frytkizmajonezem

Zapiski o tym, co się przydarza Dychowi, gdy nie może usiedzieć w jednym miejscu.

O pracy, flamandzkim, wizytach, sądach i trochę marudzenia [zdjęcia! i to nie marudzenia!]

z 3 uwagami

Czy muszę mówić, że jest sporo roboty? Odstępy między wpisami mówią chyba same za siebie ;-)

Staż w KeKi jest raczej bezproblemowy. Ze względu na moją ułomność językową w zakresie flamandzkiego, zadania mi się często zmieniają i są przydzielane raczej na bieżąco. Zrobiłem jeden projekt* sam, poza tym mamy administracyjne zadania związane z organizacją kursu (selekcja kandydatów etc.). Ostatnio zająłem się czymś bardziej związanym z moimi studiami – analiza wyroków ETPCz! So much fun! Serio, może to zboczenie, może odjazd jakiś psychiczny przez tą miesięczną analizę polityk publicznych, ale się z tego cieszę jak głupi.

Poza tym uczę się niemieckiego (po flamandzku, co jest cholernie zabawne), jeżdżę co jakiś czas do Brukseli (służbowo!), byłem na corocznym rozdaniu nagród studenckiego koła o charakterze quasi-filozoficznym i dyskusyjnym (długa historia), dostałem z dziesięć książek w prezencie (bez okazji), ćwiczę flamandzki (i widzę różnice w akcentach!) i w ogóle nie próżnuję. Albo taką mam nadzieję. Chyba że jest sobota/niedziela. Wtedy próżnuję. Po to są soboty i niedziele. Przecież.

W międzyczasie wpadła z wizytą O. Pozwiedzaliśmy trochę (nooooo….Gent, Antwerpię i Leuven. Brugia – następnym razem!), pojeździliśmy tu i ówdzie. Szefowa pożyczyła nam drugi rower, więc O. mogła poznać uroki miasta od strony bardziej mobilnej.

Właściwie, to jest to dosyć zabawne. Mam wrażenie, że wszystkie odległości w Gencie są tak wymierzone, żeby dało się tam dojechać na rowerze. Z buta za daleko, autobusy jeżdżą jak chcą – a po co czekać 20 min na bus, skoro tam dostać się rowerem w 15 minut (maks!). Poza tym, klimat jest naprawdę łagodny i mocny deszcz złapał mnie w sumie raz, w drodze do pracy.

W czasie ostatniego miesiąca poznałem za to uroki zatłoczonych pociągów w godzinach szczytu (zwłaszcza na trasie Leuven-Bruksela-Gent) i uprzejmość belgijskich kierowców (chętniej podwożą niż Holendrzy…dziwne…).

Byłem wczoraj na spotkaniu z prof. Lemmansem (belgijski delegat do ETPCz) i Lady Hale (członkini brytyjskiej Izby Lordów i Sądu Najwyższego) w Brukseli. Miło jest usłyszeć rozsądnych ludzi.

***wtręt maruszeniowo-rozmyślaniowy. Jak nie masz ochoty czytać, zjedź niżej, wstawiłem tam parę zdjęć***

 

W sumie, zainteresowała mnie ostatnio jedna rzecz. Studiuję prawo, mam jakieś własne, niewielkie, ale jednak pojęcie jak działa państwo, sądy i inne instytucje. W większości przypadków, gdy zbadam jakoś dokładniej kontrowersyjny temat, okazuje się że dany środek przekazu (wycinek wiadomości z internetu, prasa, pozbawiona źródła plotka) w pewnym stopniu wiadomość wypaczył, zniekształcił. Mimo to niewiele osób jest zainteresowane zgłębieniem tematu i poszukaniem prawdy. Wierzymy plotkom na słowo, zamiast sprawdzać ich wiarygodność, szukać innych źródeł czy opinii. Oczywiście, nie jesteśmy głupi, nie powtarzamy niesprawdzonych informacji. Ale już je poznaliśmy/usłyszeliśmy/przeczytaliśmy, pamiętamy je, wpłynęły na nas. Stąd potem pojawia się strach czy stres – mamy zniekształcony obraz rzeczywistości. Nie mówię tu nawet o tym jak media z obu stron raczą nas sprzeczną interpretacją danych, ale o tym kiedy brak nam samych danych.

Czy ktoś chociażby kojarzy sprawę piekarza z Legnicy, którego zniszczył Urząd Skarbowy, bo drobny przedsiębiorca nie zapłacił podatku od darowizny (rozdawał ubogim wczorajszy chleb, bo nie chciał, żeby się zmarnował)? Na pewno, sprawa była głośna parę lat temu. Otóż zonk – facet nie został oskarżony o rozdawanie chleba, tylko za zaniżanie sprzedaży, żeby uniknąć zapłaty VAT-u. Tylko że wtedy jest zwykłym oszustem podatkowym, a to się nie sprzedaje tak łatwo. Żeby było śmieszniej, pisano też o tym w mediach (choćby tu, tu i tu), ale jakoś się nie przebiło do świadomości publicznej.

Drugi przykład, niestety nie poparty już linkiem – parę miesięcy temu zaginęła kuzynka mojego kolegi. Szybka akcja, zrobili stronę na wordpressie, zarzucili linka, zrobili ogłoszenie jako jpg i dalej, ludzie, “szerujcie”. W ciągu kilku dni się szybko rozeszło po necie. Po paru dniach ktoś mi zwrócił uwagę, że podany przeze mnie link nie działa. Sprawdziłem, faktycznie. Zadzwoniłem do kolegi – kuzynka się znalazła, i to kilka dni temu. Zasiedziała się u koleżanki, wróciła do domu w sumie po 48 godzinach, kwestie rodzinne. Tylko że informacja o tym nie była tak intensywnie przekazywana. A zdjęcie uroczej blondynki z podpisem “ZAGINĘŁA” krąży pewnie do dzisiaj. Ludzie z Gdańska i okolic się zastanawiają – “W jakich czasach żyjemy…porwania, zaginięcia….a dziewczyna pewnie podzieliła los Iwony Wieczorek”.

Może wyolbrzymiam, może marudzę, ale trzeba z dystansem podchodzić do niektórych informacji. Weryfikować, szukać. Inaczej możemy się zamknąć w wirtualnym świecie, który jest po prostu niezrozumiały.

*** koniec wtrętu ***

Jeezzuuu, jak ja tu wylądowałem od luźnej myśli o tym, że ludzie źle rozumieją rolę sądów? Dychu, weź się ogarnij.

A, żeby nie próżnować – zdjęcia! Parę z Antwerpii, parę z Gentu. Z podziękowaniami dla dzielnej O., która pstrykała co jej w oko wpadło.

 

 

*Zdaję sobie sprawę, że słowo “projekt” ma w języku polskim inne znaczenie i że używam karygodnej kalki językowej. Będę wdzięczny za polski odpowiednik, który nie brzmi pokracznie.

Written by dychu

Marzec 29, 2014 at 19:26

Napisane w Praktyki

Z powrotem w Belgii! [zdjęcia]

z 2 uwagami

Tak jak wcześniej pisałem, wyjechałem na praktyki. Praktyki są prowadzone przez tych samych ludzi co Erasmus i patrząc wstecz, wydaje mi się że było jeszcze mniej roboty papierkowej. Plus!

Wyjechałem dwa tygodnie wcześniej, żeby móc w spokoju pisać magisterkę, zająć już wynajęte mieszkanie (ściślej: pokój), ogarnąć się trochę, odwiedzić może znajomych, pozwiedzać trochę no i kontynuować kurs niemieckiego -pierwsze zajęcia już 10 lutego! Chcą w trzy miesiące przerzucić mnie z poziomu A2 na B1. Powodzenia.

Podróż do Warszawy (startowałem z Modlina), a potem po raz n-ty lot tanią linią lotniczą (tym razem tą bardziej reklamorzygającą, a nie tą różową) były bezproblemowe, mimo kapryśnej aury. Z lotniska w Charleroi też bez większych cudów. Tylko znowu, jak przy każdym przekraczaniu granicy, wszystko wydaje się drogie.

Belgia przywitała mnie dodatnią temperaturą i deszczem. Naprawdę, nie wiem czego się spodziewałem. Pokój mam na przedmieściach Gentu, co oznacza w praktyce 25 min piechotą do centrum i 35 minut do pracy. Astronomiczne odległości. I tak wynajmę rower. Znalazłem już nawet firmę studencką, która się tym zajmuje. Teraz muszę tylko ich przekonać, że jestem studentem lokalnego uniwerku.

Spotkałem się już z ludźmi z NGO, w którym będę pracował. Wszyscy jesteśmy podekscytowani, czeka nas dużo pracy, ale jakoś nikt się tego nie boi. No dobra, trochę ja. Boję się, że przeceniają moją wiedzę na temat prawa europejskiego. Trudno, będę zachrzaniał, nikt nie powiedział że będzie “letko”. Nie mogę się doczekać!

Parę dni temu pojechałem z koleżanką S. do Oostende, na brzeg morza. Zabawne, rok tu mieszkałem, byłem w Dunkierce, byłem w Holandii nad morzem, ale na belgijskie wybrzeże nie dotarłem. Dopiero teraz mi się udało. Trochę monotonne i bardzo zabudowane, skomercjalizowane. Wolę polskie, trochę dziksze. Ale też było przyjemnie, zwłaszcza że pływy są tu bardziej widoczne. No i puszczałem pierwszy raz w życiu latawca. Chyba mam nowe hobby.

W przyszły poniedziałek zaczynam kurs niemieckiego, pracę w KeKi kilka dni później. Do tego czasu piszę magisterkę, zobaczymy co się urodzi. Na razie jest to jakaś podzielona na moduły pokraka, ale może jak uzupełnię przypisy i ją posklejam, to będzie do rzeczy. W międzyczasie eksperymentuję w kuchni. Mój zjarany landlord obserwuje mnie z zainteresowaniem Igora.

Byłem też na FOSDEMie, a właściwie na piwnym evencie go poprzedzającym. Ciekawe zjawisko. Duże ilości naraz programistów open-source pod wpływem alkoholu. I to w sercu Brukseli, w znanym pubie Delirium, lejącym z kija przepyszne “Delirium tremens“. Mniam. I zjadłem gofra. To był dobry wieczór. Poza tym momentem, kiedy wracając stwierdziłem, że przecież mogę pójść skrótem do domu. To nie był skrót (trasę nieznacznie zmieniłem, dane osobowe, cookies etc.)

A teraz: zdjęcia! Sorry za jakość, zdjęcia robione kalkulatorem.

 

Written by dychu

Luty 6, 2014 at 12:21

Napisane w Praktyki

Po co siedzieć w domu, skoro można…yyy…być gdzie indziej? [zdjęcia]

Skomentuj »

Znajomi mnie namówili na wyjazd w Karkonosze na Sylwestra. No to czemu nie opisać?

Pojechaliśmy w jakieś 50-60 osób nocną tlką do Jeleniej Góry. Tam mieliśmy zorganizowanego busa do Karpacza, pod sam PTSM, który zajęliśmy cały. Pierwszego dnia chodziliśmy po okolicy w poszukiwaniu keszów (kto nie wie co to jest, niech klika tu). Połaziliśmy po Karpaczu (jeden z keszy był schowany koło kościoła), zaszliśmy na Krucze Skały i wodospad w Łomnicy…a potem, przyznaję ze wstydem, nie za bardzo śledziłem trasę. Trochę zmęczenie pociągowe, trochę lenistwo. Po prostu łaziliśmy przez kilka godzin, wspinaliśmy się na skałki i oglądaliśmy wszelakie okoliczne atrakcje (m.in. kościół Wang, ciekawa konstrukcja, wyraźnie inna od podobnych kościołów w Norwegii). Do schroniska zaszliśmy w sumie dosyć późno.

Drugiego dnia była wycieczka już większa – wspięliśmy się trasą Polana – Pielgrzymy – Słoneczniki – grzbietem do schroniska “Odrodzenie” – powrót na Polanę niebieskim szlakiem po zboczu. Spacerek niezły, zwłaszcza że tak od 1000 mnpm już (jeszcze?) leżał śnieg. A potem weszliśmy w chmurę i było wesoło. Zabawne, człowiek po chwili już nie pamięta, że było ciężko, jedyne co pamięta to te miłe uczucie ze zrobienia trasy. Wiwat pamięć selektywna!

Następnego dnia zrobiłem sobie dzień przerwy, nazwijmy to – regeneracyjno-gospodarczy. Oficjalna wersja – bolała mnie lewa noga, nieoficjalnej nie podam, powiem tyle, że zbyt intensywnie grałem w szachy. Alkoszachy.

Wobec powyższego, ominął mnie wypad na Śnieżkę, czego nie mogłem sobie przebaczyć. Ruszyłem więc w Sylwestra z samego rana na samotną wycieczkę. Taaa, samotną…wchodziłem ze Skalnego Osiedla na Sowią Przełęcz w sumie sam, ale tam już zaczęło się robić tłoczno. Do Jelenki głównie Czesi rodzinnie, raczej spokój, potem pustka przez fragment trasy….a na Śnieżce dziki tłum. Zatrzymałem się tam na obiad, co było raczej głupie i nie w moim stylu, ale raz zaszaleć, jak nikt nie patrzy, można. Tylko się utwierdziłem w przekonaniu, czemu do tej pory nie jadałem w schroniskach. Jednak w zimie ciężej się chodzi bez odpoczynku i ciepłego posiłku, zwłaszcza przy silnym wietrze.

Na Śnieżce zmieniłem plany i zamiast wrócić do Sowiej Przełęczy, zszedłem do Domu Śląskiego. Trasa była straszna, śliska, oblodzona, zatłoczona i kamienista. Ślizgali się nawet ludzie z kijkami i rakami. Podziwiałem za to ludzi w adidasach. Tak, było kilku. Widziałem już wiele, ale to było i tak mocne.

Kiedy ześlizgnąłem się na dół, zaliczając sporo upadków, niszcząc sobie rękawice, rozbijając kolana i tyłek, wstałem, otrzepałem się i obejrzałem w tył, żeby zrobić zdjęcie. Wtedy dopiero zobaczyłem, że chmura, która mnie goni od dłuższego czasu, wcale nie zmieniła kierunku i już przykryła Śnieżkę. Przyspieszyłem kroku i zszedłem koło Domu Śląskiego i później wyciągu, w dół do Karpacza. Cała trasa zajęła mi pięć i pół godziny (z ponad półgodzinną przerwą na obiad!) i była świetna, zwłaszcza w kwestii widoków. Muszę jeszcze wrócić zimą w góry.

Kiedy wróciłem do schroniska, trwały pełne przygotowania do imprezy. Niezwykły klimat osiągnięto tematycznymi strojami i ogólnym nastrojem, zabawa była przednia. Dla mnie niestety zbyt przednia, pogo wyszło zbyt szybko, ja nie przedsięwziąłem odpowiednich środków i w wyniku nieszczęśliwego wypadku kolega wbił mi okulary w twarz, a mnie samego w krzesła stojące pod ścianą. Wyglądało bardzo groźnie, skończyło się na strachu w sumie. Z obecnej perspektywy jest mi właściwie głupio. Było podejrzenie wstrząśnienia mózgu, złamania kości jarzmowej i połamanych żeber, a po kilku dniach, po wizycie u internisty, skończyło się na podejrzeniach. Zyskałem za to dwie blizny, efektowne limo pod okiem, stłuczone żebra i, tu cytat, “zakaz wuefu przez dwa tygodnie”. Ale jak kicham to się przewracam z bólu. Ludzkie ciało jest zabawne.

Z tegoż powodu nie poszedłem na przedłużenie rajdu (przez Samotnię do Szklarskiej Poręby), tylko znieczuliłem się w pociągu i pojechałem z resztą na północ. Stąd niestety rajd uległ pokaźnemu skróceniu, trudno, ale za to – Śnieżka zaliczona! A nigdy na niej nie byłem wcześniej, co się liczy.

Zdjęcia!

Written by dychu

Styczeń 5, 2014 at 01:12

Napisane w Inne podróże

Pribaltica [zdjęcia]

Skomentuj »

Written by dychu

Grudzień 24, 2013 at 15:19

Napisane w Inne podróże

Pribaltika 2013 – czyli Vilnius i Riga samochodem

z 2 uwagami

Nudno się zrobiło, trzeba gdzieś jechać. Poinformowałem o tym fakcie kolegę M., który dzielnie stanął ze mną w pokoju przed mapą Europy i pogrążył się w zadumie.

- Niemcy? – Nie, Zachód mi się znudził. Może Ukraina? – Nie, za duża wyprawa, drogi kiepskie. Trzeba by się lepiej zorganizować. Czechy, Słowacja? – Byłem niedawno. Poza tym lepiej tam jechać w lato. Białoruś? – Nie załatwimy wiz. Skandynawia? – Drogo i ponuro, zwłaszcza w zimie. – To co, Wilno? – Eee..jak szaleć to szaleć. Wilno i Ryga? – Niech będzie.

Tydzień później, pojąc się najtańszym w Warszawie piwem i snując polityczno-historyczno-przyszłościowo-koncepcyjną, leniwą, studencką dyskusję z drugim kolegą, którego imię też się zaczyna na M., więc jako warszawiak zostanie tu określony literą W., namówiłem go do udziału w naszej wyprawie.

Tydzień przez wyjazdem poznałem klimaty przekraczania granicy z Obwodem Kaliningradzkim i po zdobyciu pewnej wiedzy na temat okolicy i dróg oraz ustaleniu ramowego planu wyjazdu, zamówiliśmy hostele, odnowiliśmy kontakty ze znajomymi, zatankowaliśmy do pełna i ruszyliśmy na szeroko pojęty wschód.

Po drodze zahaczyliśmy o Kętrzyn, w którego okolicy znajduje się miejscowość Gierłoż, a w pobliskim lesie – Wilczy Szaniec, główna kwatera Hitlera na operację “Barbarossa” i miejsce słynnego zamachu von Stauffenberga (tego od “Walkirii”).

Miejsce jest bardzo ciekawe, ale bez przewodnika jest tylko stertą żelazobetonu. Trzeba trochę wyłożyć, bo teren jest prywatny (żaden z obiektów nie ma statusu zabytku – i bardzo dobrze). Bilet 10-15 zł, parking za samochód – 10 zł, przewodnik 50 zł. Ale warto! Do niektórych bunkrów można wejść. Mimo iż większość została zniszczona przez wycofujące się wojska niemieckie, są to i tak niesamowite konstrukcje. Poniżej znajdziecie parę zdjęć, patrzcie na wejścia i na osoby i porównajcie z wysokością bunkrów. Stropy miały nawet po siedem metrów grubości i były bunkry dodatkowo maskowane. Zniszczenie ich nalotem było prawie niemożliwe. Za to do zniszczenia ich od środka wystarczało, bagatelka, kilka ton trotylu…

Ruszyliśmy stamtąd dalej na wschód. Muszę przyznać, że podróżowałem różnymi środkami transportu, ale pierwszy raz prowadziłem samochód na tak długiej trasie. Zrozumiałem wiele bolączek kierowców…powiedzmy, że drogi wojewódzkie, a także niektóre krajówki, są dalekie od reprezentowania statusu głównych dróg w naszym kraju. Tak tylko mówię. Głównie prowadził kolega, który jest właścicielem samochodu, ale nie dałby rady na tak długiej trasie, więc Wasz skromny bloger/pismak wyręczał go czasami.

Zapomnieliśmy o tym, że Litwa jest już w strefie czasowej EET (czyli GMT+2) i straciliśmy godzinę samym przekroczeniem granicy. Jeśli doliczymy, że dwie godziny byliśmy w Wilczym Szańcu, że trzeba było coś zjeść po drodze i wymienić walutę…trochę się tego nazbierało.  Krótko mówiąc, w Wilnie byliśmy koło 21.00.

Przed wyjazdem podkułem rosyjski, ale na nic nam się nie zdał, bo wszędzie byliśmy w stanie się porozumieć po angielsku lub polsku. Po polsku mówili wszyscy zatrudnieni w usługach – od sprzedawców ulicznych, przez ekspedientów, po obsługę hostelu. Wilno ma sporą mniejszość polską i silne związki z Polską, przez co obywatel Rzplitej czuje się tam bardzo swojsko. Miło jest zobaczyć polskie nazwiska na tablicach pamiątkowych czy ulicach, czy choćby styl architektoniczny, tak dobrze nam znany. Jest to jednak stolica Litwy i czuć, że Litwini czują się tam dobrze. Nie ma tej atmosfery, o której trąbi się w mediach przy doniesieniach dotyczących ataków na mniejszość polską. Polacy? O, fajnie. Turyści? Super!

W Wilnie zatrzymaliśmy się w hostelu przy Ostrej Bramie, który służył nam za bazę wypadową wieczorem i rano. Od rana po Wilnie oprowadzała nas znajoma W. z Erasmusa. Dowiedzieliśmy się dzięki niej trochę o najnowszej historii Litwy i zaprowadziła nas do mniej oczywistych miejsc. Mimo krótkiego spotkania, cieszę się że pospacerowaliśmy z nativem.

Po spacerze spakowaliśmy się, opuściliśmy hostel i udaliśmy się w dalszą trasę, tym razem na północ. Planowaliśmy zobaczyć parę miejscowości, w tym malownicze Troki, dawną stolicę Litwy, ale ze względu na goniące nas terminy i aurę, która nie zachęcała do zwiedzania wyziębionych zamków, uczyniliśmy Rygę naszym następnym celem.

Pragnę nadmienić, że moja wiedza o Łotwie składa się z kilku dowcipów o łotewskich chłopach (jeśli nie znacie, to tu macie próbkę tej schizy), średnim kursie łata (1 łat – 5,9 zł – whaaaat [pun intended]), możliwości wskazania Łotwy na mapie, wymienieniu dwóch czy trzech miast, może naszkicowaniu niektórych fragmentów jej historii (tzn. Inflanty…Potop szwedzki…bitwa pod Kircholmem…yyy…potem okupacja i odzyskanie niepodległości w 1991. Spore dziury). Nic więcej. Kiedy więc przejechaliśmy pierwsze 80 km od granicy z Litwą i zahaczyliśmy po drodze o dwa niewielkie miasta (I NIC WIĘCEJ) moje stereotypy tylko się pogłębiły.

A potem wjechaliśmy do Rygi.

Dawno nie byłem tak zaskoczony. Niespecjalnie spodziewałem się tego, że zobaczę całkiem w porządku, średniej wielkości europejskie miasto. Rozwinięta komunikacja, kilka dużych biurowców i hoteli, siedziby kilku znanych marek. Standardowe supermarkety, śliczna starówka z szacunkiem dla burzliwej historii regionu, za to z charakterystycznym dla wschodniej Europy dystansem wobec własnych dziejów (pomnik Strzelców Łotewskich, którzy wspierali Lenina w dążeniu do powszechnej rewolucji, stoi niedaleko Muzeum Okupacji Sowieckiej). Piękne, secesyjne kamieniczki w centrum są radością dla oczu, w przeciwieństwie do socrealistycznych bloków w innych dzielnicach i wieżowca Akademii Nauk Łotwy (który wyglądem przypomina PKiN w Warszawie).

Mimo to, bardzo mi się tam podobało, a mój krótki pobyt w Rydze tylko zaostrzył mi apetyt na więcej. Spodziewałem się kraju postkomunistycznego, wschodnioeuropejskiego, a zobaczyłem nową jakość – kraj bałtycki, coś zupełnie innego. Nie Skandynawia, nie Niemcy, nie Rosja. Właśnie kraje bałtyckie. Nie dojechaliśmy do Estonii, mimo zaproszeń do Tartu, ale już wiem, gdzie skieruję się na następną wyprawę.

Powrót był męczący (kolega M. prowadził przez Łotwę i Litwę, ja wsiadłem za kółko w okolicach Olecka, przed Ełkiem) i zajął nam jakieś trzynaście godzin. Nie polecam drogi nr 16 na odcinku Ełk-Olsztyn, potem było do przeżycia.

Zdjęcia wrzucę w następnym poście, oczekujcie!

Written by dychu

Grudzień 17, 2013 at 17:43

Napisane w Inne podróże

Kaliningrad

Skomentuj »

Ostatnio pojechałem do Kaliningradu. Dlaczego? BECAUSE I CAN.

Ale po kolei. Bodajże w lipcu umożliwiono osobom mieszkającym w strefie nadgranicznej w ramach tzw. MRG (mały ruch graniczny) na odwiedzenie Kaliningradu (Rosjanie dostali analogiczną możliwość). Kryteria są dosyć łatwe do spełnienia – trzeba dostarczyć wymagane dokumenty (w tym dowód zameldowania w strefie nadgranicznej przez określony czas), złożyć wniosek w konsulacie i uiścić 20 euro opłaty konsularnej. Po dwóch tygodniach, bez żadnych pytań, dostajemy nasz paszport z nową wklejką – czyli właśnie pozwolenie na MRG.

MRG cieszy się wielką popularnością po obu stronach granicy. Obwód Kaliningradzki to eksklawa Rosji, do której wszystko trzeba importować, bo jest otoczony krajami ze strefy Schengen, z którymi ma dość szczelne granice. Tańsze niż u nas jest tylko wódka, paliwo i papierosy. Cała reszta – czasami o wiele droższa niż u nas. No i dobór towarów ograniczony. Dlatego też Rosjanie jeżdżą do Gdańska i okolic po jedzenie, sprzęt elektroniczny, ubrania i ogólnie pojęte różne towary, a Polacy, zwłaszcza z Warmii i Mazur, po benzynę, wódkę i fajki.

U mnie w międzyczasie pojawił się pomysł, aby pojechać ze znajomymi na Litwę. Pomysł chwalebny, problem z realizacją, w portfelu pustki. Kolega ma samochód, ale czym zapełnić bak? Rozwiązanie jest po drugiej stronie przejścia granicznego w Mamonowie (biorąc pod uwagę wartość dziennych łapówek, trafna nazwa). Jak się przekracza granice? Co potrzeba? Gdzie się kupuje benzynę? Którym stacjom ufać? Stwierdziłem, że tydzień wcześniej pojadę z nim do Obwodu i wszystkiemu się przyjrzę.

Jechaliśmy w sobotę w nocy, aby uniknąć korków na drogach jak i kolejek na przejściu. Huragan Ksawery już przeszedł nad Polską, sprowadzając niskie temperatury, silny wiatr i kupę śniegu, co tylko dodawało uroku faktowi, że jedziemy do Rosji. Do przejścia granicznego samochodowego dojechaliśmy w miarę sprawnie, zatrzymując się po drodze tylko celem wymiany waluty w sprawdzonym kantorze.

Przejście graniczne w nocy wygląda jak inny świat. Jako człowiekowi korzystającemu z uroków Schengen każdym możliwym środkiem transportu zostało mi przypomniane, że brak granic nie jest normalną praktyką w Europie. Sprawdzano nam paszporty po jednej i po drugiej stronie, ja musiałem wypełnić kartę migracyjną, a kolega dodatkowo deklarację celną. Ponadto, jeśli się przekracza granicę samochodem, potrzeba zielonej karty w OC oraz sprawnej gaśnicy i apteczki (milicja czuwa).

Przypomniano mi po raz kolejny, że mimo usilnych starań celnik nie ma poczucia humoru. Na granicy w ogóle miałem takie uczucie permanentnego napięcia – mimo iż nic nie przewoziłem, miałem wszystkie dokumenty w porządku i nie sprawiałem kłopotów. Może była to kwestia upiornej nocy? Nie wiem, ale z ulgą odjechaliśmy od bramek, płotów i blokad tworzących granicę z bratnim słowiańskim narodem.

Ciężko powiedzieć, co widziałem w Kaliningradzie, bo noc była ciemna, a my wjechaliśmy nie dalej niż na dwadzieścia kilometrów wgłąb kraju. To co widzieliśmy, nie wyglądało specjalnie optymistycznie. Z oczywistych względów zdjęć nie mam żadnych.

Kolega ma sprawdzoną stację w byłym kołchozie. Tak przynajmniej to wyglądało. Wielki, pusty plac, otoczony starymi barakami i rozsypującymi się halami, porozrzucane po ścianami budynków zardzewiałe beczki po olejach, a na środku – dystrybutor. Kluczowym elementem każdej stacji jest hopka przy dystrybutorze, dzięki którym można wlać więcej paliwa do baku – razem ze sprytnymi metodami odpowietrzania wlewu można nalać po samą kryzę, a do tego 10 l ropy lub benzyny do kanistra.

Rozsądne tutaj się wydaje wspomnienie o ryzyku – pojawiały się głosy o kiepskiej jakości paliwa z Obwodu, jednak dotyczy to konkretnych stacji, a ludzie jeżdżący na tej trasie przekazują sobie wszelkie wiadomości pocztą pantoflową, więc dość szybko można znaleźć winną partię paliwa. Mój kolega jeździ na ruskiej ropie od paru miesięcy i się nie skarżył, aby miała gorsze osiągi czy uszkadzała silnik.

Potem wróciliśmy na główną drogę, aby zrobić zakupy. Dwa sklepy całodobowe (jeden ogólnospożywczy i drugi, z papierosami i wódką, wyglądający jak apteka) wyglądały jak mały, niesieciowy sklep w Polsce. Niewielki wybór czegokolwiek, zwłaszcza gazet, większość produktów nam znana z naszych sklepów, zero folkloru. Nawet słodycze wyglądały tak sobie. Na wszelkie Wedle i Grześki nie patrzyliśmy, bo nas nie interesowały. Kupiłem za to litr wódki Russkaja, poleconą przez obrażoną na nocną zmianę sprzedawczynię, której przeszkodziliśmy w oglądaniu serialu.

W drodze powrotnej postanowiliśmy zahaczyć o sklep bezcłowy, co jednak wymagało zjechania z drogi zielonej (nic do oclenia) na drogę czerwoną (cło).  Był to kiepski wybór, bo sklep bezcłowy niczym się nie różnił od tych na lotniskach (perfumy, wódka, słodycze, wszystko w astronomicznych cenach), a zmiana drogi kosztowała nas inspekcję celną, pyskówkę z celnikami i godzinę w plecy. W dodatku kolegów wzięto na bok do rutynowej kontroli – śmialiśmy się, że to dlatego, że drugi kolega trzymał ręce w kieszeniach podczas inspekcji. Nam się upiekło na ochrzanie za nocne szlajanie się po granicach, zamiast imprezowaniu w sobotę wieczorem, jak przystało na studentów.

Powrót również zleciał bardzo szybko, jednak mimo to byłem w domu koło piątej rano. Mój kolega twierdzi, że jeśli nie stoi się długo na granicy i nie czeka bez sensu (zdarzyło nam się parę przestojów) to można się uwinąć tam i z powrotem w jakieś cztery i pół godziny.

Czy takie wycieczki się opłacają? To zależy. Mieszkańcy przygranicznych miejscowości, zwłaszcza Ci bezrobotni, jeździli na potęgę, dopóki nie wprowadzono (nieco bezprawnie) ograniczenia w postaci maks. 10 przejazdów miesięcznie (każdy kolejny ma mieć udowodniony niehandlowy charakter – co to jednak znaczy, nie wiadomo). Można przewieźć bak pełen paliwa i 10 l w kanistrze na dodatek, do tego 40 papierosów (dwie paczki) i 0,5 l wódki na osobę. Ograniczenia bardzo ostre, przez które bardziej się opłaca to osobom jeżdżącym często, a mającym blisko. Policzyliśmy, że te 100 l diesla pozwoli koledze jeździć przez jakiś miesiąc, może półtora. Jeżdżą za to też samochody o pojemności 60 l, co już się niekoniecznie opłaca, albo na malborskich blachach, co już brzmiało absurdalnie. Według Służby Celnej, najwięcej przewożą tzw. pasaciarze (czyli kierowcy VW Passatów, które mają spore baki) z północnej Warmii. Część z nich sprzedaje benzynę na lewo, jak się wie jak to można do takich źródełek dojść. Ilość benzyny i ropy wywiezionej z Obwodu szacuje się już w dziesiątkach milionów litrów. Ale cóż, jest to transakcja wiązana ;-)

Jak oceniam Obwód? Ciężko cokolwiek powiedzieć, bo do samego Kaliningradu nie dojechałem, a to co widziałem nie było specjalnie reprezentatywne. Na pewno przyjemnie było znowu pojechać do Rosji i odczuć to inne myślenie, inne powietrze, inne wszystko. Rosja jest trochę jak inna planeta. Nie wiem, czy jest to dobry kraj, ale na pewno ciekawy…choć raczej w stylu tego starodawnego przekleństwa: “Obyś żył w ciekawych czasach”…tylko że w ciekawym kraju!

Written by dychu

Grudzień 10, 2013 at 16:08

Napisane w Inne podróże

O zdobywaniu podpisów i średniej ocen.

z 3 uwagami

Dostałem podpis od koordynatora wydziałowego na moim TA. Jeszcze tylko parę formalności i będę mógł zacząć się przejmować problemami związanymi z wyjazdem na poważnie! ;-)

Będąc w gabinecie koordynatora zacząłem z nim rozmawiać na temat przyszłości Erasmusa u nas na wydziale. Zdaję sobie sprawę, że orłem Temidy to ja nie jestem, ale ku memu zdumieniu, przy zaliczaniu roku więcej problemów miałem z kwestiami administracyjnymi i organizacyjnymi, niż z zakresem czy zdobywaniem wiedzy. Doszedłem nawet do wniosku, że wykłady są albo niepotrzebne albo wadliwie prowadzone, jeśli tak łatwo jest zaliczyć dwa lata studiów równolegle.

Dowiedziałem się, że władze wydziału nie są specjalnie przychylne programowi Erasmus, który jest postrzegany raczej jako wakacje, niż studia. Śmiem się tu nie zgodzić, podobnie zresztą koordynator…jednak to ścisłe związanie państwa i prawa ma swoje skutki. Nie jest dla władz wydziału wyobrażalna sytuacja, aby student ominął jakiś przedmiot w toku studiów. Tłumaczy się to tym, że uczelnia nie chce mieć famy wypuszczania nieuków. Ale czy ta obawa jest uzasadniona? Jeśli absolwent chce zostać praktykiem w którejś z dominujących korporacji zawodowych (tj. adwokackiej, radcowskiej, sędziowskiej, prokuratorskiej, notarialnej, komorniczej etc.) to i tak musi zdać wymagający egzamin aplikacyjny. Jego braki i tak wyjdą na jaw, do tych egzaminów trzeba przygotowywać się miesiącami. Czy naprawdę 30 godz. wykładu i 20 godz. ćwiczeń tak diametralnie zmieniają sytuację? Trochę tutaj widzę za dużo zasłaniania się statystykami i mierzalnymi wskaźnikami, a za mało troską o studenta. I proszę bez cynizmu! Bo jego nadmiar może nas zgubić.

Od zeszłego roku funkcjonuje przy naborze dodatkowy wymóg – średnia ocen 3,75. Nie jest to wysoki wymóg, ale uniemożliwiłby mi wyjazd. Nigdy bym nie pojechał na Erasmusa, nie przeżył tych wszystkich wspaniałych chwil, tej integracji z innymi ludźmi, tych podróży, tych innych perspektyw i spotkań z fascynującymi ludźmi – politykami, praktykami, naukowcami. Nie poznałbym tylu ludzi z zagranicy i dalej miał dość ograniczone pole widzenia. Dla mnie trochę przerażające.

Dlaczego o tym wspominam? Bo ten sam wymóg obowiązuje (ponoć) także na praktyki. Mimo to złożyłem dokumenty, przyjęto mnie bez szemrania. Przygotowywałem sobie w głowie ewentualne argumenty do dyskusji. Dlaczego jest to dla mnie taki drażliwy temat? Bo moje oceny z prawa międzynarodowego i unijnego, a także praw człowieka (czyli trzy dziedziny, którymi się będę zajmował w czasie praktyk) to czwórki i piątki. W dół mnie ciągną oceny z pierwszego roku studiów – prawoznawstwo, historia prawa polskiego (oblałem też prawo rzymskie, ale to akurat wstyd). Te dwa przedmioty, które zdawałem cztery lata temu, mogłyby powstrzymać mój wyjazd. To by było coś fantastycznie komicznego.

Ok, ok, wracam do nauki. Odezwę się jak będę się organizował na wyjazd trochę bardziej.

Written by dychu

Listopad 14, 2013 at 23:44

Napisane w Erasmus

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.