frytkizmajonezem

Zapiski o tym, co się przydarza Dychowi, gdy nie może usiedzieć w jednym miejscu.

Odwiedzając Leuven

z jednym komentarzem

Ze względu na rozliczne okoliczności, zostałem na święta w Belgii. Na początku myślałem, że to świetna sposobność, żeby się wyluzować, dogonić zaległości z niemieckiego i zaczytać się w porządnej, niezwiązanej z pracą, lekturze (“Jonathan Strange i Pan Norrel”, woohoo!). Ci co mnie znają, domyślą się, że zaczęło mi odbijać po kwadransie. Nadgoniłem niemiecki w jeden wieczór, spędziłem poranek z książką i miałem tyle luzu, że zaczął mi uszami wychodzić. Postanowiłem wobec tego skorzystać z wolnego weekendu i gdzieś wyskoczyć.

Tylko gdzie? I jak? W portfelu pustki, wszyscy znajomi wyjechali do domów na Wielkanoc. Jak żyć, panie premierze? Jak żyć? Zrobiłem szybki przegląd znajomych, szukając bezbożnych ateistów, Muzułmanów i innych ludzi, którzy Wielkanocy nie obchodzą. Znalazłem dwóch znajomych w Leuven, którzy mają na tyle daleko do domu, że nie wyjechali (kolega jest z Florydy, koleżanka z Puerto Rico). Napisałem do nich, ustaliłem, że jakoś w sobotę wpadnę, i wyszedłem na wylotówkę z Gentu, z kawałkiem kartonu i markerem, który zwiedził ze mną już pół Europy.

Ruch był niewielki, ale już po kwadransie złapałem dwóch młodych ludzi, którzy jechali prosto do Gentu. Ucięliśmy sobie krótką pogawędkę po flamandzku, poszpanowałem znajomością belgijskiej kinematografii, a oni uraczyli mnie kilkoma dowcipami o mieszkańcach Antwerpii. Tu muszę nadmienić, że Antwerpia jest postrzegana jako miasto megalomanów i bufonów – popularny dowcip brzmi: “Co to jest Flandria? Parking dla Antwerpii”.

W Leuven spotkałem się wpierw z koleżanką G.M., którą poznałem w czasie moich studiów w A’pen. G.M. studiuje prawo międzynarodowe w Leuven, ale po skończeniu studiów, chce wrócić do Stanów. W przyszłym roku planuje zrobić egzamin do “baru” (korporacji prawniczej w Stanach) – w tym roku zabrakło jej trzech punktów do zaliczenia – a potem rozpocząć praktykę w Nowym Jorku lub Waszyngtonie. Ambitnie!

Potem spotkałem się z kolegą J.W. Jego z kolei poznałem miesiąc temu w Komitecie Regionów. Amerykanin z niderlandzkim paszportem, studiuje w Leuven, dorabia sobie jako nauczyciel angielskiego. Spytałem się go pewnego razu, na czym polegają jego “konwersacje”, na których sobie wieczorami dorabia. Usłyszałem: “Oh, no wiesz. Siadam z klientem, pijemy piwo, gadamy o dupie maryni – od polityki, przez filmy do osobistych spraw”, po czym dodał, po chwili namysłu: “W sumie to samo, co robimy teraz, tylko koleś mi za to płaci”.

Dołączył do nas kolega Anglik i spędziliśmy miło wieczór. Następnego dnia, z racji lenistwa i niedzieli (wszystkie sklepy pozamykane), musieliśmy zjeść śniadanie/lancz na mieście. Zdjęcie tego cuda (zwanego Mitrailette) znajdziecie poniżej.

Powrót po południu też był w miarę prosty. Leuven jest maciupkie, z centrum (Grote Markt) na obrzeża (koniec Brusselsestraat) szedłem dziesięć, może piętnaście minut. Udało mi się też dość szybko złapać stopa do Gentu. Moi wybawcy jechali dużo dalej, bo do Ieper i Kortrijk, ale podrzucili mnie prawie do centrum, za co bardzo im (on-line) dziękuję!

A teraz: zdjęcia!

Written by dychu

Kwiecień 21, 2014 at 13:32

Napisane w Inne podróże, Praktyki

O carpoolingu, instytucjach unijnych i organizacjach non-profit.

Skomentuj »

Dziś będzie mocno niechronologicznie, zacznę od zeszłego tygodnia. Otóż złapała mnie za serce ostatnio tęsknota – zamarzyło mi się zobaczyć świerzop, grykę, boćki, mazurską kurną chatę i całą resztę Inwokacji. W każdym razie, zacząłem kombinować, jak i którędy jechać, coby móc na weekend do kraju zjechać, a się doszczętnie nie spłukać.

Problem leży w tym, że czas to pieniądz, czyli Cz = P, więc jakby człowiek nie kombinował, rachunek musi się zgadzać. Podróż autostopem jest najtańsza, ale niepewna. Autobusy – długo jadą i są stosunkowo drogie. Kombinować z transportem lokalnym (Gent-Bruksela-Liege-Aachen-Koln-Berlin-Szczecin-Gdańsk) można próbować, ale wcześniej czy później człowiek podlicza godziny i złotówki i blednie. Samolot – loty weekendowe nie pasowały ani czasowo, ani kasowo.

A co z carpoolingiem? Słyszałem o Blablacar, mam tam nawet konto, ale nigdy nie skorzystałem, bo zawsze jakoś było szybciej autobusem lub pociągiem. Postanowiłem spróbować. Znalazłem nawet idealnie pasujące mi połączenia. Razem zapłacę jakieś 250 zł. Super!

W piątek wieczorem podjechałem do Brukseli. Złapałem się tam z K., chłopakiem z Warmi, w moim wieku, pracującym na budowie w Brukseli. Dogadaliśmy się, wpakowaliśmy do samochodu i w długą. Piętnaście godzin  i cztery Redbulle później byliśmy w Elblągu, gdzie mnie odebrała O. Ślicznie! Wymieniliśmy się kontaktami, zapłaciłem. Wspaniały początek przygody z carpoolingiem.

Trzy dni później przyszedł czas powrotu. W poniedziałek rano zameldowałem się u Pana Z., 62-letniego artysty, który miał mnie podwieźć do Aachen. Stwierdziłem, że dalej jakoś sobie poradzę. Mieliśmy lekkie zamieszanie, co i jak i ile będziemy jechać, ale stwierdziłem – no bez jaj, pesymista jakiś, ile można jechać do Europy Zachodniej?

Och, jakżem młody i głupi.

I teraz taki mały disclaimer – w wielu miejscach byłem, z niejednego pieca chleb jadłem, podróżowałem i w słocie, i w chłodzie. Mało rzeczy – w czasie podróży! – jest w stanie mnie zdenerwować. U Pana Z. nie było jednego, dużego problemu, który by go w jakikolwiek sposób dyskwalifikował. Było ich mnóstwo, maleńkich, niby korniki podgryzające powolutku moje zdrowie psychiczne.

Pan Z. nie ma 62 lat. Ma 72, ale się odmłodził, bo nikt by nie chciał “z dziadem jeździć”. Samochód był świeżo przerobiony na gaz – nie działały wskaźniki paliwa. Albo nikt nie wiedział jak działały. Dopiero pod Berlinem udało mi się uruchomić ogrzewanie przedniej szyby, wcześniej jechał prawie na ślepo. Jechał do Kolonii przez Aachen (nie pytajcie jak). Dospawał w samochodzie dodatkowy fotel – nielegalnie. Z Gdyni do granicy w Słubicach jechaliśmy DZIEWIĘĆ GODZIN, bo musieliśmy po drodze, po kolei: odebrać bagaż od jakiegoś Turka w Koszalinie, odebrać pierwszą współpasażerkę w Kołobrzegu (wpierw błądząc po Kołobrzegu), ZDRZEMNĄĆ SIĘ PO DRODZE, znaleźć drogę do Gorzowa (nie miał mapy Polski), odebrać następne trzy pasażerki (dwie kobiety i dzieciaka) w Gorzowie, zapakować się po sufit i jechać “skrótem” do Słubic. Domyślacie się, moje nerwy były nieco osłabione.

Pod Berlinem były roboty na autostradzie i zwężenia drogi. Pan Z., po zmierzchu, mrużąc oczy, mając zaparowaną szybę i kolebiąc się od jednej krawędzi pasa do drugiej, wymijał tiry na remontowanych odcinkach jadąc 130 km/h. O ile gdyby zrobił to mój poprzedni kierowca – nabuzowany kofeiną i tauryną dwudziestopięciolatek – to siedemdziesięciodwulatek już nie budził mojego zaufania przy takich manewrach.

Podczas krótkiej kłótni na stacji benzynowej okazało się, że schodzi nam powietrze z koła. Chciałem wsiąść za kółko, ale oprzytomniałem, że nie znam samochodu, nigdy nie prowadziłem w Niemczech, ubezpieczenie OC mnie najprawdopodobniej nie obejmuje, nigdy nie prowadziłem samochodu na gaz, a w samochodzie mam pięciu pasażerów, w tym dziecko siedzące na dospawanym w garażu fotelu. Odmówiłem prowadzenia i postanowiliśmy, że będę zagadywał pana Z., żeby nam nie zasnął, a on będzie prowadzić dalej.

To była długa noc. Musieliśmy się zatrzymywać na każdej stacji, żeby sprawdzić, czy koło trzyma, instalacja gazowa wydawała śmieszne dźwięki, a pan Z. nagle oznajmił, że musi zajechać do pewnej miejscowości koło Erfurtu, żeby odebrać GPSa. Oczywiście, nie miał mapy Niemiec. Straciliśmy na tym następną godzinę, błądząc o czwartej rano po uśpionym, zachodnioniemieckim miasteczku koło autostrady.

Straciłem trochę nerwów i kiedy utknęliśmy o wpół do ósmej rano w korku przed Aachen i wyobraziłem sobie, że mamy jeszcze jechać do miasta i na dworzec, to stwierdziłem że wysiadam na obwodnicy. Tam złapałem stopa do Maastricht w Holandii i dalej do Visy w Belgii, gdzie złapałem pociąg do Gentu przez Brukselę. Potem już z górki – z buta 45 minut i byłem w domu. To znaczy w Gencie. O trzynastej dwadzieścia przeszedłem przez próg domu.

Dwadzieścia siedem godzin w drodze. Wyjechaliśmy koło dziesiątej, dotarłem o trzynastej następnego dnia. Trzydzieści godzin bez snu, na energetykach i kanapkach. Ale za to O. wspierała mnie duchowo, tyle dobrego.

(W tym miejscu chciałbym podziękować młodej Ukraince z Maastricht, która dała mi swój lancz i w ten sposób dodała mi trochę wiary w ludzi. I sos chili)

Mam nadzieję, że powyższy opis wyczerpująco opisuje, co może każdego spotkać przy carpoolingu. Od bezproblemowej jazdy, do diabelnie problemowej. Trzeba spróbować i tego, i tego. Tylko błagam, unikajcie pana Z.!

***

Z innych wiadomości: byłem na początku kwietnia na konferencji w Komitecie Regionów. Niesamowity klimat, wspaniali ludzie. Tematem konferencji nie będę Was zanudzał, ale na dole znajdziecie parę zdjęć z imprezy po tymże zgromadzeniu. Enjoy!

***

Jak pewnie wiecie, w Belgii siedzę na stażu. Pracuję dla Kenniscentrum Kinderrechten vwz, organizacji non-profit zajmującej się ochroną praw dziecka, skupioną głównie na analizie prawnej i polityk publicznych. Jesteśmy niewielką organizacją o raczej akademickim charakterze (z obecnego składu chyba tylko ja i S. nie mamy doktoratu). Wynajmujemy lokal od CVO HoGent (Centrum voor Ondernemen Hogeschool Gent, czyli…eee…centrum wspierania przedsiębiorczości gandawskiej szkoły wyższej? jakoś tak). Ciasny, ale własny. W pewnym sensie. I jest darmowa kawa!

Na zdjęciach poniżej znajdziecie też ekipę KeKi. To ci ładnie uśmiechnięci, co nie wyglądają jakby byli w Komitecie Regionów ;-)

 

Written by dychu

Kwiecień 18, 2014 at 21:13

Napisane w Praktyki

O pracy, flamandzkim, wizytach, sądach i trochę marudzenia [zdjęcia! i to nie marudzenia!]

z 3 uwagami

Czy muszę mówić, że jest sporo roboty? Odstępy między wpisami mówią chyba same za siebie ;-)

Staż w KeKi jest raczej bezproblemowy. Ze względu na moją ułomność językową w zakresie flamandzkiego, zadania mi się często zmieniają i są przydzielane raczej na bieżąco. Zrobiłem jeden projekt* sam, poza tym mamy administracyjne zadania związane z organizacją kursu (selekcja kandydatów etc.). Ostatnio zająłem się czymś bardziej związanym z moimi studiami – analiza wyroków ETPCz! So much fun! Serio, może to zboczenie, może odjazd jakiś psychiczny przez tą miesięczną analizę polityk publicznych, ale się z tego cieszę jak głupi.

Poza tym uczę się niemieckiego (po flamandzku, co jest cholernie zabawne), jeżdżę co jakiś czas do Brukseli (służbowo!), byłem na corocznym rozdaniu nagród studenckiego koła o charakterze quasi-filozoficznym i dyskusyjnym (długa historia), dostałem z dziesięć książek w prezencie (bez okazji), ćwiczę flamandzki (i widzę różnice w akcentach!) i w ogóle nie próżnuję. Albo taką mam nadzieję. Chyba że jest sobota/niedziela. Wtedy próżnuję. Po to są soboty i niedziele. Przecież.

W międzyczasie wpadła z wizytą O. Pozwiedzaliśmy trochę (nooooo….Gent, Antwerpię i Leuven. Brugia – następnym razem!), pojeździliśmy tu i ówdzie. Szefowa pożyczyła nam drugi rower, więc O. mogła poznać uroki miasta od strony bardziej mobilnej.

Właściwie, to jest to dosyć zabawne. Mam wrażenie, że wszystkie odległości w Gencie są tak wymierzone, żeby dało się tam dojechać na rowerze. Z buta za daleko, autobusy jeżdżą jak chcą – a po co czekać 20 min na bus, skoro tam dostać się rowerem w 15 minut (maks!). Poza tym, klimat jest naprawdę łagodny i mocny deszcz złapał mnie w sumie raz, w drodze do pracy.

W czasie ostatniego miesiąca poznałem za to uroki zatłoczonych pociągów w godzinach szczytu (zwłaszcza na trasie Leuven-Bruksela-Gent) i uprzejmość belgijskich kierowców (chętniej podwożą niż Holendrzy…dziwne…).

Byłem wczoraj na spotkaniu z prof. Lemmansem (belgijski delegat do ETPCz) i Lady Hale (członkini brytyjskiej Izby Lordów i Sądu Najwyższego) w Brukseli. Miło jest usłyszeć rozsądnych ludzi.

***wtręt maruszeniowo-rozmyślaniowy. Jak nie masz ochoty czytać, zjedź niżej, wstawiłem tam parę zdjęć***

 

W sumie, zainteresowała mnie ostatnio jedna rzecz. Studiuję prawo, mam jakieś własne, niewielkie, ale jednak pojęcie jak działa państwo, sądy i inne instytucje. W większości przypadków, gdy zbadam jakoś dokładniej kontrowersyjny temat, okazuje się że dany środek przekazu (wycinek wiadomości z internetu, prasa, pozbawiona źródła plotka) w pewnym stopniu wiadomość wypaczył, zniekształcił. Mimo to niewiele osób jest zainteresowane zgłębieniem tematu i poszukaniem prawdy. Wierzymy plotkom na słowo, zamiast sprawdzać ich wiarygodność, szukać innych źródeł czy opinii. Oczywiście, nie jesteśmy głupi, nie powtarzamy niesprawdzonych informacji. Ale już je poznaliśmy/usłyszeliśmy/przeczytaliśmy, pamiętamy je, wpłynęły na nas. Stąd potem pojawia się strach czy stres – mamy zniekształcony obraz rzeczywistości. Nie mówię tu nawet o tym jak media z obu stron raczą nas sprzeczną interpretacją danych, ale o tym kiedy brak nam samych danych.

Czy ktoś chociażby kojarzy sprawę piekarza z Legnicy, którego zniszczył Urząd Skarbowy, bo drobny przedsiębiorca nie zapłacił podatku od darowizny (rozdawał ubogim wczorajszy chleb, bo nie chciał, żeby się zmarnował)? Na pewno, sprawa była głośna parę lat temu. Otóż zonk – facet nie został oskarżony o rozdawanie chleba, tylko za zaniżanie sprzedaży, żeby uniknąć zapłaty VAT-u. Tylko że wtedy jest zwykłym oszustem podatkowym, a to się nie sprzedaje tak łatwo. Żeby było śmieszniej, pisano też o tym w mediach (choćby tu, tu i tu), ale jakoś się nie przebiło do świadomości publicznej.

Drugi przykład, niestety nie poparty już linkiem – parę miesięcy temu zaginęła kuzynka mojego kolegi. Szybka akcja, zrobili stronę na wordpressie, zarzucili linka, zrobili ogłoszenie jako jpg i dalej, ludzie, “szerujcie”. W ciągu kilku dni się szybko rozeszło po necie. Po paru dniach ktoś mi zwrócił uwagę, że podany przeze mnie link nie działa. Sprawdziłem, faktycznie. Zadzwoniłem do kolegi – kuzynka się znalazła, i to kilka dni temu. Zasiedziała się u koleżanki, wróciła do domu w sumie po 48 godzinach, kwestie rodzinne. Tylko że informacja o tym nie była tak intensywnie przekazywana. A zdjęcie uroczej blondynki z podpisem “ZAGINĘŁA” krąży pewnie do dzisiaj. Ludzie z Gdańska i okolic się zastanawiają – “W jakich czasach żyjemy…porwania, zaginięcia….a dziewczyna pewnie podzieliła los Iwony Wieczorek”.

Może wyolbrzymiam, może marudzę, ale trzeba z dystansem podchodzić do niektórych informacji. Weryfikować, szukać. Inaczej możemy się zamknąć w wirtualnym świecie, który jest po prostu niezrozumiały.

*** koniec wtrętu ***

Jeezzuuu, jak ja tu wylądowałem od luźnej myśli o tym, że ludzie źle rozumieją rolę sądów? Dychu, weź się ogarnij.

A, żeby nie próżnować – zdjęcia! Parę z Antwerpii, parę z Gentu. Z podziękowaniami dla dzielnej O., która pstrykała co jej w oko wpadło.

 

 

*Zdaję sobie sprawę, że słowo “projekt” ma w języku polskim inne znaczenie i że używam karygodnej kalki językowej. Będę wdzięczny za polski odpowiednik, który nie brzmi pokracznie.

Written by dychu

Marzec 29, 2014 at 19:26

Napisane w Praktyki

Z powrotem w Belgii! [zdjęcia]

z 2 uwagami

Tak jak wcześniej pisałem, wyjechałem na praktyki. Praktyki są prowadzone przez tych samych ludzi co Erasmus i patrząc wstecz, wydaje mi się że było jeszcze mniej roboty papierkowej. Plus!

Wyjechałem dwa tygodnie wcześniej, żeby móc w spokoju pisać magisterkę, zająć już wynajęte mieszkanie (ściślej: pokój), ogarnąć się trochę, odwiedzić może znajomych, pozwiedzać trochę no i kontynuować kurs niemieckiego -pierwsze zajęcia już 10 lutego! Chcą w trzy miesiące przerzucić mnie z poziomu A2 na B1. Powodzenia.

Podróż do Warszawy (startowałem z Modlina), a potem po raz n-ty lot tanią linią lotniczą (tym razem tą bardziej reklamorzygającą, a nie tą różową) były bezproblemowe, mimo kapryśnej aury. Z lotniska w Charleroi też bez większych cudów. Tylko znowu, jak przy każdym przekraczaniu granicy, wszystko wydaje się drogie.

Belgia przywitała mnie dodatnią temperaturą i deszczem. Naprawdę, nie wiem czego się spodziewałem. Pokój mam na przedmieściach Gentu, co oznacza w praktyce 25 min piechotą do centrum i 35 minut do pracy. Astronomiczne odległości. I tak wynajmę rower. Znalazłem już nawet firmę studencką, która się tym zajmuje. Teraz muszę tylko ich przekonać, że jestem studentem lokalnego uniwerku.

Spotkałem się już z ludźmi z NGO, w którym będę pracował. Wszyscy jesteśmy podekscytowani, czeka nas dużo pracy, ale jakoś nikt się tego nie boi. No dobra, trochę ja. Boję się, że przeceniają moją wiedzę na temat prawa europejskiego. Trudno, będę zachrzaniał, nikt nie powiedział że będzie “letko”. Nie mogę się doczekać!

Parę dni temu pojechałem z koleżanką S. do Oostende, na brzeg morza. Zabawne, rok tu mieszkałem, byłem w Dunkierce, byłem w Holandii nad morzem, ale na belgijskie wybrzeże nie dotarłem. Dopiero teraz mi się udało. Trochę monotonne i bardzo zabudowane, skomercjalizowane. Wolę polskie, trochę dziksze. Ale też było przyjemnie, zwłaszcza że pływy są tu bardziej widoczne. No i puszczałem pierwszy raz w życiu latawca. Chyba mam nowe hobby.

W przyszły poniedziałek zaczynam kurs niemieckiego, pracę w KeKi kilka dni później. Do tego czasu piszę magisterkę, zobaczymy co się urodzi. Na razie jest to jakaś podzielona na moduły pokraka, ale może jak uzupełnię przypisy i ją posklejam, to będzie do rzeczy. W międzyczasie eksperymentuję w kuchni. Mój zjarany landlord obserwuje mnie z zainteresowaniem Igora.

Byłem też na FOSDEMie, a właściwie na piwnym evencie go poprzedzającym. Ciekawe zjawisko. Duże ilości naraz programistów open-source pod wpływem alkoholu. I to w sercu Brukseli, w znanym pubie Delirium, lejącym z kija przepyszne “Delirium tremens“. Mniam. I zjadłem gofra. To był dobry wieczór. Poza tym momentem, kiedy wracając stwierdziłem, że przecież mogę pójść skrótem do domu. To nie był skrót (trasę nieznacznie zmieniłem, dane osobowe, cookies etc.)

A teraz: zdjęcia! Sorry za jakość, zdjęcia robione kalkulatorem.

 

Written by dychu

Luty 6, 2014 at 12:21

Napisane w Praktyki

Po co siedzieć w domu, skoro można…yyy…być gdzie indziej? [zdjęcia]

Skomentuj »

Znajomi mnie namówili na wyjazd w Karkonosze na Sylwestra. No to czemu nie opisać?

Pojechaliśmy w jakieś 50-60 osób nocną tlką do Jeleniej Góry. Tam mieliśmy zorganizowanego busa do Karpacza, pod sam PTSM, który zajęliśmy cały. Pierwszego dnia chodziliśmy po okolicy w poszukiwaniu keszów (kto nie wie co to jest, niech klika tu). Połaziliśmy po Karpaczu (jeden z keszy był schowany koło kościoła), zaszliśmy na Krucze Skały i wodospad w Łomnicy…a potem, przyznaję ze wstydem, nie za bardzo śledziłem trasę. Trochę zmęczenie pociągowe, trochę lenistwo. Po prostu łaziliśmy przez kilka godzin, wspinaliśmy się na skałki i oglądaliśmy wszelakie okoliczne atrakcje (m.in. kościół Wang, ciekawa konstrukcja, wyraźnie inna od podobnych kościołów w Norwegii). Do schroniska zaszliśmy w sumie dosyć późno.

Drugiego dnia była wycieczka już większa – wspięliśmy się trasą Polana – Pielgrzymy – Słoneczniki – grzbietem do schroniska “Odrodzenie” – powrót na Polanę niebieskim szlakiem po zboczu. Spacerek niezły, zwłaszcza że tak od 1000 mnpm już (jeszcze?) leżał śnieg. A potem weszliśmy w chmurę i było wesoło. Zabawne, człowiek po chwili już nie pamięta, że było ciężko, jedyne co pamięta to te miłe uczucie ze zrobienia trasy. Wiwat pamięć selektywna!

Następnego dnia zrobiłem sobie dzień przerwy, nazwijmy to – regeneracyjno-gospodarczy. Oficjalna wersja – bolała mnie lewa noga, nieoficjalnej nie podam, powiem tyle, że zbyt intensywnie grałem w szachy. Alkoszachy.

Wobec powyższego, ominął mnie wypad na Śnieżkę, czego nie mogłem sobie przebaczyć. Ruszyłem więc w Sylwestra z samego rana na samotną wycieczkę. Taaa, samotną…wchodziłem ze Skalnego Osiedla na Sowią Przełęcz w sumie sam, ale tam już zaczęło się robić tłoczno. Do Jelenki głównie Czesi rodzinnie, raczej spokój, potem pustka przez fragment trasy….a na Śnieżce dziki tłum. Zatrzymałem się tam na obiad, co było raczej głupie i nie w moim stylu, ale raz zaszaleć, jak nikt nie patrzy, można. Tylko się utwierdziłem w przekonaniu, czemu do tej pory nie jadałem w schroniskach. Jednak w zimie ciężej się chodzi bez odpoczynku i ciepłego posiłku, zwłaszcza przy silnym wietrze.

Na Śnieżce zmieniłem plany i zamiast wrócić do Sowiej Przełęczy, zszedłem do Domu Śląskiego. Trasa była straszna, śliska, oblodzona, zatłoczona i kamienista. Ślizgali się nawet ludzie z kijkami i rakami. Podziwiałem za to ludzi w adidasach. Tak, było kilku. Widziałem już wiele, ale to było i tak mocne.

Kiedy ześlizgnąłem się na dół, zaliczając sporo upadków, niszcząc sobie rękawice, rozbijając kolana i tyłek, wstałem, otrzepałem się i obejrzałem w tył, żeby zrobić zdjęcie. Wtedy dopiero zobaczyłem, że chmura, która mnie goni od dłuższego czasu, wcale nie zmieniła kierunku i już przykryła Śnieżkę. Przyspieszyłem kroku i zszedłem koło Domu Śląskiego i później wyciągu, w dół do Karpacza. Cała trasa zajęła mi pięć i pół godziny (z ponad półgodzinną przerwą na obiad!) i była świetna, zwłaszcza w kwestii widoków. Muszę jeszcze wrócić zimą w góry.

Kiedy wróciłem do schroniska, trwały pełne przygotowania do imprezy. Niezwykły klimat osiągnięto tematycznymi strojami i ogólnym nastrojem, zabawa była przednia. Dla mnie niestety zbyt przednia, pogo wyszło zbyt szybko, ja nie przedsięwziąłem odpowiednich środków i w wyniku nieszczęśliwego wypadku kolega wbił mi okulary w twarz, a mnie samego w krzesła stojące pod ścianą. Wyglądało bardzo groźnie, skończyło się na strachu w sumie. Z obecnej perspektywy jest mi właściwie głupio. Było podejrzenie wstrząśnienia mózgu, złamania kości jarzmowej i połamanych żeber, a po kilku dniach, po wizycie u internisty, skończyło się na podejrzeniach. Zyskałem za to dwie blizny, efektowne limo pod okiem, stłuczone żebra i, tu cytat, “zakaz wuefu przez dwa tygodnie”. Ale jak kicham to się przewracam z bólu. Ludzkie ciało jest zabawne.

Z tegoż powodu nie poszedłem na przedłużenie rajdu (przez Samotnię do Szklarskiej Poręby), tylko znieczuliłem się w pociągu i pojechałem z resztą na północ. Stąd niestety rajd uległ pokaźnemu skróceniu, trudno, ale za to – Śnieżka zaliczona! A nigdy na niej nie byłem wcześniej, co się liczy.

Zdjęcia!

Written by dychu

Styczeń 5, 2014 at 01:12

Napisane w Inne podróże

Pribaltica [zdjęcia]

Skomentuj »

Written by dychu

Grudzień 24, 2013 at 15:19

Napisane w Inne podróże

Pribaltika 2013 – czyli Vilnius i Riga samochodem

z 2 uwagami

Nudno się zrobiło, trzeba gdzieś jechać. Poinformowałem o tym fakcie kolegę M., który dzielnie stanął ze mną w pokoju przed mapą Europy i pogrążył się w zadumie.

- Niemcy? – Nie, Zachód mi się znudził. Może Ukraina? – Nie, za duża wyprawa, drogi kiepskie. Trzeba by się lepiej zorganizować. Czechy, Słowacja? – Byłem niedawno. Poza tym lepiej tam jechać w lato. Białoruś? – Nie załatwimy wiz. Skandynawia? – Drogo i ponuro, zwłaszcza w zimie. – To co, Wilno? – Eee..jak szaleć to szaleć. Wilno i Ryga? – Niech będzie.

Tydzień później, pojąc się najtańszym w Warszawie piwem i snując polityczno-historyczno-przyszłościowo-koncepcyjną, leniwą, studencką dyskusję z drugim kolegą, którego imię też się zaczyna na M., więc jako warszawiak zostanie tu określony literą W., namówiłem go do udziału w naszej wyprawie.

Tydzień przez wyjazdem poznałem klimaty przekraczania granicy z Obwodem Kaliningradzkim i po zdobyciu pewnej wiedzy na temat okolicy i dróg oraz ustaleniu ramowego planu wyjazdu, zamówiliśmy hostele, odnowiliśmy kontakty ze znajomymi, zatankowaliśmy do pełna i ruszyliśmy na szeroko pojęty wschód.

Po drodze zahaczyliśmy o Kętrzyn, w którego okolicy znajduje się miejscowość Gierłoż, a w pobliskim lesie – Wilczy Szaniec, główna kwatera Hitlera na operację “Barbarossa” i miejsce słynnego zamachu von Stauffenberga (tego od “Walkirii”).

Miejsce jest bardzo ciekawe, ale bez przewodnika jest tylko stertą żelazobetonu. Trzeba trochę wyłożyć, bo teren jest prywatny (żaden z obiektów nie ma statusu zabytku – i bardzo dobrze). Bilet 10-15 zł, parking za samochód – 10 zł, przewodnik 50 zł. Ale warto! Do niektórych bunkrów można wejść. Mimo iż większość została zniszczona przez wycofujące się wojska niemieckie, są to i tak niesamowite konstrukcje. Poniżej znajdziecie parę zdjęć, patrzcie na wejścia i na osoby i porównajcie z wysokością bunkrów. Stropy miały nawet po siedem metrów grubości i były bunkry dodatkowo maskowane. Zniszczenie ich nalotem było prawie niemożliwe. Za to do zniszczenia ich od środka wystarczało, bagatelka, kilka ton trotylu…

Ruszyliśmy stamtąd dalej na wschód. Muszę przyznać, że podróżowałem różnymi środkami transportu, ale pierwszy raz prowadziłem samochód na tak długiej trasie. Zrozumiałem wiele bolączek kierowców…powiedzmy, że drogi wojewódzkie, a także niektóre krajówki, są dalekie od reprezentowania statusu głównych dróg w naszym kraju. Tak tylko mówię. Głównie prowadził kolega, który jest właścicielem samochodu, ale nie dałby rady na tak długiej trasie, więc Wasz skromny bloger/pismak wyręczał go czasami.

Zapomnieliśmy o tym, że Litwa jest już w strefie czasowej EET (czyli GMT+2) i straciliśmy godzinę samym przekroczeniem granicy. Jeśli doliczymy, że dwie godziny byliśmy w Wilczym Szańcu, że trzeba było coś zjeść po drodze i wymienić walutę…trochę się tego nazbierało.  Krótko mówiąc, w Wilnie byliśmy koło 21.00.

Przed wyjazdem podkułem rosyjski, ale na nic nam się nie zdał, bo wszędzie byliśmy w stanie się porozumieć po angielsku lub polsku. Po polsku mówili wszyscy zatrudnieni w usługach – od sprzedawców ulicznych, przez ekspedientów, po obsługę hostelu. Wilno ma sporą mniejszość polską i silne związki z Polską, przez co obywatel Rzplitej czuje się tam bardzo swojsko. Miło jest zobaczyć polskie nazwiska na tablicach pamiątkowych czy ulicach, czy choćby styl architektoniczny, tak dobrze nam znany. Jest to jednak stolica Litwy i czuć, że Litwini czują się tam dobrze. Nie ma tej atmosfery, o której trąbi się w mediach przy doniesieniach dotyczących ataków na mniejszość polską. Polacy? O, fajnie. Turyści? Super!

W Wilnie zatrzymaliśmy się w hostelu przy Ostrej Bramie, który służył nam za bazę wypadową wieczorem i rano. Od rana po Wilnie oprowadzała nas znajoma W. z Erasmusa. Dowiedzieliśmy się dzięki niej trochę o najnowszej historii Litwy i zaprowadziła nas do mniej oczywistych miejsc. Mimo krótkiego spotkania, cieszę się że pospacerowaliśmy z nativem.

Po spacerze spakowaliśmy się, opuściliśmy hostel i udaliśmy się w dalszą trasę, tym razem na północ. Planowaliśmy zobaczyć parę miejscowości, w tym malownicze Troki, dawną stolicę Litwy, ale ze względu na goniące nas terminy i aurę, która nie zachęcała do zwiedzania wyziębionych zamków, uczyniliśmy Rygę naszym następnym celem.

Pragnę nadmienić, że moja wiedza o Łotwie składa się z kilku dowcipów o łotewskich chłopach (jeśli nie znacie, to tu macie próbkę tej schizy), średnim kursie łata (1 łat – 5,9 zł – whaaaat [pun intended]), możliwości wskazania Łotwy na mapie, wymienieniu dwóch czy trzech miast, może naszkicowaniu niektórych fragmentów jej historii (tzn. Inflanty…Potop szwedzki…bitwa pod Kircholmem…yyy…potem okupacja i odzyskanie niepodległości w 1991. Spore dziury). Nic więcej. Kiedy więc przejechaliśmy pierwsze 80 km od granicy z Litwą i zahaczyliśmy po drodze o dwa niewielkie miasta (I NIC WIĘCEJ) moje stereotypy tylko się pogłębiły.

A potem wjechaliśmy do Rygi.

Dawno nie byłem tak zaskoczony. Niespecjalnie spodziewałem się tego, że zobaczę całkiem w porządku, średniej wielkości europejskie miasto. Rozwinięta komunikacja, kilka dużych biurowców i hoteli, siedziby kilku znanych marek. Standardowe supermarkety, śliczna starówka z szacunkiem dla burzliwej historii regionu, za to z charakterystycznym dla wschodniej Europy dystansem wobec własnych dziejów (pomnik Strzelców Łotewskich, którzy wspierali Lenina w dążeniu do powszechnej rewolucji, stoi niedaleko Muzeum Okupacji Sowieckiej). Piękne, secesyjne kamieniczki w centrum są radością dla oczu, w przeciwieństwie do socrealistycznych bloków w innych dzielnicach i wieżowca Akademii Nauk Łotwy (który wyglądem przypomina PKiN w Warszawie).

Mimo to, bardzo mi się tam podobało, a mój krótki pobyt w Rydze tylko zaostrzył mi apetyt na więcej. Spodziewałem się kraju postkomunistycznego, wschodnioeuropejskiego, a zobaczyłem nową jakość – kraj bałtycki, coś zupełnie innego. Nie Skandynawia, nie Niemcy, nie Rosja. Właśnie kraje bałtyckie. Nie dojechaliśmy do Estonii, mimo zaproszeń do Tartu, ale już wiem, gdzie skieruję się na następną wyprawę.

Powrót był męczący (kolega M. prowadził przez Łotwę i Litwę, ja wsiadłem za kółko w okolicach Olecka, przed Ełkiem) i zajął nam jakieś trzynaście godzin. Nie polecam drogi nr 16 na odcinku Ełk-Olsztyn, potem było do przeżycia.

Zdjęcia wrzucę w następnym poście, oczekujcie!

Written by dychu

Grudzień 17, 2013 at 17:43

Napisane w Inne podróże

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.