradoksalnie łatwiej było im się dogadać. Według mnie, wychodzili z założenia że drugiego człowieka nie znają i że „może” zaistnieć problem z komunikacją. Stąd rozmowy były ostrożne, wyważone, a ich uczestnicy tłumaczyli sobie nawzajem pojęcia, które mogłyby być sporne (definicja „welfare state” czy też granice interwencji państwa w rodzinę są mocno płynne…). Sam miałem taką sytuację. Rozmawiałem z dwójką Flamandczyków z rządu, gdy jeden z nich oświadczył, że był ostatnio w Polsce i poznał „Markia Misialak”.

- Marka Michalaka? Rzecznika praw dziecka? – zdziwiłem się.

- Tak, mieliśmy tam konferencję i wizytę grupy roboczej. Oprowadzono nas po jego biurze, Ty wiesz – zwrócił się do koleżanki – że polski rzecznik zatrudnia siedemdziesiąt osób?! I ma dwa piętra do dyspozycji w biurowcu! I najlepsze, on ma prawo do interwencji w każdą sprawę sądową, w której przedmiotem jest dobro dziecka! I ma prawo kontroli wielu instytucji!

Muszę przyznać, że zdziwił mnie jego entuzjazm do polskiego organu konstytucyjnego, więc zapytałem czy nie mają tak samo. Byli zdziwieni i zmieszani.

- Nie, w Belgii mamy tylko komisje praw dziecka. To organ o zupełnie innym charakterze. Nie interweniuje bezpośrednio, prawo kontroli wykonujemy przez inne organy…

- To co robi komisja?

- Tworzy opinie prawne, proponuje szkice aktów prawnych, organizuje konferencje, szkolenia, tworzy platformy porozumień dla organizacji pozarządowych…

I tak siedzieliśmy naprzeciw siebie przy stole, który nagle podzieliła na pół filozofia ochrony praw dziecka. Jak i kiedy interweniować? Jak bardzo należy uwzględniać specyfikę kraju? Co się liczy bardziej, głos rodzica czy głos dziecka? Belgowie uważali, że interwencja w życie rodziny to ostateczność i prywatność jest tu najważniejsza. Ja sądziłem, że może to doprowadzić do cichej tolerancji patologii. Z jednej strony – Pietka Morozow, z drugiej – co robić z alkoholizmem/znęcawkami w rodzinie. I brak interwencji i jej nadmiar może prowadzić do tragedii…

* * *

Do Polski wracałem pewną różową linią lotniczą. Może marudzę, bo temat oklepany, ale ciągle mam parę pytań – czy coś tam dają na pokładzie, o czym nie wiem? Czy jest sens stać w kolejce przez 40 minut, żeby usiąść obok siebie na godzinę dwadzieścia minut lotu? Rozumiem, że ludzie chcą siedzieć razem, ale czy te przepychanki są konieczne? I o co chodzi z klaskaniem? Nadal, nie rozumiem tego zwyczaju. Bo to chyba już zwyczaj? Nie oceniam, czy to siara czy nie, po prostu jestem ciekaw skąd się wzięło.

Miałem na lotnisku też ciekawą rozmowę z pracownicą „Łizera” (albo portu lotniczego, w sumie nie wiem). Kobieta tłumaczyła mi, powoli i zrozumiale, że nie mogę wnieść na pokład samolotu parasola. Przyznam, znam regulaminy dotyczace bagażu, ale to nie znaczy że będę je bezdyskusyjnie akceptował. Dowiedziałem się, że parasol jest spiczasty i mogę zadźgać pilota, okej. Że ma metalowe elementy (a co nie ma…), które są niebezpieczne…ale kiedy wzięła mój parasol i włożyła do tej kratki do porównywania bagazu i użyła koronnego argumentu „Przecież wystaje!”.

Rozumiem, przepisy…ale ludzie, odrobina krytycznego myślenia! Już nawet nie myślę o tej biednej kobiecinie, która tylko się dostosowuje do wymogów pracodawcy. Ale kto wymyślił, że parasol jest bronią, ale kupiona w duty-free litrowa, szklana butelka łatwopalnego alkoholu już nie? Rozumiem ideę za tym się kryjącą, ale niech mi to ktoś wytłumaczy – dlaczego możemy pozbawić pasażera niektórych praw (np. prywatności), ale już duty-free shopów zysku – nie?

* * *

Kolega P. mnie odwiedził w Belgii. Pierwszy raz jechał za granicę, pierwszy raz autostopem – i od razu mnie przebił. Złapał dwa stopy w środku nocy. Szacun.

Zdjęcia? Będą, ino później ;-)

O ciekawej podróży do Belgii, utensyliach kuchennych i ogólnym ogarnianiu.

Ostatnie dwa tygodnie były dosyć napakowane wydarzeniami, więc będę się streszczał. Po powrocie z wakacji na południu pojechałem do Warszawy, gdzie różne radosne wydarzenia miały miejsce. Dużo się szlajałem, mało spałem, jak to w Warszawie. Potem Okęcie, drzemka w samolocie…i przygoda nowa (już ustaliłem z kimś, że Polacy nie mają problemów, tylko przygody). Samolot się spóźnił, przez co spóźniłem się na autobus z lotniska, przez co spóźniłem się na pociąg, przez co wyląduję w Gencie o pierwszej w nocy. Biuro, z którego miałem odebrać klucze, zamykają o dziesiątej wieczorem. Miałem pieniędzy w kieszeni tyle co kot napłakał, ale myślę – dam radę. O. mnie wsparła trochę logistycznie, więc jakoś dojechałem do Gentu, przez Brukselę. Po drodze rozkmina – gdzie się zatrzymać? W apartamencie nie mogę, a lista znajomych, do których mogę zapukać w środku nocy,jest stosunkowo krótka. Kasy w telefonie na jeden sms. Napisałem źle – kolega z Brukseli jest we Włoszech. Kto by pomyślał, że kiedy się dużo podróżuje, ma się również podróżujących znajomych?!

Jestem w Gencie, jest pierwsza w nocy, znajomych brak, telefon pusty, nie ma internetu, ja padnięty po kilku dniach podróżoimprezy i z wielkim plecakiem. Myślę – pójdę, znajdę jakiś hostel, kimnę się do rana, potem odbiorę klucze i będzie dobrze. Haha, jak się możecie domyślać, podróż bez głębszej refleksji tak łatwo nie pójdzie. Po pierwsze, nie mam pojęcia gdzie w Gencie są hostele, bo nigdy żadnego nie potrzebowałem. Po drugie – trwa w najlepsze Gentse Feest, największa impreza uliczna we Wschodniej Flandrii, a może i w całej północnej Belgii. Na każdej ulicy teatr, koncert albo zwykły pochlej. Wszystkie hostele, oczywiście, nabite do ostatniego miejsca.

Instynktem studenta idę w stronę Overpoortu, po drodze znajduję pub, w którym chciałem się podłączyć do internetu. Zamiast tego, wskazują mi najbliższy hostel. Jest nabity, owszem, ale wcisnąłem chłopakowi z obsługi dychę w łapę i mnie przekimał na kanapie pokoju wspólnego, dał kody do wifi i pokazał, gdzie łazienka. Do rana wystarczyło.

Następnego dnia trafiłem tam gdzie miałem, to jest do akademika w którym obecnie mieszkam, wraz z uczestnikami kursu. Tu kolejna nieprzyjemna niespodzianka. Pokoje są puste. Wyklarujmy – pokoje w Belgii wynajmuje się pełne (z wyposażeniem kuchennym, sztućcami, utensyliami wszelkimi) lub puste (bez ww. udogodnień). Stan ten nie jest zero-jedynkowy, są pokoje i mieszkania też gdzieś po środku skali. Te, które zastałem na Stalhof, to najpuściejsze pokoje, jakie widziałem. Dostaliśmy tylko pościel, a i to ubogą. Zero wieszaków, worków na śmieci, sztućców, garnków…nawet powitalnej rolki papieru toaletowego. Internetu też. Na szczęście znajomy Hiszpan zdradził mi tajemnicę wyposażenia kuchennego, a nowopoznany Brazylijczyk udostępnił mi swojego laptopa i przeprowadził przez meandry internetu w akademiku.

Jak się zdobywa naczynia w akademiku? To proste. Siedzisz w kuchni, czekasz aż inni kupią, i gdy się będą wyprowadzać, tradycją jest zostawić je w widocznym miejscu w kuchni (szafki i pokój trzeba opróżnić). Potem szybko je zbierasz, zanim ktoś cię ubiegnie. Ponieważ przyjechałem w tydzień po zakończeniu egzaminów, nie było już ani jednego Belga, a i większość Erasmusów wyjechała w rodzinne strony. Zgarnąłem zatem patelnię, trzy różne garnki, trzy duże talerze, jeden mały, jedną miskę małą, dwie miski duże, dwa zestawy sztućców, deskę do krojenia, koszyczek na przyprawy i dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, że to trochę idiotyczne. Co roku masa Erasmusów (w tych akademikach mieszkają głównie studenci z wymiany) zostawia swój roczny dobytek (bo po co komu dwie dodatkowe łyżki w domu). Uczelnia nie może ich przejąć, bo to własność prywatna, i nie może zostawić, bo to zaśmiecanie. W efekcie pozostaje efekt pośredni, czyli sprzątniecie po dłuższej chwili, gdy już wszyscy sobie wybiorą najlepsze kąski…

Zaraz zamykają mi pokój wspólny, więc ciąg dalszy posta będzie później.

O OMC (o-mało-co) autostopie do Macedonii, chleb z czosnkiem, dziwnych połączeniach kolejowych i powrocie do Belgii [zdjęcia!]

Były ambitne plany wakacyjne, dwa tygodnie wolnego, wspaniała wycieczka na południe Europy…a zamiast tego przyszło 40 stopni gorączki i antybiotyk. I tak powolutku te plany topniały – Chorwacja zamiast Macedonii, Włochy zamiast Chorwacji…kiedy w końcu wstałem z łóżka, stwierdziłem że w mieście dłużej nie wyrobię – jedziemy! Gdziekolwiek! Byle na południe! Czechy? Czechy!

Wobec powyższego pojechaliśmy z O. wpierw do Wrocławia (nocna TLKa przeładowana ponad normę – ale od czego jest karimata i podłoga w korytarzu?), gdzie spędziliśmy cały dzień (we Wrocławiu, nie w w teelce). We Wrocławiu byłem parę razy, ale zawsze przejazdem i nie miałem kiedy go porządnie zwiedzić. Wreszcie nadarzyła się okazja! Stare Miasto ładne i zadbane, kościoły i zabytki interesujące, Ostrów Tumski i widok z wieży katedralnej wspaniały. Do tego piękny Ogród Japoński i okolice Hali Stulecia oraz, oczywiście, Panorama Racławicka. Już widziałem jedną panoramę (w Hadze), ale ta znacznie bardziej mi przypadła do gustu – może dlatego, że batalistyka? No i Kościuszko siedzi na najbardziej kossakowym koniu jakiego widziałem. Do tego narrację robił chyba Olbrychski.

Potem pojechaliśmy do Kłodzka, które też się przyjemnie zwiedzało. Połaziliśmy po uroczym rynku, poszlajaliśmy się po wąskich uliczkach, zwiedziliśmy podziemia – i poszliśmy na krajową ósemkę, żeby łapać stopa.

Po pół godzinie złapaliśmy wesołego wrocławianina, który z koleżanką jechał do Pragi – podrzucił nas do Hradec Kralove. Tam trochę stypa, bo zaczął lać ulewny deszcz. Schowaliśmy się na stacji benzynowej na jakąś godzinę, po czym wyszliśmy łapać stopa do miasta. I tak sobie trochę postaliśmy, bo nikt się nie zatrzymał. Po półtorej godzinie stwierdziliśmy, że jednak trzeba szukać noclegu. Okolica była podmiejska – tereny były albo totalnie zaniedbane, albo ogrodzone. Rozbiliśmy się w końcu na jakimś polu, po uzyskaniu zgody lokalsa. Wróć, to nie była zgoda – raczej „a co mnie to” ;-)

Rano poszliśmy łapać stopa dalej. Godzinę nic. W końcu mieszkaniec Hradec Kralove (hradcokralowańczyk?) podwiózł nas na drugą stronę miasta (darowaliśmy sobie już zwiedzanie). Tam kolejna godzina i nic. Poszliśmy do lokalnego marketu, posililiśmy się, wrócili na dobrą miejscówkę. Półtorej godziny i nic. Nie rozumiałem za bardzo co się działo. Byliśmy porządnie ubrani, plecaki z namiotem i karimatami (czyli nie „dojeżdżający” ani jakieś cwaniaki). Parka stoi, więc też strachu nie ma takiego, gdy chłopak sam. O co chodziło – nie wiem. Ale przez resztę wyjazdu Czesi byli raczej niechętni podwożeniu nas. Czy to niechęć do autostopowiczów czy nieznajomość zwyczaju? Może w innych częściach kraju jest inaczej, przejechaliśmy w sumie tylko skrawek sporego kraju…

W końcu udało się – jakiś chłopak jechał na koncert pod miastem i nas podwiózł…siedem kilometrów. Staliśmy przez następne dwie godziny, z krótką przerwą, w pyle i  słońcu, przy naprawdę sporym ruchu samochodowym – i dopiero po tych dwóch godzinach mieliśmy następny samochód. Kierowca busa, uprzejmy, ale milczący, podwiózł nas do Zamberku. Pochodziliśmy trochę i stwierdziliśmy, żeby może zejść z głównej drogi i pooglądać prowincję. W okolicy mieścił się Letohrad, który znałem z opowieści koleżanki jako piękną okolicę – a akurat niedaleko był przystanek, z którego odjeżdżał za pół godziny autobus tamże. Złamałem zasadę, że nie korzystam w czasie autostopowych podróży z komunikacji zbiorowej (która to zasada od początku była martwa i w czasie żadnego wyjazdu nie udało mi się jej utrzymać) i pojechaliśmy do Letohradu.

Letohrad to niewielka miejscowość z ładnym zamkiem, kościołem i rynkiem (które to atrakcje leżą jakieś sto metrów od siebie), która jest faktycznie pięknie położona wśród wzgórz, pól i lasów. Miejscowość, mimo iż mała i na uboczu, miała wszystko czego miasto potrzebowało – sklep, knajpkę, hostel, ryneczek i fontannę. Ogólnie, było miło i uroczo. W knajpce napiliśmy się kofoli (jak ktoś nie zna – czechosłowacka odpowiedź na Coca-Colę) i zamówiliśmy chleb czosnkowy, który okazał się być chlebem z czosnkiem. Byliśmy strasznie zdziwieni, kiedy kelnerka podała nam…trzy kawałki smażonego w oleju chleba (swoją drogą smacznego, choć tłustego) i…ząbek czosnku. Nie że pastę czy masło czosnkowe, tylko cały ząbek. Do tego nóż i widelec. Mieliśmy to pokroić? Pogryźć? Robili sobie z nas jaja? Głupio nam było spytać kelnerkę, jak się to je, poprzestaliśmy więc na zjedzeniu samego chleba. Nadgryzłem czosnek, ale to chyba nie o to chodziło. Ubawiliśmy się naszą niewiedzą i tą dziwną potrawą, która pewnie dla Czechów jest czymś oczywistym. Spytam się Jiriego albo Katki, będą wiedzieli pewnie o co chodzi.

Następnego dnia, po dokładnym zwiedzeniu miasta i krótkim chill-oucie pod fontanną, poszliśmy z buta w kierunku głównej drogi. Spacer był miły, ale po jakimś czasie skończyła się ścieżka i musieliśmy iść główną drogą. Byłby to miły spacer, gdyby nie obciążenie (plecak z pełnym sprzętem kempingowym), upał i złe buty (stare, wierne, ale właśnie rozpadające się sandały). Po kilku kilometrach złapalismy stopa do głównej drogi. Pierwszy raz trafiła nam się radosna kierowca. Gadaliśmy po polsku, czesku i rosyjsku, a ona z nerwów na migi (była nauczycielką języka migowego). Znała Polskę (była w Gdańsku w latach ’80 i ’90, oraz we Wrocławiu w ostatnich latach) i lubiła Polaków – o samych Czechach stwierdziła, że dobrzy ludzie, tylko – i tu wskazała palcem, jak zadziera nos. Coś w tym jest…

Wyrzuciła nas w Jablonne nad Orlici, gdzie usiedliśmy w cieniu drzewa na rynku, koło fontanny, i budząc chyba niewielką sensację swoim zachowaniem, zjedliśmy ćwierć arbuza zamiast lanczu. Nie wiem, czy nasze zachowanie było obsceniczne, czy też arbuz. Wyszliśmy z miasta i kawałek za nim złapaliśmy chłopaka, który jechał z Pragi do naszego celu (w którym planowaliśmy być dzień wcześniej), to jest Ostrawy. Podwiózł nas ponad sto sześćdziesiąt kilometrów, z uśmiechem i prawie bez słowa. Na wszelkie nagabywania kiwał głową albo zbywał półsłówkami, ciągle uśmiechnięty. Rozumieliśmy się w naszym polsko-czeskim slangu, ale chyba nie chciał rozmawiać. Miał chyba samą przyjemność z podwiezienia nas. Wyrzucił nas w centrum Ostrawy i pojechał gdzieś dalej. Mimo wspólnych dwóch i pół godzin drogi nic o nim nie wiem – aż dziwne! Zazwyczaj kierowcy są rozmowni – niezależnie od wysokości bariery językowej. A tu – nic.

W Ostrawie podliczyliśmy pieniądze, dostępny czas i ochotę dalszego wyjazdu i stwierdziliśmy, że nie ma co dalej kombinować – na dalszą podróż na południe czy wschód nie mamy czasu, na podróż na północ autostopem – ochoty, byliśmy w końcu przy samej granicy. Zwiedziliśmy więc Ostrawę by night, napiliśmy się Pilsnera i kimaliśmy wśród meneli na dworcu (ostatni tramwaj na dworzec był o 23.30, nasz pociąg o 2.11…). Były to menele podróżnicy, ludzie o naprawdę ciekawych życiorysach – wiemy to stąd, że mówili między sobą po polsku. Dworzec w Ostrawie był jak inne wielkie, pokomunistyczne dworce – brzydki i surrealistyczny, zwłaszcza w nocy. Dziwna mieszanina stylów z lat ’70, ’90 i przebudów w ostatnich latach. Między północą a drugą w nocy nie było ani jednego pociągu, za to między 2.10 a 2.20 – pięć, z czego trzy międzynarodowe. Wszystkie informacje, oczywiście, po czesku. Niby można zrozumieć bratnią mowę, ale tylko niby – zwłaszcza kiedy wypluwa je stara szczekaczka na suficie.

Wsiedliśmy w pustawy pociąg do Warszawy i udało nam się, po zajęciu miejsca, utrzymać te miejsca aż do rana. Chłopacy który wsiedli dwie stacje dalej, już w Polsce, nie mieli tego samego szczęścia – głównie dlatego że byli przeokrutnie nabryndzoleni i żądali kuszetek. Poszli więc gdzieś w podróż po pociągu, a ja, przyznam z pewnym wstydem, nie czułem się zobowiązany żeby ich informować, że w całym pociągu zarezerwowane są pojedyncze miejsca, reszta wolne. Zresztą, konduktor powiedział to mi przy nich – ale co alkohol i późna pora robi z percepcją…

Pociąg pędził z prędkością nadświetlną bądź wpadliśmy w pętlę czasową w Warszawie Centralnej – przyjechaliśmy bowiem o 8.05 do Warszawy i zdążyliśmy na pociąg do Gdyni odjeżdżający o 7.55. Takie cuda, panie. Kupiliśmy bilet w okienku, wskoczyliśmy do pociągu i…tak sobie siedzieliśmy, bo pod Sochaczewem był wypadek i były zablokowane tory w kierunku Warszawy Zachodniej. Teraz myślę, że trzeba było poszukać pociągu jadącego na północ przez W-wę Wschodnią, ale kiepski przepływ informacji (opóźnienie zmieniało się od kwadransa, stopniowo co dziesięć minut, aż do dwóch godzin) i wygoda siedzenia już w pociągu do domu sprawiły, że zostaliśmy w danej teelce.

Złapaliśmy miejsca siedzące w wagonie, w którym już siedziała rodzina z dziećmi. Rodzina była prawidłowo polska, narodowa, katolicka i kompletnie nie z tej ziemi. Nasza krótka rozmowa z nimi, uprzejma i ostrożna, szybko zmieniła się w podawane przez nich hasła, często niezwiązane z poprzednimi wypowiedziami i w ogóle z rzeczywistością. O., chodzący kompas rozsądku i wyczucia towarzyskiego, zasłoniła się Jackiem Londonem, a ja, głupi, ciągnąłem rozmowę.

Dowiedziałem się wielu ciekawych rzeczy. Przykładowo, afera taśmowa została wymyślona, bo Rosjanie wykupują PKP Cargo, Polskę należy rozwalić i zaorać na nowo, życie bez idei jest gówna warte, polski naród jest wyniszczany ze wszystkich stron, wszystkie media (poza tymi w internecie) kłamią. Na stoliku leżały dwie gazety dwóch różnych wydawnictw – jedna służyła Niemcom, druga Rosjanom, ale nigdy się nie dowiedziałem, czemu je mój rozmówca cytował jako prawdy objawione. Sejm należy powystrzelać, a miejskie spółki komunalne są tylko po to, aby nakręcać dług publiczny, który osiągnął „już nie jeden, a trzy miliony”, tak samo jak „pożyczki z Unii” i remonty torów (niestety, nie wyklarowano mi, czy chodzi o deficyt budżetowy, dług publiczny, jawny, ukryty, per capita czy ogólny). Nawet mojej ukochanej, biednej, bydgoskiej „Pesie” się oberwało, tak samo jak i Balcerowiczowi, który „pokazał, kim naprawdę jest przy tej sprawie z OFE” (znowu, niestety, nie wiem kim). W międzyczasie ich dwójka blond urwisów słuchała ze zdziwieniem, że obecne młode pokolenie jest nic nie warte i w spokoju jadło andruty z podłogi wagonu.

W toku dalszej podróży nasze dialogi się uproszczały do etapu, w którym się poddałem i tylko nerwowo uśmiechałem, kiedy słyszałem, jak wszystko, od turystów w Zakopanem, przez pociągi, remont dworca w Bydgoszczy, opóźnienia pociągów do zarządu spółki PKP Intercity jest beznadziejne i „wiadomo, na czyją korzyść działa”. Niestety, nie dowiedziałem się, kim są oni, ani jak to działa. Okazało się też, że wypadek kolejowy potrafi być bezpośrednią winą rządu, czego mimo pewnego wysiłku umysłowego, nie byłem w stanie połączyć z pomocą którejkolwiek z teorii związków przyczynowych.

O ile uwielbiam ludzi z najróżniejszymi poglądami, to jednak nie znoszę osób, które nie dopuszczają do myśli ziarna wątpliwości ani dyskusji. Rozmowa z tymi ludźmi była o tyle ciężka, że świat, który oni postrzegali, bym ciemny, ponury i rządzony przez obce, wrogie, nieokreślone siły. Smutna dla mnie wizja świata i potwornie dobijająca – do tego, niestety, strasznie płytka.

Z ulgą wysiedliśmy na swojej stacji…

* * *

Z innych wiadomości – wybywam w niedzielę do Belgii! Znowu. Jak się ustatkuję, to napiszę więcej. Coś te frytki, piwo i czekolada ciągle mnie ściągają do siebie. Już któryś raz z rzędu, jest to „ten ostatni wyjazd”…

* * *

A! No i oczywiście – zdjęcia!