frytkizmajonezem

Dychowe perypetie w kraju frytek, piwa i czekolady

To już jest koniec, nie ma już nic… [zdjęcia]

Skomentuj »

Jak w temacie. Czas chyba zakończyć ostatecznie żywot tego bloga. Wróciłem do Polski ponad miesiąc temu. Rozliczyłem się z praca (zarówno co do wypłaty jak i zwrotu wszelkich poniesionych kosztów), walczę o uznawanie przedmiotów (w Rektoracie nie było problemów, na Wydziale – inna historia, małe problemy z fakultetami). Na dniach dostanę Transcript of Records i certyfikat ukończenia kursu IELSP. Zaaklimatyzowałem się w Polsce, ogarnąłem chociaż część spraw (reszta leży). Przygotowuję się psychicznie na zdawanie dwóch lat studiów (czwartym idę zgodnie z rozkładem, ale zostało mi sześć egzaminów z trzeciego). Długo się wahałem, czy kończyć moja pozorna aktywność tutaj, ale jako że zacząłem już planować przyszłoroczne praktyki (również za granica) i kombinować jak koń pod górę, ile mogę jeszcze wycisnąć z wszelkich programów, stypendiów, dopłat i wyjazdów…podejrzewam, że niedługo rozpocznę nowego bloga, z innej lokalizacji. Na razie raduję się dostępem Polski do morza, odkryłem niedawno żagle, łażę po stoczni i cieszę się jak głupi i w ogóle ładuję akumulatory na nowe wojaże. A planów mam, a planów…

Ostatnia porcja zdjęć – kompletnie chaotycznie dobranych. Robione różnymi aparatami, przez różne osoby, nie zostały ułożone według daty bądź miejsca wykonania. Część już się mogła wcześniej pojawić, ale co tam. Jeśli miałbym nazwać jakoś ten zbiór zdjęć, nazwałbym go “Ludzie”. Panie i panowie, proszę bardzo – zdjęcia! Erasmus w pigułce ;-)

Byłem łacznie w Antwerpii przez rok bez trzech dni (nie liczac dwóch dwutygodniowych przerw światecznych i jednej prawie trzytygodniowej na praktyki w wakacje). Trochę się zmieniłem, przynajmniej tak się czuję. Jak to wyjdzie w praktyce, zobaczymy przy zderzeniu z rzeczywistościa. Mam nadzieję, że osoby, które śledziły mojego bloga, poleca go przyszłym Erasmusowcom – a oni z kolei może znajda tu chociaż gram użytecznych informacji.

To był dobry rok.

Written by dychu

Wrzesień 28, 2012 at 14:01

Napisane w Erasmus

O kursie, pracy, egzaminach, Leuven i PEDS.

Skomentuj »

W robocie był zachrzan, stad brak postów. Mieliśmy dwa tygodnie mniej lub bardziej intensywnej pracy i teraz, po zakończeniu kursu, czuję te pięć tygodni na barkach. Jednak praca z jasno określonymi godzinami ma swoje plusy – bo odbieranie sms-ów i telefonów nawet do jedenastej wieczorem, czy też pomaganie uczestnikom po północy potrafi człowieka zmęczyć. Ludzie powoli wyjeżdżaja i zostało nam już tylko kilka zadań, jednak trzeba dokonać podsumowania kursu, rozliczyć się z wynajętych mieszkań i tak dalej, i tak dalej…

Zamknięcie kursu było wielkim wydarzeniem, bo mimo iż był on względnie krótki (dwa dwutygodniowe bloki) to jednak intensywny. Większość uczestników kursu to praktycy z ochrony praw człowieka i praw dziecka, których niewiele interesowało ściśle legalne podejście – dla nich kurs był raczej platforma wymiany doświadczeń. A było czym się wymieniać – uczestniczyłem w kilku dyskusjach i doświadczenie większości z tych ludzi było niesamowite. Porównywanie pogladów też było interesujace, no ale jak mogło nie być, kiedy spotykaja się obrońcy praw człowieka z Chin, Tanzanii, Brazylii i Rosji. Życiorysy też były niesamowite – z częścia ludzi utrzymam kontakt, mam nadzieję.

Sama praca też była ciekawa – co prawda, nie uczestniczyłem w zbyt wielu wykładach, bo nie zawsze mi pasowały tematem i forma, ale samo organizowanie kursu tej wielkości było wyzwaniem. Liczne problemy, z którymi się zderzyliśmy, oraz najróżniejsze sposoby ich rozwiazywania. Skrobię teraz podsumowanie współpracy z instytutem, od którego wynajmowaliśmy pokoje i sale wykładowe, i sam nie wierzę, z jakimi akcjami mieliśmy do czynienia przez te trzy tygodnie.

Jakieś dwa tygodnie temu pojechałem z kolega M. z Warszawy odwiedzić koleżankę J., która mieszka i studiuje w Leuven. W tym najsłynniejszym belgijskim mieście uniwersyteckim byłem już raz, pół roku temu, ale teraz było znacznie przyjemniej, głównie ze względu na pogodę i juwenalia (a konkretniej, to wakacyjna, przedpoprawkowa edycję). Leuven jest uroczym miastem, które gdy tętni życiem studenckim, jest jeszcze przyjemniejsze.

Egzamin z ILEU był znośny. Pytania były do przeżycia i mimo iż moje odpowiedzi były dość chaotyczne, to mam dobre przeczucia. Zdać zdam, kwestia na ile punktów. Inna kwestia, że miałem te same odczucia w styczniu, gdy pisałem ten egzamin po raz pierwszy. W kwestii treści pytań użyję własnego statusu z fb: “Inwazja Białorusi na pola naftowe pod Lublinem, barman, który ma problemy ze szczurzym winem i prawem unijnym, anulowanie dyrektywy przez złego Don Adami z Malty i co właściwie robi Rada Unii Europejskiej”. Od strony prawnej pytania dotyczyły Common Defence and Security Policy i zakresu władzy High Representative (obecnie Kate Ashton), direct effect i incidental direct effect źle zaimplementowanych dyrektyw oraz funkcji i kompetencji Rady Unii Europejskiej.

Rozmawiałem wczoraj z R. i O., którzy wpadli mnie odwiedzić na ostatnie parę dni pobytu. O. spytała się mnie, czy nie boję się PEDS (Post-Erasmus Depression Syndrome, czyli znane  popularnie u nas jako depresja post-erazmusowska) po powrocie do kraju. Przyznam, po chwili zastanowienia, że raczej mi to nie grozi. Rok to za długo, żeby się przejmować takimi rzeczami. Pożegnałem już trzy zmiany warty (znajomi z semestru zimowego, z letniego i z kursu teraz), ponawiazywałem i pozrywałem sporo znajomości, miałem różne przygody i przejścia – jak każdy przez rok. Po powrocie do kraju będę musiał przecierpieć aklimatyzację chwilowa – jedzenie pierogów nie będzie powodem do świętowania, powrót do klimatów uczelnianych też będzie bolesny. Jednak czy czeka mnie depresja (w sensie potocznym)? Watpię. Mam za to nadzieję, że wszystko czego się nauczyłem i co zobaczyłem przez ostatni rok, zostanie we mnie i wpłynie na moje przyszłe decyzje, a nie przejdzie bez reakcji.

Zdjęć mam mnóstwo, wrzucę na dniach.

Written by dychu

Sierpień 25, 2012 at 10:15

Napisane w Erasmus

Taki post z grubsza to o niczym, tak po prawdzie.

Skomentuj »

Zaczał się drugi tydzień kursu. Ze względu na to, że uniwerek jest zamykany na ten tydzień, przenieśliśmy się do sal wykładowych Instytutu Medycyny Tropikalnej (Instituut voor Tropische Geneeskunde), skad pożyczyliśmy też zreszta akademiki. Na uniwerku nie możemy mieć żadnych zajęć, bo absolutnie cały budynek jest zamykany – do tego stopnia jest to skuteczne, że nie działaja nawet ksera, bo system wyłaczyli. Nie rozumiem tego (poza względami urlopowymi), ale spoko.

Mamy parę problemów do rozkminy, głównie dotyczacych ulokowania uczestników w akademikach i wszystkich kwestiach z tym zwiazanych. Wynajęliśmy też na potrzeby uczestników salę komputerowa, która jednak, koniec końców, nikt nie był zainteresowany, co mnie wytraciło z równowagi. Następnym razem powinniśmy dać do wypełnienia uczestnikom także rubryczkę “posiadam własnego laptopa, wala mnie Wasze kompy, dajcie mi wifi”. Problem by zniknał.

Przeprowadziłem się do mieszkania obok, teraz mieszkam razem z dwiema koleżankami z roboty. Na razie jest spoko, dogadujemy się w kwestiach mieszkaniowych. Mam największy pokój w całym domu (jest tak o połowę większy niż mój pokój w rodzinnym mieście), za to prawie całkiem pusty. Aż dziwnie, bo tak ciężko go zagospodarować.

Egzamin z ILEU zbliża się wielkimi krokami, toteż czynię odpowiednie przygotowania. Mam zamiar tym razem nie być zaskoczony trudnościa pytań. W przerwach czytam Orwella. Świetny! Niedługo skończę, będę chciał znaleźć coś nowego. Dobrze, że mam luzy w plecaku, będę miał jak się zabrać z powrotem (z torba wypełniona piwem, czekolada i, oczywiście, ksiażkami*).

W międzyczasie Sara knuje coś pichcić w kuchni. Biorac pod uwagę jej podróżnicze życie, poważnie rozważam uczestnictwo w tym procederze lub ucieczkę jak najdalej, bo cholera wie co to będzie i kto będzie kogo jadł.

A teraz – ad librorum! (jeśli dobrze pamiętam odmianę)

*Serio, myśleliście, że wezmę frytki do plecaka?

Written by dychu

Sierpień 6, 2012 at 16:58

Napisane w Erasmus

O filmach, godzinach pracy i slangu flamandzkim (a właściwie, to jednym wyrażeniu)

Skomentuj »

Czas tu strasznie zapieprza. Jestem tu już dwa tygodnie z pięciu. Mamy multum roboty, pewnie stad to wynika. Ze względu na wyrabiane nadgodziny (mamy de facto nielimitowany czas pracy – jako że mieszkam z uczestnikami kursu, cały czas ktoś ma do mnie jakieś pytania) dogadaliśmy się z profesorem V., że będziemy mogli sobie wybrać jakiś dzień wolny. Ma to sporo sensu. Zdarza mi się mieć robotę w biurze do, powiedzmy, południa, a potem nic aż do piatej – ale wtedy z kolei wychodzi coś ponad normalne obowiazki. Po co siedzieć i przegladać wiadomości skoro można w tym czasie pójść do domu, zrobić obiad, pranie, czy załatwić własne sprawy na mieście? No i jak jest zachrzan to siedzimy od dziewiatej do osiemnastej, albo i dłużej, a potem po powrocie do domu trzeba jeszcze coś załatwić. A robota jest, jak już pisałem wcześniej, bardzo zróżnicowana – trzeba zadbać o wiele rzeczy, pozornie ze soba niezwiazanych. A jak już ktoś przyjdzie z własnym problemem, o! wtedy zaczynaja się cuda ;-)

Na całe szczęście wieczory zazwyczaj sa wolne. Korzystam z tego oraz z faktu, że lato w Antwerpii, podobnie jak u nas, obfituje w najróżniejsze atrakcje. Najbardziej mi przypadły do gustu, ze względu na mój cienki portfel, wieczorne seanse filmowe. Odbywaja się one w ciekawej atmosferze, bowiem na brzegu rzeki Schelde, w starym, otwartym hangarze 19A (bez ścian, jest to właściwie dach wsparty na palach – takie konstrukcje ciagna się przez setki metrów nad rzeka i głównie sa wykorzystywane jako kryte parkingi albo otwarte magazyny). Jest to o tyle osobliwa lokacja, że miasto wysypało tam…kilka ton piasku. Jest to zrozumiałe, biedni antwerpijczycy chca się pobyczyć na piasku, a tu, jak okiem sięgnać, betonowe nabrzeże, keja albo stocznia, ewentualnie magazyny. W takich ciekawych okolicznościach, bo na piasku, siedzac na perskim dywanie (sic!), siorbię darmowa zupę (rozdaja w czasie przerwy z projekcji) badź saczę colę (bar też stoi) i ogladam pierwszorzędne filmy. Od środy widziałem “Norwegian Wood”, japoński film na podstawie powieści Harukiego Murakamiego, “Away We Go”, rozczulajacy komediodramat o życiu i wszystkim po drodze, a dziś idę z grupa ludzi z kursu, którzy ze mna mieszkaja na “Ae Fond Kiss”. O ile dzisiejszy i wczorajszy film jest angielskojęzyczny (albo chociaż z grubsza angielskojęzyczny), to “Norwegian Wood” musiałem ogladać w skupieniu. Częściowo zapomniałem fabuły, film był japoński, niektóre watki nieznacznie zmieniono lub wycięto, ciężko było skumać niektóre motywy, a napisy były francuskie i niderlandzkie. Ponieważ, jak wiadomo powszechnie, mój niderlandzki leży, musiałem się niekiedy wspierać reakcjami widowni. Dlaczego? No cóż, niemoralna propozycję jednej z bohaterek zrozumiałem, dopiero kiedy cała widownia zaczęła się śmiać. Chyba już wiem, jak we flamandzkim slangu mówi się “penis”.

Dobra, ja lecę, później coś jeszcze napiszę.

Written by dychu

Sierpień 3, 2012 at 20:28

Napisane w Erasmus

O obowiązkach studenta na bliżej nieokreślonym stanowisku, Batmanie, godzinach pracy, a także nazwach posiłków.

Skomentuj »

Ale ten czas leci. Wyladowałem tydzień temu. No kto by pomyślał.

Praca jest dość interesujaca, nigdy czymś podobnym się nie zajmowałem. Zdałem sobie sprawę, jakim koszmarem organizacyjnym jest kurs (konferencja, seminarium) tej wielkości (ok. 50 uczestników, ok. 12 wykładowców). Do normalnych zadań (organizowanie sal wykładowych, miejsc noclegowych, posiłków, drukowanie materiałów [razem 36 000 stron!]) dochodza rzadziej spotykane (odebranie niepełnosprawnego z lotniska, szukanie mu “na szybko” noclegu, bo w trakcie umieszczania go w lokum okazało się, że nie może tam mieszkać, organizacja lunchu dla osób świętujacych Ramadan). Do tego ludzie z kilku kontynentów, różnych zawodów, koloru, religii, przekonań i podejścia (oj, mamy cały czas starcia kulturowo-społeczne, oj mamy). Trzeba rozdać klucze wszystkim uczestnikom (co de facto oznacza weekend spędzony w domu, z otwartym oknem, i wypatrywanie ludzi z walizkami). Porozdawać kody do wifi. Podpisać umowy, oprowadzić ludzi. Do tego problemy bieżace – od technicznych (jedna z kart wejściowych nie działa, inne drzwi się w ogóle nie zamykaja), przez te czysto ludzkie (ktoś się zachowuje jak zwykły dupek) do merytorycznych (jeden z wykładowców zrezygnował, więc musimy zmienić program tydzień przed rozpoczęciem zajęć). Poznałem za to pół-Polkę, pół-Ekwadorkę (tak to się pisze?) z Tadżykistanu. Imię typowo polskie, nazwisko typowo hiszpańskie.  Wesoło.

Praca ta ma minus w postaci nieregularnych godzin (niby mamy być dostępni od 9 do 18, z przerwa na lunch, ale w praktyce to różnie bywa) i trzeba wyrobić sobie nawyk notowania wszystkiego, co chce się zrobić. Multum niewielkich, z pozoru mało istotnych zadań, które dopiero jak się zbierze, nabieraja znaczenia. Przez pierwsze trzy dni docieraliśmy się z załoga, teraz działamy już sprawnie  i jesteśmy gotowi na rozpoczęcie programu. Biorac pod uwagę, ile roboty mieliśmy zanim program się zaczał, zaczynam się zastanawiać, co się będzie działo w trakcie…

A, i dowiedziałem się jak się nazywa moja funkcja. Otóż, moi drodzy, Wasz uniżony bloger pracuje jako “conference staff”. Nic to nie mówi, ale już coś mogę wpisać w stopkę mejla (ważność wiadomości wzrasta siedmiokrotnie) i do CV (ma ktoś pomysł na jakieś kreatywne tłumaczenie takiego terminu?).

W czwartek byłem też na ostatnim Batmanie (nie mogłem się powstrzymać). Żeby uniknać spojlerów – solidny, dobrze poprowadzona intryga, miodne zwroty akcji, najsłabsza eksplozja w historii kina (choć reszta efektów na bdb), gwiazdozbiór, a nie obsada. Fanów Nolana zapraszam, sam miałem nieco mieszane uczucia.

Niedawno, siedzac w barze “Baracuda” na Ossenmarkcie i pijac chłodne het Bolleke, błogosławiac w myslach piatek, poświęciłem się rozmyślaniom na temat godzin pracy w Belgii i Polsce. Niby ta sama strefa czasowa, a godziny pracy i posiłków poprzesuwane. Prosta myśl – czas słoneczny – i wszystko jasne. Dla tych co spali na geografii – krótko, Belgia jest bardziej na zachód, później ma więc wschody i zachody słońca. Stad różnica. Co nie zmienia faktu, że kiedy proponuję koleżance wspólny obiad, a ona mówi “Nie, dziękuję, o dziewiętnastej mam pociag do domu” to nadal mam śmieszna minę .*

Dobra, idę spać, jutro kolejne osoby zjeżdżaja się od ósmej rano. Tak, wordpress nadal nie obsługuje drugiej litery w polskim alfabecie.

*) Jak pisałem dawno temu (i pewnie nieprawda), Belgowie jedza śniadanie (ontbijten) z rana, potem lunch między południem a druga (rodzaj lekkiego obiadu – nic nie można wtedy załatwić, zamyka się większość biur, uniwerki maja półtorej-dwie godziny przerwy itd.) i na koniec dnia obfita kolację (która po ichniemu to avondeten, dosłownie “wieczorny posiłek”), która z kolei jest błędnie tłumaczona an angielski jako dinner, czyli nasz obiad. Taaak, nawet zjedzenie czegoś może mieć zabawne konsekwencji w Belgii.

Written by dychu

Lipiec 28, 2012 at 22:58

Napisane w Erasmus

Gentse Feest

Skomentuj »

Jak obiecywałem wczoraj – zdjęcia z Gentu. Wpis jakiś będzie później, dziś jestem padnięty ;-)

 

Written by dychu

Lipiec 25, 2012 at 22:13

Napisane w Erasmus

O opóźnionych samolotach, Gentse Feest i ochronie praw człowieka, także trochę o pracy i znowuż o A’pen.

Skomentuj »

W sobotę zladowałem znowu w Holandii. Mieliśmy niewielkie opóźnienie, bo stare Airbusy maja problemy z siedzeniami. Sama historia jest banalna, ale kryje się w niej zaginiona koleżanka z Mazur, która znam z Antwerpii, dokarmianie pracowników lotniska suchymi bułkami i skacowany, ale przyjazny Holender spod Maastricht. Lubię takie małe historie, są sympatyczne.

Na dworcu spotkałem kolegę i razem, lecz osobno (on rowerem, ja premetrem) pojechaliśmy do mojego nowego kotu. Jest to siedziba tymczasowa, bo tylko do poczatku sierpnia, ale bardzo ładna i nowoczesna. Dosyć powiedzieć, że mój obecny pokój jest trzy razy większy niż poprzedni (co, po namyśle, nie jest wcale takim osiagnięciem). Mam ponadto własna łazienkę i szybki internet. Gdyby nie praca, nie musiałbym z pokoju wychodzić poza posiłkami.

Właśnie, praca. Kurs się zbliża wielkimi krokami, a wraz z nim krocie roboty. Dzisiaj ustalaliśmy tylko ramowy plan działania i przedstawiono podstawowe problemy, z jakimi się zmierzymy. Będzie ciężko, ale damy radę. Dużo biegania, kombinowania i myślenia. A to trzeba znaleźć odpowiednie lokum dla niepełnosprawnego uczestnika, a to odebrać kogoś z lotniska, a to sponsor się wycofał albo wykładowcę nowego trzeba znaleźć…w tle już mi zaczał piszczeć jak źle naoliwione koło zbliżajacy się termin egzaminu z ILEU. Poprawka za miesiac. No cóż, jakoś to będzie.

W niedzielę, korzystajac z rady kolegi, skoczyłem do Gentu – sztuka, która mi się nie udała przez cały zeszły rok. Spontanicznie pobudka z rana, podejście na dworzec, kupno biletu i jazda! na wschód. Miasto jest urocze, a o samym festiwalu (ze zdjęciami) rozpiszę się jutro, jak mi się będzie chciało. Ogólnie, ładnie tam. I maja co niedzielę targ z ksiażkami na wolnym powietrzu. Tak, nowa ksiażka, tym razem Orwella, zasiliła moja biblioteczkę. “Na dnie w Londynie i Paryżu”. Mam nadzieję, że to nie jakaś przepowiednia. Na razie jest ponuro, ale czego oczekiwać od Orwella. A! W drodze powrotnej rozmawiałem z dwiema Flamandkami, które wracały z Lille. Pochwaliły mój niderlandzki, twierdzac, że moja gramatyka leży, słownictwo jest ubogie, szyk zdania paskudny, ale za to mówię wyraźnie i można mnie zrozumieć. No moi drodzy, i jak ja mam po takiej pochwale naukę porzucać?

Antwerpia dużo się nie zmieniła od mojego wyjazdu trzy tygodnie temu. Jest teraz bardzo słonecznie, choć to podobno wyjatek na tle ostatnich tygodni. Brzmi znajomo. Mam teraz możliwość poznać lepiej centrum Antwerpii. Podczas roku akademickiego znośnie poznałem dzielnicę studencka i historyczne centrum, zdarzyło mi się też parę wypadów na północ, do Zuid i przejazdem obecność w innych dzielnicach, ale tak dobrze poznać ścisłe centrum – to nie. Powinienem się teraz poprawić, mieszkam pięć-siedem minut piechota od Groenplaats. Może wreszcie ruszę tyłek i zobaczę trochę więcej “Antwerp by night”…Wszystko przede mna. No dobra, wszystko – pięć tygodni.

I tak, czujne oko zauważy brak “ą” w tekście. WordPress coś zmienił w ustawieniach i zrobił hotkey’a alt + a, który tworzy hiperłacze, zamiast druga literę alfabetu polskiego. Na razie nie udało mi się tego zmienić, ale może poprawia się na dniach, bo to znacznie utrudnia pisanie.

Written by dychu

Lipiec 24, 2012 at 00:26

Napisane w Erasmus

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.